John Sides*
Kiedyś mieliśmy w Stanach konserwatywnych demokratów i liberalnych republikanów. Teraz już niczego takiego nie ma – mówi prof. John Sides, amerykański politolog, w rozmowie z Radosławem Szymańskim
Radosław Szymański: Co jest główną osią sporu kampanii między Barackiem Obamą a Mittem Romney’em?
Prof. John Sides: Najważniejszą kwestią, z jaką chce dotrzeć do wyborców Romney, jest zły stan gospodarki i brak wzrostu. Odpowiedzialnością za ten stan rzeczy próbuje obarczyć Baracka Obamę.
Z kolei tym, co chce przekazać swoim wyborcom Obama jest to, że bez względu jakie wyzwania stoją przed Ameryką, Mitt Romney nie jest osobą, która będzie się z nimi skutecznie mierzyć. Obama próbuje więc uczynić (ang. frame) wybory personalnym wyborem pomiędzy nim, a Romney’em i zasugerować, że Romney jest gorszy. Romney za to chce uczynić wybory rodzajem referendum rozliczającym Baracka Obamę i jego prezydenturę. Myślę, że to są główne osie kampanii wyborczych obu kandydatów.
Zdaje się więc, że Obama zmienił strategię w porównaniu do kampanii z 2008 roku – z bardziej pozytywnej, na bardziej negatywną.
Nie do końca. W jego poprzedniej kampanii było wiele krytyki pod adresem Johna McCaina… Prawdą jest, że w tej kampanii, przynajmniej dotychczas, jest więcej elementów negatywnych niż w roku 2008. Ale to zwyczajnie pokazuje różnicę w zmianie położenia Obamy.
W 2008 r. był tym, który dopiero aspirował do stanowiska; w dodatku z ramienia partii, która nie sprawowała władzy. W wyborach zmagał się zaś z partią, która sprawowała wtedy władzę, zarządzając państwem w nie najlepszej sytuacji gospodarczej. Teraz wszystko się odwróciło. To Obama ma władzę; stoi na czele państwa, które zawodzi gospodarczo. Sądzę więc, że nie ma wyboru. Musi odróżnić się od Romney’a. Nie może po prostu wyjść i powiedzieć: „Wszystko jest OK, wybierzcie mnie ponownie”.
Czy pan profesor myśli, że ta zmiana może przynieść Obamie sukces?
Ciężko powiedzieć. Sondaże są stabilne: tak na poziomie ogólnonarodowym, jak i w tych stanach, którym kandydaci poświęcają najwięcej uwagi. Trzeba po prostu zaczekać i się przekonać. W tym momencie żaden z kandydatów nie ma zdecydowanie efektywniejszej kampanii.
Są jakieś innowacyjne metody prowadzenia kampanii? Poprzednia zapisała się w historii jako przełomowa ze względu na mikrofinansowanie kampanii Obamy.
Myślę, że na pewno część rzeczy wygląda w tym roku inaczej niż poprzednio. Sposób, w jaki grupy poza partiami (PAC – przyp. red.) wydają pieniądze, uległ zmianie. Dzięki wyrokowi Sądu Najwyższego mamy teraz sytuację, w której niezależnym grupom łatwiej jest zbierać i wydawać pieniądze. Te grupy są ważnym głosem w obecnej kampanii. Działają po obu stronach, choć wydaje się, że Partia Republikańska będzie miała więcej takich SuperPAC-ów po swojej stronie… Albo inaczej: SuperPAC-i związane z republikanami zbiorą więcej pieniędzy niż te związane z demokratami.
Drugą rzeczą jest zjawisko będące w pewnym sensie udoskonaleniem czegoś, z czym mieliśmy już wcześniej do czynienia przez ostatnie kilka lat. Mam na myśli stopień, w jakim prowadzący kampanię są w stanie zebrać dokładne dane na temat wyborców. A następnie używać tych danych do identyfikacji wyborców, którzy się wahają. Których trzeba zmobilizować w dniu głosowania. Pojawiło się dużo większe… wyrafinowanie w technikach, jakimi posługują się prowadzący kampanię. Technikach służących do wybierania sobie grup docelowych i do dopasowywania treści do indywidualnych zainteresowań i poglądów wyborców.
