Dyskusja pod moją notką dotyczącą listu Panów Łetowskiego i Sieranta do rektora KUL wskazała na istotne kwestie dotyczące zagadnienia prawdy i wolności słowa. Warto więc do zagadnienia wrócić, spoglądając na nie bardziej abstrakcyjnie.
Wydaje się, iż wolność słowa (podobnie jak wolność sensu stricto) zostaje zabsolutyzowana i zapomina się o jej roli służebnej. I tak, zarzuca się Panu Braunowi, iż naruszył jakieś normy kulturowe i słuszne jest domaganie się wyłączenia go z debaty publicznej. A zatem, że są rzeczy, których mówić nie wolno. I nie jest ważne, że nikt nie chce za jego słowa wsadzać Brauna do więzienia. Ważne jest, iż pewne poglądy nie mają prawa do publicznego istnienia z innych przyczyn niż ich fałszywość.
Wolność słowa ma służyć dojściu do prawdy. To prawda jest wartością a nie swoboda wypowiedzi. A zatem można wyłączać kogoś z debaty publicznej, bo kłamie. Grzegorz Braun swój pogląd szeroko uzasadnił, czym różni się od Bartoszewskiego, Niesiołowskiego czy Palikowa. Nikt nie postulował, by nie przeprowadzać wywiadów z Bartoszewskim, za to, że nazwał osoby myślące inaczej niż on „bydłem”. Tymczasem jego wypowiedź – w przeciwieństwie do wypowiedzi Brauna – nie podlega ocenie z punktu widzenia jej prawdziwości czy fałszywości. Jak w cytowanej piosence Kryla: my dyskutujemy o sprawach drugorzędnych, a Prawda jest tylko niemym i ślepym marmurowym pomnikiem. Dekoracją pozbawioną znaczenia.
A zatem istotne nie jest to, kogo Braun nazwał „łajdakiem i kłamcą”, ale czy ocena taka była uzasadniona. Jeśli Braun ma rację, to nie tylko wolno, ale i należy nazywać w ten sposób abpa Życińskiego. Jeśli nie ma racji, to „kłamcą i łajdakiem” jest sam Braun. Zasadność oceny przeprowadzonej przez Brauna można zbadać, choć ja sam nie czuję się władny, aby jej dokonać. Ale to nie jest istotne. Nikt nie powiedział, że p. Braun kłamie a tylko to, że powiedział coś, czego mówić nie wolno. I to musi się spotkać z protestem. Są tylko trzy wartości: dobro, prawda i piękno. Reszta – w tym normy kulturowe i zasady grzeczności – są tylko dodatkami, które mają służyć tym pierwszym.
List Panów Łętowskiego i Sieranta uderzył mnie przede wszystkim swą wiernopoddańczością. Nie twierdzę, iż nie mają oni racji a ich przeprosiny nie płynęły z głębi serca. Ale nie trzeba było tego robić w ten sposób, nazywając „magnificencję” „ekscelencją”. I pytam: a co jeśli Braun miał rację? Zamiast pokory wobec księdza profesora może by się przydała najpierw pokora wobec prawdy. Co ciekawe, gdy mamy do czynienia np. z książką Grossa, ci sami ludzie stają się nagle gorliwymi obrońcami prawdy i rozdrapywania ran. Ale i w jednym i w drugim przypadku nie chodzi o to, kto poczuje się urażony, czy kogo co zaboli, ale o to, czy służymy prawdzie, czy kłamstwu.
I dlatego nie może żadnych ograniczeń poza zakazem kłamania i oczerniana (nota bene dziennikarze właściwie wywalczyli sobie prawo do kłamania w tzw. interesie publicznym; otóż wbrew Sądowi Najwyższemu należy powiedzieć, iż kłamstwo nigdy nie jest w interesie publicznym, podobnie jak prawda nigdy tego interesu nie narusza).
A zatem podsumowując: różnica między Braunem a Łętowskim i Siernatem jest taka, że ten pierwszy wypowiedział sąd podlegający ocenie z punktu widzenia prawdy i fałszu, a ci drudzy, uznali, iż jego pogląd jest niedopuszczalny (równy z rasizmem i antysemityzmem), dlatego, że jest niedopuszczalny, nie wdając się w to, czy jest prawdziwy czy też nie. To istotna różnica.
Więc zamiast tworzyć katalogi tego, co narusza normy kulturowe, czego jest nie wolno głosić w przestrzeni publicznej (czyt. w wysokonakładowych gazetach) powiedzmy: wolno mówić wyłącznie prawdę i oceny na prawdzie polegające. Tymczasem obecnie wolno publicznie głosić to, co się regulatorom tej przestrzeni podoba.
PS. Tak przy okazji: Podobno rektor-ekscelencja odwołał zarząd koła naukowego, które zorganizowało spotkanie z Grzegorzem Braunem i zakazał na rok temu kołu spotkań. Oto jak człowiek nauki uczy młodych ludzi poszukiwania prawdy. Oto jak pokazuje im, że odpowiada się tylko za własne czyny. Czy oni wiedzieli wcześniej, co Braun powie? Czy w istocie to oni mu podpowiedzieli? Nie. Ale Jego Magnificencja nawiązała do pięknych tradycji prawa, gdy w wyniku zgwałcenia kobiety niszczono stół, na jakim ten gwałt się dokonał. I któż tu zaprzecza, że historia magistra vitae est.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)