Anna Minton*
Kiedyś na analizy urbanistyczne patrzyło się jak na oddzielne dziedziny: transport, planowanie, projektowanie. Teraz ludzie zdali sobie sprawę, że odnosi się je do wszystkich aspektów zachowania człowieka. Pisząc o miastach, mówimy o psychologii, socjologii, strachu – mówi Anna Minton w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską
Aleksandra Kaniewska: W książce „Ground Control” opisuje pani, jak brytyjskie ulice przejmuje kapitał prywatny. Właśnie ukazało się nowe wydanie z rozdziałem o rewitalizacji wschodniego Londynu – jest pani sceptyczna, że Igrzyska Olimpijskie ożywią tę część miasta?
Anna Minton: Zanim odpowiem, mam dla pani zadanie. Proszę wybrać się metrem do Stratford City. Gdy tylko wysiądzie pani na stacji, zobaczy pani Westfield Stratford City – nowo otwarte centrum handlowe na świeżym powietrzu. Służy jako wejście do Parku Olimpijskiego, jest nowiutkie, świeże, imponujące. Przed wyjściem znajdują się olbrzymie schody. Proszę wjechać na samą górę. Ze szczytu schodów rozpościera się widok na duże rondo. A tuż za nim znajduje się drugie centrum handlowe – Stratford Centre.
To jest dawne centrum handlowe, prawda?
Dokładnie – dzisiaj stary, rozpadający się i niszczejący kompleks. Kontrast jest ewidentny. Z jednej strony nowe, drogie centrum handlowe jak spod igły, z drugiej – podupadająca ruina. Pytanie, jak wiele osób z dzielnicy Stratford i z pobliskiego Newham, jednej z najbiedniejszych części Londynu, będzie stać na robienie zakupów w tych sklepach? Tu widzimy neoliberalną „teorię skapywania” (trickle-down economy). Według niej wpompowanie większej ilość pieniędzy w biedną okolicę przyczyni się do poprawy powszechnego dobrobytu. Sądzę, że we wschodnim Londynie to nie zadziała. Projekt olimpijski jest wspaniałym, klasycznym przykładem modelu, który musi zawieść.
Ale nie może pani powiedzieć, że rewitalizacja nie była potrzebna – ulice, sklepy, nowa stacja kolejowa, stadion, park olimpijski. Nikt tego przecież ludziom nie odbierze…
Inwestycja w tę część miasta była konieczna. Ale od planów do realizacji wiele się zmieniło. Początkowo organizatorzy obiecywali, że zbudują w Stratford duży park, który będzie pierwszym od 150 lat parkiem królewskim na miarę Hyde Parku czy Regent’s Park. Czyli że powstanie otwarta dla wszystkich zielona przestrzeń, o którą dbać będzie państwo. Okazało się jednak, że powstał park prywatny, kontrolowany przez pół-autonomiczną organizację pozarządową (quango). Najważniejsze części parku będą kompletnie prywatne, czyli płatne. I tak oto mamy kolejne, bardziej sportowe Canary Wharf, czyli dzielnicę luksusu, a dokoła biedę. Jest to kolejny przykład sprywatyzowanego, wykluczającego, niedemokratycznego modelu rozwoju miejskiego.
Pisała pani o takich niefunkcjonalnych modelach na przykładzie zamkniętych osiedli. Nazywa je pani gettami.
Tak, w jednym z raportów przyglądałam się, jak ten trend przybył do Wielkiej Brytanii z Ameryki. To było studium teoretyczne, analiza trendów i przyczyn, dla których ludzie chcą żyć w zamkniętych osiedlach. A także, jak obok stref luksusu tworzą się getta i wykluczenie. Coraz więcej brytyjskich miast rozwija się na zasadach polaryzacji. To było w 2002 r., a moja analiza miejskich gett zrobiła niesłychaną furorę. Później zaintrygował mnie temat prywatyzacji przestrzeni publicznych.
Myśli pani o centrach handlowych?
