Jak nazwać związek dwojga ludzi, w którym jeden jest autorytetem i zna swoją wartość, drugi jest zaś podrzędnym szaraczkiem i też jest tego świadomy? Ja bym to nazwał- stosunki polsko- amerykańskie.
Jak to możliwe, że naszym krajem kieruje człowiek, który bez mrugnięcia okiem zgadza się na dyktat obcego państwa. Boję się, że jeżeli zadzwoniłby prezydent Obama i poprosił o udostępnienie Warmii i Mazur na jakieś sto lat, premier Tusk odparłby mu na to, że już śle stosowne dokument. Kiedy więc przestaniemy, jako kraj mieć kompleksy narodowe?
Dlaczego mamy być na każde zawołanie Ameryki? Co też ten związek nam daje? Realne zabezpieczenie w razie konfliktu z Rosją? A 17 września ludzie pamiętają tego roku? Może dostajemy od nich jakieś specjalne korzyści ekonomiczne? Ano też nie, warto podać, że Patrioty amerykańskie, pan Barack sprzedaje nam o 1/3 drożej niż np. Izraelowi.
A to przecież my Polacy, dzielnie w szranki z wrogami USA walczymy! To my jesteśmy na każde żądanie, gotowi z narażeniem życia popierać amerykańską politykę zagraniczną! Jakoś nie widać aby w Iraku czy Afganistanie, bardziej od naszych rodaków, ktoś narażał, wybaczcie że użyje kolokwializmu, Tylka.
Wstyd mi, że premier wybrany z woli Polaków, jest w stanie podejmować decyzję wartę miliony zloty i na pewno życie paru polskich żołnierzy, bezmyślnie. Wybaczcie, ale nie potrafię pojąć, jak można być tak pozbawionym wyobraźni aby obligatoryjnie zgadzać się na takie rzeczy w czasie jeden rozmowy telefonicznej. Czerwona kartka!


Komentarze
Pokaż komentarze (6)