Tak więc nadszedł czas by opuścić Nową Wieś chyba w początku września. Ojciec spotkał swego starego przyjaciela o historycznym nazwisku - Kazimierza Pułaskiego. Był to bardzo zabawny pan, niewysoki i grubawy, zawzięty kawaler o trochę staroświeckich manierach. Przed wojną gospodarował na dużym majątku Lubiatów w okolicach Wolborza, ale że więcej czasu niż w Lubiatowie spędzał w Monte Carlo, zlicytowano go bodaj latem 1939 roku. W czasie wojny administrował majątek Ossa opodal Rawy Mazowieckiej i właśnie przyjechał by zabrać do siebie swego brata, pacjenta zakładu psychiatrycznego w Tworkach. Gruchnęła bowiem pogłoska, że Niemcy mają zamiar zlikwidować wszystkich pensjonariuszy. Ojciec wziął zatem z sobą 12-letnią Magdę i wraz z wariatem oraz Kaziem udali się małą bryczką w kierunku Rawy by znaleźć dla nas jakieś miejsce na ziemi aby można było przeżyć nadchodzącą zimę. Dlaczego z Magdą? Ano, bo z dzieckiem łatwiej przejechać przez liczne kontrole. Bardzo Magdzie zazdrościłem tej wyprawy. Obfitowała ona w liczne postoje, bowiem brat pana Kazia, skądinąd bardzo spokojny co pewien czas zatrzymywał bryczkę „bo musi z kimś porozmawiać”. Milcząc schodził z drogi, stał przez jakiś czas i wyprawa mogła ruszać dalej.
Po kilku dniach Ojciec wrócił z Magdą sporym wozem z woźnicą z Ossy. Załadowaliśmy nasz skromny dobytek, pożegnaliśmy Milczarków i ruszyliśmy w drogę przez Grodzisk Mazowiecki, Kuklówkę i Mszczonów. Wieczorem dotarliśmy do Babska, pierwszego etapu naszej podróży. Za nami nadal płonęła Warszawa.
Babsk – jadąc z Warszawy szosa katowicka kilkanaście kilometrów za Mszczonowem wiedzie wdół szerokim łukiem w prawo, kończy się nudna mazowiecka równina. Po lewej stronie oddzielony płytkim jarem mały wzgórek, a na nim bieleje kwadratowa, piętrowa plebania w stylu klasycystycznym. Opodal kościół też z tego okresu, ale tak zwyczajny, że poprostu nie sposób go zapamiętać. I tam właśnie, na plebanii wylądowaliśmy całą rodziną z dwiema walizkami i paroma kartonami dobytku. Ksiądz proboszcz wykazał się nadzwyczajnym miłosierdziem i umieścił nas w piwnicy sam ze swoją gospodynią zajmując ogromną plebanię. W ciemnej piwnicy położono kilka sienników i to wszystko. Byli tam już i inni warszawscy uciekinierzy, duża rodzina Chacińskich, ale nie pamiętam ich dokładnie. Pamiętam natomiast pana Axentowicza, bratanka słynnego malarza. Była to postać trochę z operetki, troche z XIX wieku. Pierwszej nocy po zdmuchnięciu naftowej lampy coś zaczęło po nas łazić i – co gorsza – kąsać. W piwnicy roiło się poprostu od kilkucentymetrowych stonóg i karaluchów, które powyłaziły ze szpar w ceglanej podłodze. Tej nocy nie zmrużyliśmy oka, a nazajutrz przy pomocy gorącej wody, szarego mydła i szczotki ryżowej pozbyliśmy się robactwa.