Nie, nie o klasycznych centrach handlowych, ale o miejscach, gdzie w miastach tworzą się enklawy komercyjne – drogie sklepy, restauracje, delikatesy. Na ulicach i placach wszystko jest prywatne, niedostępne dla większości. Równie dobrze jak tu, w British Library, mogłyśmy spotkać się w dzielnicy finansowej Canary Wharf. To jedno z takich właśnie miejsc, o których piszę.
Sugeruje pani, że Londyn stał się miejscem tylko dla wybranych?
Ciężko mówić o „Londynie”, bo to bardzo zróżnicowane miasto. Ale ta tendencja do prywatyzacji naszych ulic się pogłębia. Części miasta wykluczają ludzi, nie pozwalają im, na przykład, na protest. Ulice już nie są przestrzeniami demokratycznymi.
W nowej książce Iana Mortimera, historyka opisującego Londyn w XVI wieku, są sportretowane okrutne i śmierdzące miejsca, których mieszkańcy podlegali mocnej segregacji klasowej. Na przykład, światło było dużym luksusem – biedni musieli wybierać: albo jasno, albo ciepło. Idziemy w tę stronę?
Interesujące. Ale z pewnością porównanie do XVI wieku to wybieganie trochę za daleko… Myślę, że sytuacja Londynu z XIX wieku, przed wprowadzeniem samorządów i demokracji na lokalnym szczeblu jest lepszym punktem odniesienia. Demokracja lokalna naprawdę zmieniła brytyjską rzeczywistość. W XIX wieku część Londynu była w posiadaniu arystokratów: książąt i hrabiów. Do nich należały ogromne tereny, na przykład gregoriańskie place jak Bedford Square czy Belgravia, które były odgrodzone i strzeżone. Ludziom nie wolno było tam wchodzić. W toku kształtowania się lokalnego samorządu pojawiła się silna opozycja polityczna, która postawiła sobie za cel walkę o otwarte miasto dla wszystkich.
Jak to osiągnięto?
Wzrost siły lokalnego samorządu przełożył się na dwa śledztwa parlamentarne, po których otwarto bramy części zamkniętych budynków. Od tamtego czasu prawo stanowi, że lokalne samorządy będą kontrolowały ulice i place publiczne w mieście. I tak właśnie było przez ostatnie 150 lat. Ale powstawanie tych nowych prywatnych terenów oznacza odwrócenie tego wielkiego demokratycznego postępu i przenosi nas z powrotem do ery pre-demokratycznej. Dlatego istnieje wiele podobieństw między Londynem dziś, a tym z okresu wiktoriańskiego.
W Europie są miasta, gdzie zachodzą podobne procesy. Na przykład w Paryżu biedni są wypychani na przedmieścia. W Londynie, przynajmniej teoretycznie, ludzie żyją obok siebie, osiedla komunalne są też w centrum miasta, istnieje więc jakiś rodzaj społeczności.
W Paryżu widać centrum, gdzie każdy chce żyć, i zaniedbane przedmieścia. W Londynie jesteśmy przyzwyczajeni do bardziej mieszanych społeczności. Uważam, że te dostrzegalne różnice pomiędzy bogatymi i biednymi sprzyjają powstawaniu atmosfery strachu. A to z kolei przekłada się na nieufność między ludźmi.
W Londynie istnieją dwa światy, które niby ze sobą sąsiadują, ale są kompletnie różne. Nie mówię, że problem paryski jest większy czy mniejszy. Jest inny. Brytyjski model społeczny bardziej przypomina ten atlantycki, a nie kontynentalny. W mojej książce opowiadam się za modelem kontynentalnym, za „regulowanym kapitalizmem”.
Pani twierdzi, że rewitalizacja dzielnicy Dockland i budowa Canary Wharf rozpoczęła nową erę w historii miasta.
Tak, w latach 80-tych, wraz z deregulacją sektora finansowego, powstały ogromne banki o dużych przepływach finansowych. Canary Wharf zostało stworzone dla nich. To wtedy powstały pierwsze zamknięte osiedla dla ludzi, którzy mieli pracować w sektorze finansowym. Mówiono im: „Nie przejmujcie się, że jest to skrajnie uboga okolica, będziecie bezpieczni za murami osiedla”. Jako uzasadnienie rząd thatcherowski podawał wspomnianą wcześniej „teorię skapywania”. Czyli że warto pozwalać na tworzenie enklaw bogactwa – np. dzielnicy Canary Wharf – bo one potem samo przeniesie się do najuboższych. Cóż, nie stało się tak w rejonie Dockland, ani nigdzie indziej w Wielkiej Brytanii. I nie stanie się tak w Stratford.
