Rzekomo prawicowe rządy Zjednoczonego Królestwa i Francji ogłosiły swego już czasu koniec polityki wielokulturowości, określanej paskudnym terminem „multi-kulti” (trochę mi się to kojarzy z małpką Fiki-Miki Makuszyńskiego i Walentynowicza). Spotkało się to z radosnym przyjęciem wśród polskich konserwatystów. Tak oto karp cieszy się z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Polityka wielokulturowości była błędem, jednak nie z tych przyczyn, z jakich teraz jest atakowana.
Zwolennicy rezygnacji z wielokulturowości głoszą, iż w istocie cały element innokulturowy winien dostosować się do kultury dominującej większości. Są jedni Francuzi, Brytyjczycy, Polacy etc. i każdy, kto chce wraz z nimi mieszkać, musi się do ich standardów dostosować. Najlepiej zaś, by to dostosowanie odbywało się na drodze administracyjnej zaopatrzonej w odpowiednie sankcje.
Nieporozumienie polega przede wszystkim na tym, iż kwestię wielokulturowości traktuje się jako coś nowego, typowego tylko dla współczesności. Ów brak perspektywy historycznej cechuje obie strony i wynika zarówno z ignorancji jak i z celowego odrzucenia bagażu przeszłości. Tymczasem należy zauważyć, iż Europa, a także poszczególne istniejące tam państwa zawsze były wielokulturowe, choć w mniejszym lub większym stopniu. W Rzymie stało się to już wtedy, gdy Republika przekroczyła granice miasta, podbijając lokalne ludy (Sabinów, Latynów i innych). Rozwój państwa rzymskiego a następnie Cesarstwa nie doprowadził nigdy do powstania jednej wspólnoty, którą ahistorycznie można by nazwać narodem, choć najpóźniej z Edyktem Karakalli powstała jedna wspólnota polityczna. Również i państwa powstałe na gruzach Imperium nie były jednolite etnicznie czy kulturowo. W ramach Państwa Frankijskiego rozwijało się wiele etnosów, które dopiero stopniowo utarły się w – użyjmy tu nieprecyzyjnego słowa – narody. Ale naród francuski i niemiecki, to efekt dopiero nowożytny a i tak długo nietworzący struktury homoetnicznej czy homokulturowej (bo kiedyż Bawarczyk czy Nadreńczyk stał się Niemcem i czy przestał być przez to Bawarczykiem czy Nadreńczykiem?). Podobnie w Kalifacie Kordobańskim i jego państwach sukcesyjnych obok siebie żyli muzułmanie, żydzi i chrześcijańscy potomkowie ludności „rdzennej”. Tym bardziej kulturowa jednolitość jest obca naszej części Europy. Wystarczy spojrzeć na nazwy ulic w najstarszych miastach, by zrozumieć, że od dawna obok siebie żyły tu różne nacje i kultury. Co więcej, większość z nich przybyła tu jako przybysze (mówiąc językiem współczesnym – imigranci), czego najlepszym przykładem jest kolonizacja niemiecka czy holenderska, ale także napływ ludności żydowskiej, ormiańskiej czy szkockiej.
To, co wyróżnia te wszystkie układy wielokulturowe jest to, iż w ramach jednego tworu politycznego żyły one obok siebie. Nikt, a zwłaszcza państwo, nie próbowało z tych ludzi tworzyć jednej wspólnoty kulturowo-etnicznej. Co więcej, system polityczny odrębności te szanował (przykładem niech będzie samorząd żydowski w Polsce z Sejmem Czterech Ziem – Waadem – w Jarosławiu na czele). Każdy żył sobie jak chciał, co do zasady nie wchodząc sobie w drogę i państwo dbało o to, aby tak było. Nawet, jeśli gdzieś ingerowało w tę kwestię, to z przyczyn czysto politycznych (wygnanie morysków i Żydów z Hiszpanii, kwestia religijna w Europie Zachodniej). Stąd też kuriozalne są dyskusje czy Kopernik był Polakiem czy Niemcem, bo był i jednym i drugim, tyle że na różnych płaszczyznach. Najlepszym tego wyrazem była zasada monarchii stanowej uznającej heterogeniczność wspólnoty politycznej i przyznającej różnym grupom (tak etnicznym jak i społecznym) odpowiednie prawa i obowiązki publiczne.
Oczywiście zawsze odbywał się proces przejmowania czy mieszania się kultur, zazwyczaj w ten sposób, iż kultura niższa (począwszy od jej elit) przejmowała kulturę wyższą, choć po upadku Cesarstwa Zachodniego zdarzały się i przypadki odwrotne (barbaryzacja elit rzymskich). Wreszcie tworzyły się wspólnoty oparte na kryterium politycznym a nie kulturowym, które na tym pierwszym czynniku budowali swoją odrębność (Szwajcarzy). Nikt jednak nie dążył na siłę do jedności czy unifikacji etnicznej a potem narodowej. Były kraje, gdzie – z różnych przyczyn – odrębności te się zmniejszyły (ale nigdy nie zanikły!), ale były też takie, gdzie okazały się one trwałe.