W Babsku spędziliśmy kilka tygodni. Ojciec szukał dla nas innego locum, wszystkich dręczyła biegunka. W czasie okupacji nie głodowaliśmy, ale jadło się bardzo kiepsko: kasza jęczmienna i jaglana, prażucha, żur albo zalewajka, placki kartoflane, zacierki, gliniasty kartkowy chleb. Mięso wyłącznie ze szmuglu było od święta, dostępny tłuszcz to był dość smrodliwy surowy olej rzepakowy oraz słonina. Oczywiście ta najtańsza, z knura, cuchnąca przy smażeniu uryną. W Babsku z jedzeniem było jeszcze gorzej, a z gotowaniem w księżej kuchni też nie było najłatwiej. Proboszcz wymagał ode mnie kalikowania do mszy - deptania wielkich miechów organowych. Po mszy dostawałem od niego jabłko, naogół piekielnie kwaśną antonówkę. Jedno jabłko, choć był to wrzesień i sady pełne były owoców,
Tak się złożyło, że w tym czasie bardzo interesowałem się zielarstwem, miałem nawet dwie książki na ten temat, mam je do tej pory. Szybko więc znalazłem na okolicznych ścierniskach środek na biegunkę: kocankę polną, małą roślinkę o kwiecie wyglądającym jak szaro-niebieska kulka waty. Niebawem gotowało się więc wieczorem dla całej gromady uchodźców duży gar kocankowej herbatki, stanowiącej zresztą wyjątkowe paskudztwo. Babunia cierpiała na anginę pectoris i była całkowicie pozbawiona lekarstw. Długo szukałem po okolicznych zaroślach i rowach nim znalazłem dla niej serdecznik – baldaszkowe zioło, którego kłącze miało pomagać na tę dolegliwość. Zbierałem też arnikę i liście babki na skaleczenia.
Wreszcie opuszczamy Babsk – Ojciec z pomocą mego ojca chrzestnego Zbyszka Zdziarskiego wynajął izbę w Kłopoczynie w pobliżu Lipnej, małej kilkuwłókowej dzierżawki Zbyszka. Sam wuj Zbyszek nie mógł już nas przyjąć, bowiem malutki drewniany dworek pękał już w szwach. Tutaj wierna Stasia postanowiła nas opuścić i wracać do swej rodzinnej wsi pod Węgrowem. Że musiała przejść przez front? Takie sprawy jakby do niej nie docierały, szła do domu i już. Otrzymała od ciotki Halszki Zdziarskiej spory worek pszenicy czy żyta i pieszo wyruszyła w stronę Warszawy.
Nasz dom położony był na tak zwanej kolonii, o niemal kilometr od wsi. Gospodarz o nazwisku Kazimierczak, chudy niepozorny człeczyna zwany był przez sąsiadów „Jeżelokiem” należał bowiem do tak zwanych wiejskich filozofów i zwykł rozważać różne sprawy używając często słowa „jeżeli”. Był z zawodu kowalem. Dość szybko zagospodarowaliśmy się w nowym miejscu. Miejsca było tak mało, że z Magdą sypialiśmy na i pod stołem. O miejsce pod stołem zawsze były kłótnie: poprostu oboje baliśmy się spaść ze stołu. Zacząłem uczęszczać do szkoły w Kłopoczynie, gdzie nauczycielami było małżeństwo Bulskich. Magda skończyła już VI klasę i powinna iść do gimnazjum, a o tym nie było mowy. Nie chodziła więc do szkoły lecz do lipneńskiego dworku, gdzie lekcji udzielał jej świeżo upieczony maturzysta, Kazik Jackowski liżący się z rany z Powstania. Moja szkoła, a właściwie dom Bulskich był niewielki, nie miesciliśmy się w jednej izdebce klasowej. Nie było podziału na klasy, Bulski oddzielil tylko nieco starszych od nieco młodszych i gdy jedni mieli lekcję, drudzy pracowali w ogrodzie lub stodole albo ciągnęli wodę z wyjątkowo głębokiej studni. To był swoisty rodzaj czesnego, bo czym ludzie mogli wtedy płacić? Bulscy posiadali całą serię historyczną Józefa Kraszewskiego i pochłaniałem je pokolei od pierwszej „Starej baśni” po „Hrabinę Cosel”, ostatnią z serii.