Czego brakuje Londynowi?
Dobrego systemu planowania. Systemu, w którym reguluje się planowanie przestrzenne w taki sposób, żeby miejsca nie traciły swojej tożsamości. Na przykład, żeby lokalny warzywniak nie mógł zostać zamieniony na sklep z telefonami komórkowymi. Nie powinniśmy mieć w miastach samych Starbucksów. Kiedyś na analizy urbanistyczne patrzyło się jak na oddzielne dziedziny: transport, planowanie, projektowanie. Teraz ludzie zdali sobie sprawę, że odnosi się je do wszystkich aspektów zachowania człowieka. Pisząc o miastach, mówimy o psychologii, socjologii, strachu.
Jest pani zwolenniczką regulacji przestrzeni publicznej?
Słynny filozof Henri Lefebvre pisał, że przestrzenie, które tworzymy, powinny odbijać naszą ekonomiczną i społeczną rzeczywistość. To pewnego rodzaju produkcja przestrzenna. Naturalnie, wraz z załamaniem systemu finansowego rzeczywistość ekonomiczna, w której żyjemy, opiera się na nieustającym wzroście – m.in. cen nieruchomości i długu. Gdy mówię o „regulacji”, nie mam jednak na myśli regulowanego i kontrolowanego miasta. Podoba mi się pomysł „elastycznego rozwoju” i „organicznego wzrostu”.
Jakie kroki władz lokalnych najgorzej polaryzują miasto? System monitoringu ulicznego, popularne na Wyspach CCTV?
System monitoringu jest tylko wskaźnikiem tego, jak myślą o społeczeństwie politycy. Rządzi nimi strach przed przestępczością. Ale paradoksalnie kamery nie pomagają, bo tworzą bardziej nerwową atmosferę. Nie ma żadnych badań, które pokazywałyby, że monitoring radzi sobie z przestępczością czy zwiększa wykrywalność spraw.
Co jeszcze pogorszyło sytuację?
Poprzedni rząd był bardzo autorytarny wobec młodzieży, szczególnie w kwestii zgromadzeń publicznych. Pojawiło się wiele przepisów, które zakładały, że młodzi ludzie z biednych rodzin stanowią zagrożenie. Takim przykładem może być Antisocial Behaviour Act z 2003 roku. Te przepisy, a także pozwolenia dla policji na przeszukiwanie dowolnych osób (stop-and-search) bezpośrednio przyczyniły się do zamieszek w sierpniu 2011. Te akcje były wycelowane głównie w młodzież z mniejszości etnicznych i ubogich rodzin. W Wielkiej Brytanii naprawdę źle traktujemy młodych Brytyjczyków. Istnieją raporty, według których nasza młodzież i dzieci znajdują się pośród najbardziej nieszczęśliwych w Europie.
Jakie jest pani ulubione, szczęśliwe miasto europejskie?
Lubię Wenecję. Ale jeśli chodzi o strategię rozwoju, wydaje mi się, że to Berlin jest miejscem, w którym dobrze utrzymuje się elastyczność i otwartość przestrzeni. Do tego miasto ma świetny system transportu publicznego, który nie jest tak drogi, jak w Londynie. Berlińczycy nie muszą się obawiać wszechobecnego monitoringu.
I mieszkania nie są tak drogie. Większość wynajmuje, ludzie nie są niewolnikami kredytów.
Tak, to prawda. Mieszkania nie są drogie, więc można czuć się wolnym. Szczęście w miastach na pewno przychodzi razem z poczuciem wolności.
tł. Radosław Szymański
*Anna Minton – brytyjska pisarka i dziennikarka śledcza, przez wiele lat związana z „The Financial Times”, autorka książki o miejskiej przestrzeni publicznej pt. „Ground Control: Fear and Happiness in the Twenty-First Century City”.
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (1)