Jacek Arkuszewski Jacek Arkuszewski
683
BLOG

Moje Powstanie - wyjątek z pamiętnika

Jacek Arkuszewski Jacek Arkuszewski Polityka Obserwuj notkę 20

Miałem wówczas dziesięć lat. Mieszkaliśmy z rodzicami i starszą siostrą Magdą w małym mieszkaniu na ulicy Sękocińskiej na Ochocie. Mój ojciec o pseudonimie „Pług” należał do komórki wywiadu gospodarczego AK i już od wiosny 1944 roku wiedział o planach akcji zmierzającej do odbicia z niemieckich rąk Warszawy, gdy front wschodni dotrze do Wisły. Gdzieś w maju wyprowadziliśmy się zatem z Warszawy do Nowej Wsi, obecnie dzielnicy Komorowa i jednocześnie stacyjki na linii kolejki EKD. Ojciec wynajął malutki murowany domek złożony z dwóch izdebek i kuchni. Miał on tak typowy dla biednych podwarszawskich miejscowości paskudny jednospadowy dach. Mieszkaliśmy tam w sześć osób razem z moją babką i służącą Stasią, osobą poczciwą, lecz niezbyt rozgarniętą.

W maju uczęszczałem jeszcze do szkoły, a właściwie na tajne komplety prowadzone przez profesora Stanisława Bogatkiewicza, gdzie wraz z kilkoma kolegami uczyliśmy się wszelkich mądrości IV klasy. Lekcje codziennie były w innym miejscu: a to u mnie na Sękocińskiej 7A, albo u Adasia Mincera na Grójeckiej 40A, u Krzysia Hamana w Al. Niepodległości lub u Marka Łepkowskiego na Siennej 33. W trakcie lekcji siedzieliśmy naogół wokół dużego stołu z zabawkami i egzamplarzami pisma „Ster” – gadzinówki niemieckiej dla polskich dzieci mającej im zastąpić podręczniki. To na wypadek wpadki – „no cóż, do mego syna przyszli koledzy, razem się bawią i czytają „Ster””. Moja siostra Magda uczęszczała do Sacré Coeur na ulicy Reja, ale raz w miesiącu musiała spędzić dzień w szkole zawodowej na Śniadeckich, na tak zwanej od nazwiska kierownika Żmudzie, by mieć szkolny Ausweis. Byłem młodszy o dwa lata i mnie to na szczęście jeszcze nie obowiązywało.

Adaś został rozstrzelany wraz z rodziną i wszystkimi mieszkańcami domu na Grójeckiej w pierwszych dniach Powstania bądź przez żandarmów stacjonujących w Domu Akademickim na Placu Narutowicza bądź przez Ukraińców z SS-RON. Był to odwet za ataki powstańcze wychodzące właśnie z tego domu. Marek został ciężko ranny już po powstaniu, gdy sowiecki kukuruźnik zbombardował uciekinierów z Warszawy. Potem z odłamkiem pod samym sercem został lekarzem i mieszkał w Zakopanem. Krzysztof podobnie jak ja skończył fizykę i jest profesorem.

Tak więc przez niemal dwa miesiące jeździłem codziennie z Magdą do Warszawy kolejką EKD. Posiadała ona troche staroświeckie, wysokie wagony elegancko wykończone w środku mosiądzem i mahoniem, bardzo miękko resorowane. Kolejka po przekroczeniu granicy miasta jechała Szczęśliwicką, Niemcewicza, Tarczyńską i Nowogrodzką aż do Marszałkowskiej. Ulubioną zabawą było rozkołysanie ostatniego, trzeciego wagonu szybko jadącej kolejki ku oburzeniu konduktora jadącego zazwyczaj w pierwszym wagonie.

Wreszcie zaczęło się lato, lekcje się skończyły. W wieku dziesieciu lat tydzień to wiek, a miesiąc to niemal wieczność. Jeździliśmy do Podkowy Leśnej by się kąpać w stawie w Żółwinku, bawiłem się się z Władkiem Milczarkiem, synem naszych gospodarzy. Było beztrosko o ile może być beztrosko w piątym roku okupacji, gdy rodzice codziennie jeżdzili do Warszawy, a tam szalały łapanki. Czasem i my spędzaliśmy kilka dni na Sękocińskiej i tam właśnie byliśmy 7 czerwca. Do mych obowiązków należało przynoszenie co rano Nowego Kuriera Warszawskiego zwanego pieszczotliwie „kurwarem” bądź „gadzinówką” z kiosku u wylotu Słupeckiej. Tego ranka na pierwszej stronie widniała wiadomość o inwazji aliantów w Normandii – przemilczanie złych wieści to był wymysł komunizmu, a nie nazizmu. Biegłem jak na skrzydłach do domu niemal krzycząc z radości na ulicy; cała Polska oczekiwała tej inwazji, choć nie wiele już to mogło wpłynąć na jej los.