Ojcu już też kończyły się pieniądze, nasze zimowe rzeczy zostały w Warszawie, szła zima. Sytuacja była nie wesoła. Raz dostaliśmy od wuja Zbyszka metr jęczmienia. Jeżelok zawiózł ten metr, Ojca i mnie do jednego z dwóch wiatraków w okolicy i tam przetarto jęczmień na kaszę. Pamiętam zapach i łomot zakurzonego wnętrza wiatraka, a także owe tygodnie jedzenia znienawidzonej kaszy. Ojciec na szczęście odnalazł swego przyjaciela z czasów szkolnych, pana Lipskiego, który administrował ogromnym majątkiem Trębaczew oddalonym o kilka kilometrów. Była tam gorzelnia i Lipski dawał nam od czasu do czasu 20 litrową bańkę od mleka pełną surowego spirytusu czyli okowity napełnioną oczywiście przed kontrolowanym przez Niemców „zegarem”. Mieliśmy także przezornie zabrany jeszcze z Warszawy „kamień”, to jest 500 pudełek zapałek. To była nasza waluta – „ludzie ognia potrzebują zawsze” - i teraz należało jej użyć. Wraz z Magdą i Moniką Zaleską, naszą rówieśnicą i siostrzenicą wuja Zbyszka pokonywaliśmy wielokilometrowe odległości po okolicy oferując zapałki i – jeśli gospodarz był w domu – okowitę. Ceny na zapałki się wahały od trzech jajek za jedno pudełko do jednego jajka za trzy, za okowitę braliśmy tylko gotówkę. Czasem kupujący grymasił, że to trębaczewska okowita, „bo kozietulsko lepso”. Gorzelnia w Kozietułach to była konkurencja.
Po drugiej stronie gościńca z Kłopoczyna do oddalonej o 6 kilometrów Mogielnicy stała zagroda K., rodziców z dwoma dorosłymi synami. Posępni ludzie i jakoś nikt ze wsi nie miał z nimi żadnego kontaktu; wyglądało to na zbiorowy ostracyzm. I rzeczywiście taki był, a kryła się za nim ponura tajemnica której sens moralny jest nie do pojęcia w naszych, niewojennych czasach. Otóż Mogielnica była od stuleci miasteczkiem w znacznej części żydowskim i znana była z kożuchów szytych przez żydowskich kuśnierzy. Przyszli Niemcy, większość Żydów wywieziono do lódzkiego ghetta, mała część ukryła się w okolicy u znajomych chłopów. Albo z nakazu miłości bliźniego, albo za pieniądze. W zamkniętej społeczności wszyscy naogół wiedzieli kto „ma” Żydów, niemniej donosów nie było zupełnie. I raptem Żydzi K. zniknęli, rozpłynęli się w powietrzu. Po wsi gruchnęła makabryczna pogłoska, że gdy skończyły się pieniądze K. z synami poprostu ich zamordowali. Nie wiem, czy byli świadkowie, czy któryś z K. się wygadał, w każdym razie wieś K. wyrzuciła poza społeczność. Ale też nikt nie doniósł o tym Niemcom, co oznaczało by pewną śmierć samych K. Taki przyklad wielowartościowej logiki czy lojalności nie znany zwykłym ludziom w zwykłych czasach.
Za resztki pieniędzy Ojciec sprawil nam w Mogielnicy kożuchy, gdzie tradycja kuśnierska przetrwała zagładę Żydów. Były on uszyte ze skór ugarbowanych prastarą techniką dębową, śmierdziały jak zaraza i ja teraz czytając w starej literaturze o „cuchnących chłopskich kożuchach” wiem dokładnie co to znaczy. Na kożuch dla Ojca już nie starczyło i całą zimę chodził otulony w babską, kraciastą, wełnianą chustę. Babunia z Mamusią na wyścigi dziergały na drutach swetry z grubej miejscowej wełny przędzionej na kołowrotku i kupowanej za właśnie zrobione na drutach wyroby, a Mamusia dorabiała też handlując wełną. Ta sztuka była raczej nieznana większości tutejszych kobiet, które używały przędzy do tkania samodziałów. Udało się nawet kupić na wiejskim targu ohydne ale ciepłe trzewiki i jakoś przygotowaliśmy się do spędzenia zimy.