Dopiero monarchia absolutna i następująca po niej Rewolucja przyjęły za swój cel zniszczenie odrębności kulturowych i stworzenie jednego narodu. Niewątpliwie bowiem istnienie niezależnych od państwa wspólnot, było zagrożeniem dla koncepcji tworu wszechogarniającego i ingerującego w najdrobniejsze szczegóły życia poddanych/obywateli (patrz Józefinizm w Austrii).
Zwłaszcza rewolucja francuska, widząc w jakichkolwiek wspólnotach zagrożenie dla swojego programu przebudowy świata zaczęła zażarcie zwalczać wszelkie odrębności (we Francji zresztą regionalne a nie etniczne) i stworzyła koncepcję narodu, nie jako heterogenicznej wspólnoty politycznej, ale jako homogenicznej wspólnoty zastępującej religię, poczucie odrębności etnicznej, rodzinę i inne przeżytki. I to dziedzictwo przejęła po francuskich zbrodniarzach Europa. Francuz musiał być zatem tylko Francuzem i wyznawać państwowy („republikański” światopogląd), albo ze wspólnoty był wykluczony.
I właśnie w owym przekonaniu, że wspólnota polityczna (zwana zazwyczaj „narodem”) musi być etnicznie, kulturowo i światopoglądowo jednolita, leży błąd dzisiejszych czasów. Zwolennicy mulitkultorowości nie dążyli bowiem do tego, aby w istocie wspólnota polityczna składała się z przedstawicieli wielu kultur, lecz by utworzyć – na gruzach dominującej kultury – nową kulturę będącą wymieszaniem jej części składowych. Lewica – nienawidząc tradycji i kultur tradycyjnych – postanowiła zniszczyć je przez wymieszanie. Tymczasem tzw. prawica (bo trudno Sarkozy’ego nazywać prawicą na poważnie), ale pod jej wpływem także prawica konserwatywna, przejęła te same wartości rewolucyjne głosząc, iż wspólnota polityczna musi być jednolita, tyle że ujednolicenie ma nie polegać na wymieszaniu a na przyjęciu przez mniejszości kultury większościowej. Różnica zatem w sposobie, nie w celu. To, co od zawsze było istotą Europy – jej pluralizm etniczny, kulturowy a nawet religijny – zostaje zniszczony.
Tymczasem, proces imigracji i przepływania ludzi jest stałym elementem historii. Wspomniałem wyżej o Polsce, ale pojawia się on w różnych miejscach świata. I – przechodząc do naszych czasów – warto pamiętać, iż bez napływu na zachód imigrantów, nie byłoby cudu gospodarczego Niemiec czy całej szybkiej odbudowy powojennej Europy. A dziś, we Francji, nie miałby kto kierować autobusami czy metrem albo wyrzucać śmieci.
Proces tworzenia się kultur, grup etnicznych i narodów jest procesem ciągłej zmiany, ale zmiany tej nie można – na dalsza metę – zadekretować ani zaprogramować. Nie wyszedł Człowiek Radziecki, nie wyjdzie Europejczyk, ale nie wyjdzie też Francuz czy Polak nakazany odgórnie. Jasnym jest, że silne i atrakcyjne kultury rozszerzały się obejmując kolejne grupy (hellenizacja Rzymu czy polonizacja Litwinów i Rusinów). Ale musi to być proces naturalny i musi opierać na kulturze rzeczywiście silnej, ciekawej i wartościowej. Jeśli obserwujemy, iż imigranci nie przyjmują tzw. europejskiej kultury (ale nazywajmy to też germanizacją czy francuszczeniem) to nie dlatego, iż brak jest odpowiednich nakazów administracyjnych, ale dlatego, że kultura Zachodu dawno przestała być wartościowa i atrakcyjna. Dlatego, że przeżywa wielki kryzys. Problem leży w nas samych.
Pamiętajmy zatem o niedalekich nam przykładach pierwszej Rzeczypospolitej czy Austro-Węgier (nie ulegając tu czeskiej propagandzie). I pamiętajmy, iż nacjonalizm i pogląd o potrzebie homogeniczności wspólnoty politycznej (tzw. narodu) jest w prostej linii dzieckiem rewolucji francuskiej. A prawdziwy konserwatysta winien patrzeć na to, co w historii naprawdę wartościowe. W tym przypadku na Średniowiecze i monarchię stanową, zanim jeszcze postęp i rewolucja zniszczyły ich dorobek zniszczyły…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)