Jacek Arkuszewski Jacek Arkuszewski
1144
BLOG

Przejście frontu i wyzwoliciele (3)

Jacek Arkuszewski Jacek Arkuszewski Polityka Obserwuj notkę 3

Gdzieś w listopadzie 1944 przenieśliśmy się do Lipnej, bliżej dworku wuja Zbyszka. Zamieszkaliśmy u sołtysa Wasiaka, bogatego gospodarza opatrzonego w sumiasty, staropolski wąs, poczucie humoru oraz wielki zasób inteligencji i zacności. Ojciec zawarł z nim umowę dość charakterystyczną dla niepewnych wojennych czasów: mamy prawo mieszkać w jednej izbie jego domu do końca wojny w zamian za wybudowanie kuchni z lepką. Lepka to był rodzaj kaflowej ławy przez którą spaliny uchodziły do komina jednocześnie ją ogrzewając. Drewniane domy wiejskie były z reguły nie dogrzane i siedzenie na ciepłej lepce stanowiło ważny element wiejskiego komfortu. Jak już wspomniałem okolice były prawie bezleśne i przeważającym rodzajem opału był torf wydobywany koło Studziannej oddalonej o jakie trzydzieści kilometrów na południe, aż za Pilicą. Zdobycie go nie było sprawą łatwą – trzeba było pojechać tam latem, torf własnoręcznie wykopać uiszczając stosowną opłatę właścicielowi torfowiska, cegły torfowe ustawić w przewiewne kozły, by wyschły i jesienią pojechać raz jeszcze, by torf przywieźć. Mimo, że brakowało nam początkowej fazy tej operacji ojcu wraz z sołtysem po parodniowych staraniach w Studziannie udało się zdobyć odpowiednią ilość torfu do przetrwania zimy; kuchnia z lepką została wybudowana już wcześniej. Jednak póki co trzeba było palić byle jakimi patykami zbieranymi przez nas, dzieci w małej olszynce rosnącej nad strumykiem nieco poniżej naszej „rezydencji”.

A rezydencja ta składała się z zaledwie trzech izb: izby „białej” pośrodku domu, pozbawionej jakiegolwiek ogrzewania, kuchni czy pieca. Rezydowali tam sołtysowie, to znaczy tylko tam sypiali. Na ich łóżkach leżał gigantyczne pierzyny - nie dziwota przy braku ogrzewania. Na prawo od wejścia była kuchnia gospodarzy i tam toczyło się właściwie całe ich życie, a ponadto mieszkali tam Pacholikowie to znaczy ich córka Stasia z bardzo przystojnym mężem i półtoraroczną córeczką Gienią. A na lewo nasza izba: rodzice z nami dwojgiem. Babunia chodziła sypiać do sąsiadów Podsiadlików, rodziny o wiele uboższej od naszych Wasiaków. Było ich dwoje, mieli dwóch prawie dorosłych synów i dwie kilkunastoletnie córki, a do tego gościli w jednej z izb nasze dwie kuzynki, stare panny: Alę Zdziarską, starszą siostrę wuja Zbyszka oraz Zosię Arkuszewską, a także ich wychowanicę, kilkunastoletnią Danusię Rheinhardówną osieroconą całkowicie w czasie Powstania. Jak oni się wszyscy z Babunią na dokładkę mieścili w dużej, starej, krytej strzechą chacie z klepiskiem zamiast podłogi nie mam pojęcia. Ale właśnie wtedy zaczęli budować nowy, drewniany dom – pewnie też już mieli dosyć ciasnoty. Dom budował majster z dwoma synami przybyli aż zza Pilicy. Jedynymi ich narzędziami były dwie piły, ostry jak brzytwa topór, ośnik i świder. Wieś żyła tradycyjnym życiem nie zmienianym od pokoleń. Co kilka dni inna gospodyni piekła chleb używając do zakwasu tego samego kawałka specjalnego ciasta zwanego matką, który potem przekazywano dalej. Baby zbierały się w kolejnych domach na przędzenie czy to lnu, czy to wełny. Każda przynosiła swój kołowrotek i godzinami przędły bądź to śpiewając nabożne pieśni, bądź odmawiając litanię albo różaniec. Jedna ze starszych bab przychodziła tylko z wrzecionem nie akceptując z zasady nowalijki technicznej, jaką stanowił dla niej kołowrotek. Jako że zapałki były drogie, a nasze zapasy już się skończyły, roznoszono wczesnym ranem żar po wsi do tych domostw, gdzie ogień w nocy pod kuchnią wygasł. To należało też do obowiązków dzieci.