Dnia 1 sierpnia moja matka (pseudonim „Magda”) wróciła z Warszawy ostatnią kolejką – na Szczęśliwickiej słyszała już strzały w mieście. Cały dzień była poza domem, więc nie dotarł do niej rozkaz stawienia się na miejsce zbiórki. Podobnie nie dotarł do Ojca, który jednak zamiast pojechać do Nowej Wsi wrócił na Sękocińską. Początkowo wiadomo było tylko tyle, że jest nareszcze Powstanie, którego wszyscy tak długo wyczekiwali – „to tylko kilka dni, Ruscy są już za Wisłą”. No, ale strach o Ojca był wielki. Staliśmy tak czasem przed nowowiejskim domem patrząc na słup czarnego dymu nad Warszawą i nasłuchujłc odległych detonacji, a Stasia usiłowała na swój sposób pocieszyć moją matke: „Niech się pani nie martwi, pani inżynierowo, popili się na Wilczej i strzelają”. Dlaczego na Wilczej pozostało jej tajemnicą.

W tym samym czasie – nie pamietam, czy było to przed czy po 1 sierpnia – w pobliskim pałacu w Helenowie zainstalował się osławiony gen. Reinefarth. Granice helenowskiego parku dzieliła od naszego domku jedynie szosa z Pruszkowa do Brwinowa oraz jakie sto metrów kartoflanego pola; obecnie rośnie tam las. W każdym razie Helenów już przedtem musiał być zajęty przez Niemców, bowiem cały duży park ogrodzony był wysokim płotem z drutu kolczastego w kluczowych miejscach wzmocnionego wieżyczkami wartowniczymi. Pewnego dnia na podwórzu naszego domku pojawiła się ciężarówka oddziału łączności Wehrmachtu z rozkazem zakwaterowania. No cóż, mogli nas poprostu wywalić z całego domu, a jednak zajęli tylko jedną izbę zostawiając nam drugą wraz z małą kuchnią. Żołnierzy było kilku, pamiętam jednak tylko trzech z nich. Był więc opolski Ślązak mówiący po polsku, francuskojęzyczny Alzatczyk oraz taksówkarz z Berlina. Byli w miarę sympatyczni, walczyli cały czas na wschodnim froncie i mieli wszystkiego serdecznie dosyć. Berlińczyk całą swą rodzinę stracił w bombardowaniu i prawie się nie krył swojej opinii o wojnie i Führerze, podobnie dwaj inni. Alzatczyk uwielbiał rozmawiać po francusku z Babunią, Opolanin mnie sobie upodobał, wpuszczał mnie do radiociężarówki wyposażonej w wielki teleskopowy maszt antenowy gdzie zaznajamiał mnie z alfabetem Morse’a i raz czy dwa – ku zgrozie Mamusi i Babuni – na ściernisku za domem uczył mnie i Władka rzucać granatami, znanymi niemieckimi „tłuczkami do kartofli”. Granaty były prawdziwe. Stasia prasowała im mundury, a oni czasem dawali nam coś ze swoich mizernych wojskowych porcji. Może warto jeszcze dodać, że Helenów należał niegdyś do mojego prapradziadka Wincentego. Miał on dziesięcioro dzieci i po jego śmierci w 1855 roku by podzielić spadek zmuszone były one sprzedać Helenów wraz z przyległym Nadarzynem rodzinie Potockich.

Warto może zastanowić się dlaczego naszego stosunki z owymi trzema żołnierzami nie koniecznie układały się na zasadzie „śmiertelny wróg”. Tak to byli wrogowie ale jednocześnie byli to trzej nieszczęśliwi ludzie też doświadczeni przez los, którzy w miarę swoich możliwości starali sią nawet nam pomóc i nie okazywali swej wrogości. Być może zresztą, że widmo zbliżającej się nieuchronnej klęski miało wpływ na ich stosunek do „Untermenschów” jakimi oficjalnie byliśmy. Ojciec nadal był gdzieś w Warszawie, być może przez nich dało by się go odnaleźć, a przynajmniej dowiedzieć o jego losie i to też miało znaczenie w naszym stosunku do nich.