Mimo frontu stojącego na Wiśle o nie więcej jak 50 kilometrów i dogorywającego Warszawskiego Powstania czasy wydawały się spokojne. Niemców w okolicy prawie nie było, ot mały posterunek żandarmerii w Nowym Mieście oddalonym o 11 kilometrów i to wszystko. Okolice były bezleśne i raczej unikane przez partyzantów. Przekleństwem były natomiast bandy kryminalne napadające głównie na dwory. Wiele z nich było poprostu oddziałami AL przekładającymi walkę klasową nad walkę z najeźdcą. Czasy spokojne, ale nie brakowało też groźnych niespodzianek.
Któregoś październikowego, a może jeszcze wrześniowego poranka szedłem jak zwykle przez pola do szkoły. W pewnej chwili znalazłem się leżąc na zaoranym polu o kilka metrów od miedzy którą szedłem i przykryty warstwą błota. Nie słyszałem eksplozji, gwizdało mi w uszach i czułem zapach wojny – taki jaki zostaje po detonacji materiału wybuchowego. Wstałem i zobaczyłem kilkadziesiąt metrów za sobą wielki, kilkumetrowy lej dokładnie na osi mojej miedzy. Wokół walały się zwoje żółtych, cienkich przewodów elektrycznych. Gdybym wyszedł z domu minutę później już by mnie nie było. Przybiegł do mnie mężczyzna pracujący z koniem w pobliżu, nie minęło kilka minut, a koło leja było już pół wsi. Zabrano wszystkie kabelki i cokolwiek mogło zostać po wybuchu bo po pierwsze wszystko się może w gospodarstwie przydać, a po drugie nie wolno niczego zostawić Niemcom, a oni na pewno niebawem przyjadą i będzie to im potrzebne. Istotnie, Niemcy pojawili się po paru godzinach, przeszukali teren, ale znaleźli tylko lej w ziemi – nic poza tym. Kilka dni przedtem podobna eksplozja zniszczyła gorzelnię właśnie w Babsku, zginął tam jeden człowiek. Ponadto w okolicy było jeszcze kilka podobnych trafień na szczęście bez żadnych strat materialnych czy ludzkich. Były to prawdopodobnie jedne z ostatnich prób rakiet V-2, strzelano ot, tak w Polskę.
Nie długo po tym zdarzeniu rodzice wyruszyli pieszo do Warszawy. Był już październik, Powstanie się skończyło. Miasto było wyludnione i Niemcy właśnie palili i wysadzali w powietrze to co zostało. Krążyły też bandy rabusiów kradnących co się da. Rodzice udało się dotrzeć do wypalonego mieszkania na Sękocińskiej i odnaleźć kilka nadtopionych złotych dwudziestodolarówek oraz rozmiękczone ogniem rodzinne srebro – cala reszta to były zgliszcza. Rodziców nie było tego wieczoru gdy siedzieliśmy przy kolacji, zmierzch już zapadł prawie całkowicie, siąpił deszczyk. Raptem na dworze zrobiło się całkiem jasno, całe obejście zalało żółte światło. Chyba jako pierwszy wyskoczyłem na ganek i ujrzałem scenę z innego stulecia. Z drogi w bramę naszej zagrody skręcał niewielki oddział jeźdźców w burych długich baszłykach ze spiczastymi kapturami, u boku długie, krzywe szable. Kozacy! To oni wystrzelili oświetlającą flarę. Bez pośpiechu zsiedli z koni, przywiązali je do płotu i kilku z nich weszło do kurnika. Seria ze Schmeissera czy dwie i oto niosą kilka kur. Na ganku, oniemiali, stali już wszyscy: Kazimierczakowie i my. Wręczając kobietom kury ze słowami „Oskubać i ugotować!” weszli do domu. Było ich chyba pięciu albo sześciu wraz z esaułem. Jednocześnie mogielnicką drogą przeciągało ich więcej; jechali drobnym kłusem błotnistym gościńcem na zachód, w stronę wsi.