Do szkoły Bulskich miałem teraz nieco dalej jak od Jeżelaków, a do tego spadły na mnie nowe obowiązki. Tak więc zaraz po powrocie ze szkoły brałem emaliowaną bańkę na mleko i szedłem miedzami do oddalonej o około 2 kilometry kościelnej wsi Lubani. Była tam mleczarnia i można było za darmo otrzymać odciągane mleko. Całe dwa litry. Lubiłem te spacery po mleko, nie trzeba było się spieszyć jak do szkoły, można było złapać żabę w mijanej sadzawce by ją potem bezlitośnie i okrutnie wrzucać do krótkiej rury sterczącej z małej podmurówki stanowiącej wydech dychawicznego jednocylindrowego diesla napędzającego lubański młyn motorowy. Biedna żaba leciała wtedy na kilka metrów w górę. Jednym słowem co drugi dzień smarowałem w kiepskich, cienkich butach po błocie, grudzie lub śniegu około 8 kilometrów i uważałem to za całkiem normalne.

Zbliżało się Boże Narodzenie, a wojna dawała nam znać o sobie bezustannym, niskim łomotem artylerii zza wschodniego horyzontu. Dawał się szczególnie we znaki w nocy brzękiem szyb. Sowiecki przyczółek mniszewski oddalony był o mniej niż 40 kilometrów, ale życie toczyło się właściwie normalnie. Zima zaczęła się wcześnie, była mroźna i śnieżna. Wasiakowie hodowali małe stadko indyków i obiecali nam jednego na Święta. Był to duży i bardzo agresywny indyk atakujący każdego, co ukazał się na podwórzu. A potrzeby fizjologiczne do tego zmuszały, bowiem była tam wygódka, jeśli można tak nazwać dwie nadpróchniałe deski nad wiadomo czym i za lichymi rozchwierutanymi drzwiczkami. Do wygódki chodziło się zatem ze szczotką do zamiatania, którą indyk z pasją dziobał.

Zanim jednak Gwiazdka nadeszła, jeszcze w listopadzie pozbyłem się nareszcie moich kurzajek na rękach, które prześladowały mnie od przeszło roku. Miałem ich mnóstwo i czego to nie próbowano by je zwalczyć! Wypalanie kwasem azotowym i elektrycznie, wymrażanie zestalonym dwutlenkiem węgla – nic nie pomagało, kurzajki odrastały w ciągu kilku dni. Dolegliwość ta była wprawdzie bezbolesna, ale dla mnie bardzo wstydliwa: takie paskudne kalafiory na rękach! Sołtysowa doradziła mi, bym udał sie do miejscowej wiedźmy. Była to bardzo stara kobieta mieszkająca w małej chatce na rozstaju dróg między Lipną i Kłopoczynem, wszyscy - a zwłaszcza dzieci - trochę się jej bali. Utrzymywała się ze zbioru i sprzedaży ziół, a także rozmaitych „zamawiań”. W moim przypadku o takie zamawianie właśnie chodziło. Staruszka przyjęła mnie bardzo miło i poleciła dokładnie policzyć moje kurzajki, a miałem ich – o ile pamiętam – ponad 60. Następnie miałem na czerwonej nitce nie patrząc, za plecami zawiązać tyle węzelków ile mam kurzajek i rzucić ową nitkę na rozstajne drogi o nowiu księżyca. Kurzajki miały zniknąć gdy nitka zgnije.