Po kilku dniach wiadomo już było, że koniec Powstania nie jest bliski i że mała jest szansa, by zakończyło się ono powodzeniem. Szosą stale przejeżdżały oddziały wojska, czasem nawet Węgrów w oliwkowych mundurach. Codziennie pojawiały się sztukasy lecące dość nisko, każdy z podwieszoną jedną dużą bombą. Po kilkunastu minutach wracały – liczyliśmy je starannie i czasem, choć bardzo rzadko jednego brakowało. Dym nad Warszawą zamienił się w jedną wielką czarną chmurę zajmującą pół nieba, na ziemię spadały czarne, spalone kartki papieru. Mimo tego „nasi” Niemcy starali się pocieszać moja matkę: „Niech się pani nie martwi o męża, w Warszawie jest tylko mała grupka bandytów i szybko sobie z nimi poradzimy”. Oprócz sztukasów Niemcy wprowadzili nową broń: od czasu do czasu od strony Pruszkowa odzywała się potężna detonacja. Wraz z Władkiem pobiegliśmy zobaczyć co to takiego. To było ogromne działo kolejowe strzelające na Warszawę. Po każdym strzale odrzut powodował jego odjazd i mała lokomotywa przetokowa ściągała je na poprzednie miejsce.

Na linii EKD przybywało uchodźców z Warszawy. Kolejka kursowała nadal, ale oczywiście nie docierała do Warszawy. Prawie jednak codziennie zwykła lokomotywa parowa dostarczała do Podkowy Leśnej i Milanówka wagon towarowy wypełniony rannymi. Tę bohaterską misję wykonywali kolejarze EKD i PKP, którym pod jakimś pretekstem udawało się dotrzeć lokomotywą z wagonem w granice Ochoty, nie wiem czy wiedzą o tym historycy Powstania. W jednym z takich transportów napotkaliśmy sąsiadkę z naszego domu na Sękocińskiej, pannę Myśliwiec. Była ranna, miała wysoką temperaturę, może nawet nieco majaczyła. Powiedziała jednak, że mego ojca wraz ze wszystkimi niemal mieszkańcami Sękocińskiej 7A i 7B Ukraińcy zabrali na Zieleniak, gdzie był obóz przejściowy. Panny Myśliwiec, wysokiej dorodnej blondynki o długich włosach chodzącej zazwyczaj w tyrolskim kapelusiku nie uratował najwidoczniej jej kochanek SS-man. Wtedy znikła z naszego życia, ale w kilka lat potem dowiedzieliśmy się, że wypłynęła w zakopiańskim UB. Od SS do UB – podejrzewam, że była to droga życiowa przebywana częściej niż nam się zdaje.

Drugą drogą dowiadywania się o los bliskich było wystawanie przed główną bramą zakładów taboru kolejowego w Pruszkowie, których teren Niemcy zamienili na ogromny obóz przejściowy dla cywilnej ludności Warszawy. Z zajmowanych przez siebie dzielnic Niemcy wyprowadzali tych co przeżyli wpierw na teren hurtowego rynku warzyw na ulicy Grójeckiej – był to tak zwany Zieleniak. Stamtąd dalej około 15 kilometrów na piechotę do obozu w Pruszkowie i tam odbywała się selekcja według dość przypadkowych kryteriów: część na roboty do Niemiec, innych do obozów koncentracyjnych w Oświęcimu czy Sachsenhausen, większość jednak sowiecką metodą „na posjelenje”. To znaczy po kilkadziesiąt osób w bydlęcych wagonach gdzieś w Polskę, gdzie wyładowywano ludzi na przypadkowej stacji i niech sobie radzą dalej sami. Czasem jednak kogoś wypuszczano, ot, tak przez bramę i wtedy rzucał się na niego tłum oczekujący wieści, jakichkolwiek wieści o losie swych najbliższych. Fakt, że Niemcy pozwalali dostarczać do obozu w Pruszkowie żywność oraz ich paniczny strach przed tyfusem powodował jednak, że wielu udało się z tego obozu uciec. Tak też uciekł Ojciec.

Godzina W zastała go w domu, nie miał szans przedostać się na swoje miejsce zbiórki. Początkowo ulice Barska, Kaliska, Joteyki i Sękocińska od pl. Narutowicza aż do Niemcewicza i Szczęśliwickiej czyli tak zwana „Reduta Kaliska” znalazły się w rękach powstańców, którym udało się nawet zdobyć samochód pancerny. W jego naprawie i uruchomieniu brał udział i Ojciec, ale pojazd ten nie odegrał większej roli w walkach i nie uratował Reduty. Dziesiątego sierpnia Reduta Kaliska padła, część mieszkańców oddziały ukraińskie SS-RON wymordowały na miejscu. Wtedy zapewne zginął Adaś Mincer oraz moja prababka, osiemdziesięciosześcioletnia Babunia Jadwinia Dobrowolska zastrzelona w przez Ukraińców w czasie ewakuacji na Zieleniak w pobliżu kościoła Św. Jakuba - poprostu za wolno szła. Mieszkańców naszego domu przy Sękocińskiej los oszczędził i Ojciec znalazł się w Pruszkowie, o niecałe 3 kilometry od swoich najbliższych.