Mocno przerażeni zabraliśmy się do skubania kur, a kozacy zasiedli w naszej izbie przy stole i podparlszy głowy na rękach zaczęli śpiewać ukraińskie dumki. Babunia urodzona i wychowana na Podolu zagadała do nich po ukraińsku i atmosfera z miejsca się zmieniła: teraz byliśmy już przyjaciółmi. Zaporoscy kozacy w służbie niemieckiej, właśnie wracali z Warszawy – to było kilkanaście dni po kapitulacji Powstania. Jeżelok tak się rozzuchwalił, że przyniósł nawet butelkę wódki, a oni pijąc i jedząc kury siedzieli wraz z esaułem wokół stołu pod którym stała pełna i szczelnie zamknięta bańka z naszym cały majątkiem – 20 litrami okowity. Pokazywali też swoje łupy zdobyte w Warszawie, głównie bransoletki i pierścionki być może ściągnięte z obciętych palców. Nie mieliśmy odwagi zapytać, czy byli też na Ochocie w okolicy placu Narutowicza. Gdzie się dalej udają? Nie wiedzą, ataman o tym decyduje, musza gdzieś przezimować. A co zrobią jak się wojna skończy? Na to pytanie bez słowa palcem po gardle. Dla nich koniec wojny i klęska Niemiec to jest koniec życia, dosłownie, nie ma powrotu do domu na sowieckie Zaporoże, nie ma przyszłości w pokonanych Niemczech. Jeden z kozaków – pamiętam, że miał igelitowe, czerwone wierzchnie spodnie – wziął mnie na kolana, powiedział, że ma syna w moim wieku i wetknął mi w usta zapalonego papierosa. Zdumiało go, że nie palę: „bo mój syn już pali”.
Było już dość późno, gdy trzymający wartę kozak przyprowadził trzęsącego się ze strachu młodego chłopaka. Esauł zaczął przesłuchanie, chciał się dowiedzieć dokąd on szedł. Chłopak nie chciał powiedzieć, że szedł do swojej dziewczyny, bo się obawiał, że kozacy mogą ją odnaleźć i zgwałcić. Duża odwaga i dlatego może ów strach? Sprawa nie wyglądała najlepiej, chłopaka uznano za szpiega i esauł już miał go wysłać na rozstrzelanie, gdy Jeżelok oczywiście znający „szpiega” zauważył u niego ćwiartkę wódki w tylniej kieszeni spodni – do dziewczyn chodziło się na wsi z wódką. „Jaki on tam szpieg jak z wódką chodzi!” – to rozluźniło atmosferę, ćwiartka zwana wówczas „czterdziestką” została natychmiast rozpita, a „szpieg” puszczony wolno.
Następnego dnia rankiem kozacy na szczęście odjechali. Do ostatniej chwili nie było wiadomo czy nie wybiorą sobie Kłopoczyna na zimowe leże. To nieszczęście spotkało Paprotnię, o kilkanaście kilometrów dalej na zachód. Już po przejściu frontu w styczniu 1945 roku doszły nas słuchy, że gdy front ruszył z nad Wisły nie próbowali uciekać z Niemcami – wystrzelali się nawzajem. I to był ostatni epizod związany z Powstaniem. Zaczął sie nowy okres – oczekiwanie na przejście frontu.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)