Bez wielkiej wiary w powodzenie tej kuracji wykonałem jednak te wszystkie polecenia. Co więcej, nitkę rzuciłem na rozstaje niemal u progu wiedźmy. Minęły dwa czy trzy tygodnie i zapomniałem już o tych czarach, gdy obudziłem się pewnego ranka bez kurzajek! Wszystkie znikły bez śladu! Wiele lat potem opowiedziałem o tym memu staremu dalekiemu wujowi, Michałowi Benisławskiemu. Miał on podobne doświadczenia – za młodych lat miał kurzajki i też nic nie było w stanie ich usunąć. W końcu XIX wieku w drodze na studia w Szwajcarii udał się do najsłynniejszego ówczesnego lekarza niemieckiego Kocha i ten oświadczając, że medycyna nie zna na kurzajki lekarstwa poradził mu, by w Szwajcarii zwrócił się do ludowego znachora. Wuj Michał tak też uczynił i zalecone zamawianie było identyczne i równie skuteczne jak mojej mazowieckiej wiedźmy – czerwona nitka, węzełki, nów księżyca etc. Jest to historia dość nieprawdopodobna ale prawdziwa, a jeszcze dziwniejsze wydaje się być istnienie jakiejś wspólnej, europejskiej, ludowej szkoły magii. „Życie jest to forma białka, lecz w kominie coś tam załka” – jak mówi poeta.

Prezenty na Gwiazdkę były skromniutkie. Ot, na przykład Magda zrobiła dla ojca ciepłe, wełniane kalesony na drutach, ja dla Magdy wyciąłem łódeczkę z kory. Na Wigilię była nawet jakaś ryba, Babunia zrobiła z pszenicy, miodu i maku kutię. Kilka lat potem, gdy pierwszy raz czytałem „Chłopów” Reymonta odnajdowałem tam znany mi świat wiejskiej kultury i gwary Ziemi Rawskiej. Reymont przez jakiś czas mieszkał w Rogowie po drugiej jej stronie. Nie brakowało też analogii obyczajowych z „Chłopami”, choć jako dziesięciolatek nie zdawałem sobie wówczas z tego sprawy. Przez drogę od zagrody sołtysa mieszkało bezdzietne, biedne małżeństwo komorników – Wieczorków. Komornik nie oznaczał w owych czasach urzędnika sądowego, lecz bezrolnego chłopa nie posiadającego nawet własnego obejścia. Mieszkali oni w izdebce czyli „komorze” przy oborze bogatszego gospodarza i pracowali u niego na roli. Wieczorek byl o dobre 20 lat starszy od żony, która odznaczała się wyjątkową urodą – to pamiętam, choć byłem wtedy małym brzdącem. Otóż tajemnicą poliszynela był romans równie przystojnego zięcia naszych gospodarzy, Pacholika z Wieczorkową. Nie wiedział ponoć o tym tylko jej mąż, a rodzina sołtysów łącznie z biedną Stasią Pacholikową wiedziała o tym doskonale, co było powodem stałych awantur. O dziesięcioletnia niewinności! O tym wszystkim miałem się dowiedzieć znacznie później. Zresztą czy takie sprawy by mnie wtedy wogóle interesowały? Oboje kochankowie: i Stefan Pacholik i Wieczorkowa odznaczali się tak zwaną południową urodą: oboje smagli, ona ciemnowłosa, on blondyn o regularnych rysach. Nie jest wykluczone, że mieli przodków Włochów bowiem te okolice były niegdyś królewszczyzną, a jest rzeczą znaną, że królowa Bona osiedlała na królewszczyznach swoich ziomków – stąd też i niektóre nazwiska mieszkańców Lipnej: Netto, Markieta (Marquetta?), być może nawet Pacholik.

Mineły Święta, minął Nowy Rok, panowały śniegi i mrozy. Po wsi chodzili kolędnicy ze Śmiercią, Turoniem i innymi tradycyjnymi postaciami. Bezustanny pomruk sowieckiej artylerii za horyzontem wydawał się silniejszy. Raz czy dwa we wsi pojawiła się pomalowana na biało niemiecka ciężarówka z ubranymi też na biało żołnierzami Wehrmachtu. Byli uprzedzająco grzeczni i – co było rzeczą niesłychaną – kupowali, a nie rekwirowali owies dla koni płacąc reichsmarkami! Widać było, że z nimi już kiepsko. W połowie stycznia zjawiła się we wsi żandarmeria z Nowego Miasta by zabrać biedakowi Wieczorkowi jego jedyną krowę za rzekomo niedostarczony kontyngent, chyba mleka. Parę dni potem odległy grzmot artylerii ucichł. Były to dni mroźne i słoneczne, pewnego popołudnia przez kilka godzin dochodził odległy huk samotnie strzelającego działa sporego kalibru gdzieś kilkanaście kilometrów na północ od Lipnej. Wieczorem na naszej wiejskiej drodze pojawił się Wieczorek prowadzący na sznurku swoją krowę. Poszedł po nią poprostu te 11 kilometrów i zabrał z opustoszałego posterunku żandarmerii – Niemcy uciekli. Coś się zaczynało dziać!