Kampania Obamy bez wątpienia wyprzedzała kampanię McCaina w owych technikach. W tym roku Romney jest jednak lepszym kandydatem niż McCain przed czterema laty; ma też lepszą kampanię. Ale Obama ma z kolei tę przewagę, że może wyciągnąć wnioski z tego, co robił w 2008 r. Przy czym nowe techniki nie działają jak reklamy w telewizji, gdzie można po prostu włączyć telewizor i zobaczyć je na własne oczy. Ale bez wątpienia, jest to istotna zmiana w sposobie rozgrywania kampanii.
Czy pan profesor myśli, że rola pieniędzy w polityce się zmienia? Być może zmniejsza się ze względu na rozwój mediów społecznościowych?
Myślę, że rola pieniędzy faktycznie się zmniejsza. Przypuszczam, że nie z powodu wspomnianych mediów, tylko z powodu szerszych zmian zachodzących w systemie partyjnym. Partie stają się coraz bardziej ideologiczne, coraz bardziej spolaryzowane…
Był w amerykańskiej polityce okres, kiedy mieliśmy konserwatywnych demokratów i liberalnych republikanów. Teraz już niczego takiego nie ma. Z tego względu przynależność partyjna stała się silniejsza wśród wyborców. A gdy mamy mocno zdecydowanych wyborców, oznacza to mniejszy odsetek ludzi, którzy autentycznie nie wiedzą, na kogo zagłosują. Pieniądze będą więc kierowane na przekonywanie tego bardzo małego odsetka wyborców. Co oznacza, że przypuszczalnie wpływ pieniędzy będzie mniejszy niż mogłoby się wydawać.
W kampaniach prezydenckich pieniądze grały stosunkowo małą rolę. Dzieje się tak dlatego, że większość wyborców i tak wcześniej wie, na kogo zagłosuje; ci zaś, którzy jeszcze nie wiedzą, nie interesują się tak bardzo kampaniami. Poza tym zazwyczaj obaj kandydaci mają do dyspozycji podobne środki. Rok 2008 mógł być nieco inny; możliwe, że rok 2012 też będzie anormalny – ale generalna tendencja jest taka, że na każdego dolara wydanego przez republikanów przypada jeden dolar wydany przez demokratów. W jakimś sensie ich wysiłek jest podobny.
Trzeba też pamiętać o tym, że nie jest to schemat: pieniądze po jednej stronie, media po drugiej. Dużą część wydatków stanowi prowadzenie kampanii poprzez media społecznościowe, zaangażowanie wyborców, szukanie ochotników, przekuwanie poparcia wirtualnego na praktyczne. Sądzę więc, że każde nowe medium zostanie prędzej czy później użyte w kampanii.
Obama w 2008 roku kładł mocny akcent na język swojego przekazu. Czy mamy dziś jakieś uderzające schematy językowe u obu kandydatów?
Nie, nie sądzę, żeby było coś nowego czy innego…
A owo większe wyrafinowanie w docieraniu do wyborców?
Tak, ale nie przekłada się to raczej na innowacje w języku kampanii. Jest to głównie kwestia doboru materiału tak, żeby odpowiadał zainteresowaniom konkretnych grup wyborców. Jeden z bardziej oczywistych przykładów: kwestia imigracji poruszana będzie na forum wyborców latynoskich. Chodzi też o listy, które zostaną wysłane do wyborców; o ochotników, którzy będą oddelegowani do konkretnych domów i będą używać innych skryptów, w zależności od informacji, które prowadzący kampanie mają na temat konkretni wyborcy. To jest najważniejszy sposób, w jaki przekaz kampanii ulega różnicowaniu – które kwestie się podkreśli.
Co z wpływem demografii? Mam tu na myśli głównie republikanów, którzy mogą mieć problem z poleganiem wyłącznie na białej klasie średniej. Historycznie ich elektorat był zawsze bardziej spójny niż eklektyczny elektorat demokratów.
