A zatem stajemy przed sceną jak z chorągwi pod Zbarażem:
trzy uczone głowy, trzy tomy wyliczeń, trzy pieczęcie powagi
– a wszystkie oparte na jednym założeniu,
jakby na jednej cienkiej belce nad przepaścią.
Bo jeśli w chwili uderzenia w brzozę Tu-154M miał wznosić się z prędkością 6 m/s – jak przyjmuje dr Olivaires z NIAR – to nie dlatego, że tak wynika z nieubłaganej mechaniki lotu, lecz dlatego, że inaczej „beczka” z raportu MAK nie chce się narodzić.
Profesor z Toronto, w swej obszernej notce, sam przyznaje, iż takie właśnie założenie jest konieczne, by matematyczna trajektoria zamknęła się w eleganckim łuku.
Profesor Kowaleczko – najlepszy z naszych specjalistów – powiela tę linię, jakby była torowiskiem, po którym samolot musi potulnie podążyć.
A przecież w realnym świecie nie ma torowisk, są siły: ubytek 12,5% nośnej, przechył 50°, rosnący opór, spadająca prędkość i przeciągnięcie czające się tuż za rogiem przy 55°.
Wystarczy jedno cięcie rachunku – cosinus przechyłu pomnożony przez deficyt nośnej – i z 6 m/s zostaje kilka metrów złudzenia, nie dziesiątki metrów triumfu.
I oto trzy tęgie głowy spadają jednym zamachem:
nie od miecza, lecz od arytmetyki...
A nam pozostaje pytanie,
czy śmiać się z tej matematycznej beczki,
czy raczej płakać nad tym,
że w fizyce lotu fantazja nie unosi się na skrzydłach,
Od ponad 15 lat studiuje temat kłamstwa smoleńskiego( quwerty)
Od ponad 20 lat studiuję historie udziału stalinowskiego ZSRR w II wojnie; korzystam ze źródeł w języku rosyjskim i angielskim.
Komentarze
Pokaż komentarze