W dzień później, szesnastego stycznia mieliśmy przyjemność oglądania ucieczki Niemców. I Lipna i Kłopoczyn, leżały wzdłuż drogi przebiegającej z północy na południe, natomiast wszystkie drogi przecinające tę oś zawalone było tłumem uciekających na zachód Niemców. Szli w głębokim śniegu bezładnie, częściowo bez broni. Nie mieszcząc się na drogach sznury ich ciągnęły na przełaj przez pola brnąc w śniegu. Przypominać by to mogło jeszcze jeden z obrazów przedstawiających odwrót armii Napoleona z pod Berezyny gdyby nie odbywająca się jednocześnie nad ich głowami walka powietrzna. Samoloty latały bardzo wysoko, trudno było rozpoznać ich oznaczenia. Ta radosna scena trwała kilka godzin, już mieliśmy wrażenie, że koszmar wojny się kończy, ale to nie był jeszcze koniec.

Siedemnastego stycznia o 11-tej wieczorem gdy spaliśmy już mocno nagle rozpoczęła się kanonada. Leżałem w łóżku, czy może na stole stanowiącym moje posłanie i pamiętam błyski eksplozji na ścianie wpadające przez szpary w zamkniętych okiennicach. Wszedł sołtys w długich gaciach i po cichu naradzali się z Ojcem. Huk był jeszcze odległy, ale wyraźnie się zbliżał ze wschodniego kierunku, słychać już nawet było serie broni maszynowej. Szybko ubraliśmy się jak najcieplej i schowali do piwnicy, a piwnicą w tych okolicach nazywano dół na kartofle przykryty słomianym dachem. Między domem i naszym kiepskim schronem widziałem przez krótką chwilę na wschodnim horyzoncie serie Katjusz, ale zaraz potem kazano mi się schować. Sołtysowa umoszczona na zabranych z domu pierzynach lamentowała i odmawiała „Pod Twoją Obronę”, Gienia z przerwami się darła, wszyscy – co tu ukrywać – baliśmy się piekielnie. Odgłosy bitwy wyraźnie się do nas zbliżały, trudno ocenić ile czasu to trwało. Słychać było artylerię i broń maszynową. Gdzieś już nad ranem na wiejskiej drodze, tuż za płotem o może dwa metry od naszego kiepskiego schronu stanął czołg. Słychać było nie tylko warczenie diesla, ale nawet głosy załogi na tyle jednak niewyraźnie, że nie można było rozpoznać czy to czołg niemiecki, czy rosyjski. Właśnie wtedy Gienia zaczęła się drzeć i co wrzaśnie, to czołg strzela z lufy wiszącej nad naszą piwnicą. Matka z babką usiłowały ją wszelkimi sposobami uciszyć i o mało nie zadusiły jej poduszką. Zdawaliśmy sobie sprawę, że czołg może nas rozjechać w każdej chwili, a trwało to dosyć długo. Potem odjechał i to chyba był kulminacyjny punkt bitwy, której odgłosy zaczynały się oddalać.

Dopiero gdzieś około ósmej rano, gdy nastał dzień zdecydowaliśmy się opuścić piwnicę. Byłem pierwszy na dworze i pamiętam dokładnie, że stałem tuż obok drewnianego słupka bramy obejścia. W pewnej chwili słupek się zatrząsł, odszczepiła się od niego drzazga i dopiero po sekundzie dobiegł nas odgłos pojedyńczego strzału. Zupełnie odruchowo padłem w śnieg, miałem już niejakie doświadczenie. To był sowiecki strzelec wyborowy, jeden z tych których pozostawiano za linią frontu by strzelał do wszystkiego, co się porusza. Do dzieci najwidoczniej też, a także do starych kobiet, bowiem jedyną ofiarą nocnej bitwy w Lipnej była osiemdziesięcioletnia Markiecina trafiona przez tegoż snajpera w sam środek czoła. Miałem szczęście, że nie zostałem drugą. Snajper strzelał prawdopodobnie z odległego zbocza małej dolinki strumyka, wzdłuż której leżała wieś, a więc z odległości ponad pół kilometra.

