Otwarciu drugiej linii metra towarzyszą emocje. Kiedy Polak wyjdzie ze swojej śmierdzącej klatki schodowej i pójdzie na stację metra, zobaczy te kolorowe światła pod sklepieniem, monitory, te marmury, te błyszczące szkła i stale nierdzewne, to się nareszcie czuje jak człowiek, a nie jak polaczek.
Wreszcie jeździ druga linia metra w Warszawie. Otwarto ją w niedzielę, 8 marca o 9:30 rano. Ma 6,1 km długości i siedem stacji. Może i niewiele, ale już nie da się powiedzieć, że schemat sieci metra można umieścić na ołówku. Teraz jest też druga linia. Jest, jeździ i błyszczy. No właśnie, rozmach z jakim wybudowano stacje i ich nowoczesność są imponujące i właściwie niespotykane za granicą. Czy tu na pewno chodzi tylko o walory komunikacyjne?
Odkuć się za te wszystkie lata
Na świecie stacje metra to najczęściej duszne dziury w ziemi ledwie wyłożone najtańszymi glazurami, aby tylko spełniały swoje funkcje. Ale nie u nas. W Warszawie muszą być okazałe i nowoczesne. Lśnić muszą. Marmurami. I pod sufitem musi być fikuśnie – żeby od razu było widać, że jest nowoczesność.
Nic dziwnego że – to nie żart – wycieczki przyjeżdżające do Warszawy każą zaprowadzić się do metra. Wiemy to ze sprawdzonego źródła. A są i tacy, którzy podczas wojaży w Paryżach i Londynach zaglądają do metra, żeby porównać. A tam zamiast nowoczesnych pałaców widzą ciasne i niskie klitki, ze smrodkiem a la PKP, z obłupanymi dziurami po kafelkach w ścianie. A w Rzymie biegające po torowisku szczury i brud, brud, brud. W głowie może się od tego przewrócić. Bo jak teraz myśleć – czy nadal jesteśmy gorsi od nich? Przecież na własne oczy widać, że u nas jest czyściej, nowocześniej, szerzej, wyżej, a podłogi autentycznie wypolerowane, a nie wyślizgane od podeszew. Całe życie człowiek przyzwyczajony do tego, że jest z drugiej ligi, i że Europa hen, daleko, to teraz jakoś tak niezręcznie to wszystko odwrócić, trudno się przestawić. Więc może jednak rację mają ci, którzy z chytrym uśmieszkiem politowania pouczają, żeby się nie cieszyć, bo u nas tylko dwie linie, a u nich dziesięć, dwanaście. I że stacji mają więcej.
No, nie wiadomo. Nie wiadomo jak zareagować. Wygodniej po staremu wyśmiać i powiedzieć, że pewnie zaraz się ta druga linia rozwali, albo spali. Albo ją zaleje. I jeszcze dodać, że tylko w takim grajdołku potrafią się cieszyć, że linia metra otwarta, a na Zachodzie to już od sześćdziesięciu lat mają i nikt sensacji nie robi. Ale jednak, z drugiej strony, jak się jest w metrze to coś kusi w tych wielkich, barwnych, przeszklonych stacjach i zachęca żeby już więcej nie czuć się biedaczkiem z rubieży kontynentu.
Nowa Polska, nowa tożsamość
Metrem leczymy swoje kompleksy narodowe. Wszyscy już mamy dosyć bycia Kopciuszkiem, czarną dziurą Europy, w której wszystko jest zapóźnione, dziadowskie, brudne, zepsute, w ogóle jakieś skarlałe i krzywe – jeżeli w ogóle jest. Do metra chodzimy nie tylko by jeździć, ale i po to aby sycić oczy, napawać się widokiem, który udowadnia, że u nas też coś może być czyste, nowoczesne, nieodrapane i działające.
Metro, autostrady, cztery stadiony, lotniska i Pendolino. Może jeszcze coś. Niedużo tego, ale zawsze coś. Powoli przyzwyczajamy się do nowej, nieklęskowej i niedziadowskiej tożsamości. Jesteśmy pierwszym pokoleniem Polaków, które może mieć takie doznania. Trochę szok, nieprzyzwyczajeni jesteśmy, że w Polsce, w tym wiecznie przegranym grajdołku, może się coś w ogóle udać i to na błysk. I takie duże.
Już na godzinę przed otwarciem przed stacją Świętokrzyska kłębił się tłum. Ludzie czekali na otwarcie, a potem w milczeniu, starannie, obserwowali, kontrolowali i oceniali posadzki, barierki, piktogramy, schody ruchome, windy, lampiony, kolorowe grafiki, porozwieszane na peronach ekrany komputerów. Ze wszystkich funkcji metra w Warszawie komunikacyjna jest najmniej ważna. Mentalny upgrade i przewartościowanie tożsamości są nie do przecenienia.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)