Następnego dnia spotkał w obozie swą znajomą, właścicielkę małego mająteczku w okolicach Młochowa. Przywiozła ona konnym wozem do obozu kilka worków mąki. Natychmiast umazała Ojca twarz mąką, położyła go na wozie i w bramie krzyknęła do wartowników „Tyfus, tyfus!”. Ci odskoczyli na bezpieczną odległość i niemal zaraz za bramą kazała Ojcu zejść z wozu, bowiem wracała po nowy transport „chorych”. Ilu było w owym czasie takich cichych bohaterów?

Dwunastego sierpnia wczesnym popołudniem Ojciec dotarł do Nowej Wsi – był tak wyczerpany, że przejście tych paru kilometrów zajęło mu pół dnia. Byliśmy znowu wszyscy razem i nasuwało się pytanie: co dalej? W Nowej Wsi nie mogliśmy tkwić wiecznie. Nasze skromne rezerwy finansowe zaczęły się wyczerpywać. Oszczędności rodzice mieli w tzw. „góralach”, to jest banknotach pięćsetzłotowych. Oczywiście były to pieniądze okupacyjne, tak zwane „młynarki”. Banknotów tych było chyba za dużo w obiegu i – rzecz dość zdumiewająca – zaczęły one tracić na wartości. Można je było wymienić na conajwyżej 400 złotych w innych, mniejszych nominałach. Zresztą kurs ich zmieniał się z dnia na dzień i zależał od tego czy wymieniało się u „specjalisty” w Milanówku czy Komorowie. Jeździło się zatem kolejką EKD, która cudem jakimś cały czas funkcjonowała. Nie pamiętam, czy było to w czasie Powstania czy przed nim, wracaliśmy z Podkowy Głównej do domu. Ostatni pociąg nie przyszedł, nastała natomiast godzina policyjna i cała nasza grupa pasażerów postanowiła calkiem jawnie iść torem w kierunku Komorowa. Zapadał zmierzch gdy nagle przed Otrębusami zostaliśmy bez ostrzeżenia ostrzelani z broni maszynowej z lewej strony torów, które biegły tam po nasypie, a więc wyżej od strzelających. To, oraz zapadające ciemności prawdopodobnie nas uratowały – nikt nie został trafiony, wszyscy padli na twarz, pamiętam stuk pocisków o szyny. Ktoś z pasażerów zaczął wołać po niemiecku, że są tu dzieci i że musimy dostać się do domu i wreszcie zezwolono nam iść dalej. Zezwolono też z odległości – Niemcy nie odważyli się jednak podejść bliżej.

Nie był to jedyny raz kiedy znalazłem się pod ostrzałem. Wraz z Władkiem postanowiliśmy dokonać sabotażu. Wykradłem matce nożyczki, chyba jedyne jakie posiadaliśmy i po zapadnięciu ciemności podpełzliśmy kartofliskiem w kierunku helenowskiego parku. Biegło tam przez pola mnóstwo przewodów niemieckich telefonów polowych. Nie, nie przecinaliśmy ich ot tak poprostu, lecz wycinaliśmy kilkometrowe kawałki by trudniej je było naprawić. W pewnym momencie zagrzmiał okrzyk z megafonu na wieży strażniczej „Wer ist da?”, pole zaczął omiatać reflektor i za nim serie z karabinu maszynowego. Wartownicy postrzelali sobie kilka minut na oślep, słychać było pacnięcia pocisków, ale my byliśmy praktycznie niewidoczni w głębokich redlinach pod ziemniaczanymi krzaczkami. Gdy wszystko ucichło odczekaliśmy dobry kwadrans i cichuteńko wypełzliśmy tyłem. To nie była już zabawa w policjantów i złodziei, bałem się potężnie i już nie powtarzałem potem tego patriotycznego zrywu. Niebawem opuściliśmy Nową Wieś udając się na dalszą tułaczkę - ale to już zupełnie inna historia.



Zajmuje sie takze muzeum w Rapperswilu oraz wnukiem, troche Szekspirem i teatrem, mieszkam na wsi opodal Zurychu. yacek@freesurf.ch

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (20)

Inne tematy w dziale Polityka