Naturalnie elektorat staje się „mniej biały”. Populacja latynoska, azjatycka i generalnie imigracyjna się zwiększa. Do pewnego stopnia tradycyjne zawody klasy robotniczej tracą na liczebności, więc zmienia się też klasowa natura wyborów. Kilku badaczy twierdzi, że te zmiany wypadną z korzyścią dla demokratów i że powinniśmy tu widzieć, przynajmniej w dłuższym okresie, zysk Partii Demokratycznej. Dziś jest to o tyle trudne, że nie wszyscy imigranci są obywatelami i, co za tym idzie, nie mogą głosować.
Myślę jednak, że w dłuższej perspektywie Partia Republikańska zacznie szukać dróg do uwiedzenia części nowego elektoratu. Rozszerzy bazę swoich zwolenników poza białą klasę średnią. Ale w tym momencie nie sądzę, żeby demografia była dla republikanów aż tak dużym problemem. Wygranie tych wyborów jest w ich zasięgu, poradzili sobie bardzo dobrze w wyborach do Kongresu w 2010 r.
Kolejną interesującą kwestią jest radykalizacja na scenie politycznej, zarówno na lewicy w postaci Occupy Wall Street, jak i na prawicy, gdzie jest Tea Party.
Wpływ radykałów na republikanów jest dużo większy niż na demokratów. Nie sądzę za to, żeby Occupy Wall Street stanowi groźbę dla Partii Demokratycznej. Nie sądzę też, żeby zmieniało środowisko demokratów w zauważalny sposób. Ruchy takie, jak Occupy Wall Street nie zdołały skapitalizować oraz przekuć swojej energii i pomysłów w realną siłę polityczną. Natomiast sprawa wygląda inaczej po stronie republikanów.
Politycy republikańscy są autentycznie… ostrożni. Szczerze obawiają się zdenerwowania, czy wyobcowania różnych grup konserwatywnych, takich jak na przykład Tea Party. Jest kilka przykładów prominentnych polityków republikańskich, którzy przegrali w prawyborach z bardziej radykalnymi kandydatami. To na pewno wymusza na tej partii jakiś poziom ortodoksji. Co widać było w kampanii Romney’a. Od początku wyborów prezydenckich jego obóz musiał przyjąć mocno radykalne pozycje w niektórych kwestiach. I to pozycje, które ewidentnie były sprzeczne z poglądami niegdyś prywatnie przezeń głoszonymi. Pozycje, które de facto umieściły go w głównym nurcie konserwatywnego skrzydła partii.
Na przykład?
Podczas prawyborów wypowiadał się krytycznie o innych republikańskich kandydatach, próbując odmalowywać ich jako zbyt mało konserwatywnych. Ta sytuacja sprawia, że Romney’owi trudno byłoby przyjąć bardziej zrównoważone pozycje w niektórych kwestiach, które z kolei zjednałyby mu część wahających się wyborców. Takim ruchem mógłby się spalić w oczach własnej partii.
Obama nie ma analogicznego problemu. Na pewno istnieją grupy liberalne, którym część decyzji Obamy się nie podoba, ale nie widzę, żeby te grupy stanowiły jakieś wyzwanie. Nie zagrażają one głównemu nurtowi Partii Demokratycznej w podobny sposób, jak Tea Party republikanom. Nie wystawiają własnych kandydatów.
Inną istotną kwestią, o której warto pamiętać, jest to, że nawet mimo pewnych konfliktów wewnątrzpartyjnych sama natura wyborów prezydenckich zawsze służy zjednoczeniu partii. Nie ma lepszego powodu, dla którego można by się zejść niż po to, by pokonać przeciwnika. Widać to w sondażach – 90 proc. demokratów deklaruje, że zagłosuje na Baracka Obamę, a 90 proc. republikanów – na Mitta Romney’a.
To stało się faktem dosłownie w dniu, w którym Romney otrzymał partyjną nominację. Natura tych kampanii automatycznie wiąże się z podkreślaniem tego, co jednoczy. Wiele z konfliktów zostanie przykrytych w toku wspólnej pracy nad kampanią.
*Prof. John Sides – wykłada na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona. W swoich badaniach zajmuje się kampaniami politycznymi, opinią publiczną i tożsamością narodową. Poza publikacjami w czasopismach naukowych współtworzy bloga naukowego The Monkey Cage.
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl


Komentarze
Pokaż komentarze