Szkód we wsi nie było wiele, ot parę dziur w drewnianej stodole naszego sołtysa – czołg strzelający w takt wrzasków Gieni strzelał najwidoczniej pociskami przeciwpancernymi. Na polach wokół wsi stało kilkanaście niemieckich dział samojezdnych „Ferdynand”, transporterów opancerzonych i „Tygrysów” i ani jednego sowieckiego czołgu, niektóre jeszcze się dopalały, innych ogień nie dotknął. Przy większości z nich leżały nagie trupy ich załóg zabite strzałem w potylicę i ograbione z umundurowania. To były pojazdy „Waffen SS” i dlatego czerwonoarmisci nie brali jeńców. Kilka z nich opatrzonych było numerem 214 (a może 412?) i mogły należeć do resztek dywizji SS „Herman Goering” broniącej przyczółka magnuszewskiego. W jednym ze spalonych czołgów we włazie wieżyczki tkwiły jeszcze spalone, czarne zwłoki skurczone ogniem do wielkości kilkuletniego dziecka. Wszędzie czuć było smród wojny: spalonego sprzętu, zwłok i materiałów wybuchowych. Mniej szczęścia od Lipnej miała Skarbkowa, wieś położona o parę kilometrów na południowy wschód od Lipnej: została niemal całkowicie spalona. Po kilku tygodniach można było już odtworzyć w przybliżeniu przebieg bitwy. W pobliżu Warki i Magnuszewa wojska sowieckie zamknęły Niemców w kotle. Skoncentrowali się oni w lesie w pobliżu Świdna nad Pilicą i tam Sowieci dopadli ich swoimi Katjuszami, które widzieliśmy wieczorem. Usiłowali się zatem przebić na zachód i droga wypadła im przez Skarbkową, gdzie wojska sowieckie urządziły zasadzkę strzelając zza domów i obejść do kolumny niemieckiej jadącej drogą przez wieś. Tych, którym udało się wyrwać z zasadzki goniono aż do Lipnej i Trębaczewa, ale to były tylko drobne potyczki w porównaniu z bitwą w Skarbkowej.

Tego samego dnia sołtys zarządził pochówek kilkunastu zabitych Niemców. Dzień, tak jak uprzednie, był słoneczny, mroźny i bezwietrzny. Na polach walały się papiery, mój Ojciec zebrał niektóre z nich. Były to listy i fotografie jednego z poległych, nazywał się dość banalnie: Hans Müller. Niemców pochowano praktycznie pośrodku wsi, gdzie do drogi od strony wschodniej przylegało pole i nie było zabudowań. Na rogu zatem drogi przez wieś i polnej dróżki wykopano niezbyt głęboki dół, jakie trzy na trzy metry i tak bez trumien pochowano nagich Niemców. Sołtys zdjął im jednak przed pogrzebem marki identyfikacyjne. Tak na wszelki wypadek, choć wówczas nikt nie mógł przypuszczać, że kiedykolwiek będą potrzebne.

Przez dzień lub dwa panowała cisza – ani Sowietów ani Niemców. Pewnego popołudnia pojawiło się dwóch konnych żołnierzy: malutki, czarniawy czubaryk o nieco mongolskich rysach z karabinem na sznurku jadący na ogromnej, chudej szkapie i wielki dryblas z pepeszą na małym koniku. Obaj z wysokości swych nierównych rumaków jowialnie oznajmiali niewielkiej widowni z radością: „Wy tieper oswobożdienny!” Działo się to przed zagrodą sołtysa, bodaj przedostatnią w ulicowej wiosce i właśnie w tym momencie od wschodu pojawił się na polach za wsią pomalowany na biało „Tygrys” zmierzający prosto na zachód. Krasnoarmiejcy bez pośpiechu zsiedli z koni, cugle zarzucili na płot i jeden z nich zza węgła stodoły oddał krótką serię z pepeszy w śnieg przed czołgiem. „Tygrys” natychmiast stanął, zlazło z niego kilku śmiertelnie przerażonych Niemców w pozycji „Hände hoch“. Gdzieś się biedacy zagubili i ścigali swoich nie mając pojęcia, że front jest już pod Poznaniem. Wyzwoliciele grzecznie poprosili sołtysa o postronek, poczem przywiązawszy jeńców prastarym, znanym z „Trylogii” sposobem za ręce do końskich ogonów zwolna oddalili się.

To było pierwsze spotkanie Lipnej z niezwyciężoną Armią Czerwoną, potem nastąpiły i inne, niemniej groteskowe. Ale jednak wiejskie życie jakby wracało do normy. Stare, okupacyjne pieniądze właściwie straciły swą wartość i gdy zaczynało brakować najniezbędniejszych rzeczy takich jak nafta do lamp czy karbid do tak zwanych karbidówek, zaczęto nawet we wsi używać prastarych łuczyw. Ale na polach stało kilka nie spalonych niemieckich pojazdów jak naprzykład transporter opancerzony, który złamał przednie zawieszenie przecinając głęboko wciętą drogę między Skarbkową i Lipną. Miał zbiorniki pełne paliwa, mocno śmierdzącej czerwonej namiastki oleju napędowego syntetyzowanej z węgla. Ale jak się do tego paliwa zwanego benzolem dostać? Miejscowi nie znali wynalazku syfonu, ale Ojciec znał. Sprzedaż benzolu dała nam dodatkowe, niewielkie źródło dochodu. Było to jednak paskudztwo bardziej lotne niż nafta, więc do lampy trzeba było wsypywać nieco soli by uniknąć małego wybuchu.

Po przejściu frontu zaczęły się przemarsze wyzwolicieli. Jeszcze chyba przed końcem stycznia zatrzymała się w Lipnej na noc mała jednostka gwardyjska Czerwonej Armii. Gwardyjska to znaczy elitarna – była to rezerwa goniąca front. U sołtysa, a więc w naszym domu zatrzymał się sztab tej jednostki i zachowaniem swoim zaprzeczał właściwie stereotypowi zachowań Sowietów. Oficerowie jechali amerykańskiemi jeepami, ubrani byli w nienagannie wyprasowane gabardynowe, wełniane mundury, mieli z sobą amerykańskie konserwy i nie domagali się naprzykład rżnięcia kur i – co najważniejsze – odmawiali nawet picia wódki, którą sołtys im zaproponował: „Nie, są na służbie i o alkoholu nie ma mowy”. To samo dotyczyło reszty sołdatów zakwaterowanych we wsi.

Potem jednak było różnie. Oto pojawia się samotna dwukołowa „arba” ciągnięta przez wychudzonego konika. Na niej dwóch podchmielonych czubaryków o azjatyckich rysach dopytujących się którędy na Berlin. Zresztą drogowskazy z nabazgranym niedbale cyrylicą napisem „Berlin 560 km” przybite były do słupów na każdym niemal rozstaju. Zdarzały się też przemarsze dwugarbnych wielbłądów z towarzyszącymi im tzw. Kałmukami. Tajemnicą pozostanie, dlaczego mianem małego plemienia z wybrzeży Morza Kaspijskiego lud polski w czasie wojny obdarzał wszystkich azjatyckich jej uczestników. Nocowała też u nas kiedyś krasnoarmiejka nosząca medalik z częstochowską madonną. Spytana skąd go ma odrzekła, że to podarunek od babki, by ją chronił na wojnie.

Pewnego dnia przyszli i Berlingowcy. Sołtysowa, kobieta niebywale praktyczna wyciągnęła natychmiast kwity jakie wystawiło wojsko polskie w czasie kampanii wrześniowej za zarekwirowane konie i zażądała zapłaty. Było wojsko polskie, przyszło wojsko polskie – do niej nie docierały jakby przemiany w Polsce i Europie, ani pojęcie jakiegokolwiek obowiązku czy ofiary wobec ojczyzny. Oddała wojsku konie, należy się jej odszkodowanie i już. Od wojska. A że orzełki na czapkach już bez korony, to co ją to obchodzi. U oficerów Berlinga wywołało to nieco rozbawienia, ale sołtys był zażenowany.


Zajmuje sie takze muzeum w Rapperswilu oraz wnukiem, troche Szekspirem i teatrem, mieszkam na wsi opodal Zurychu. yacek@freesurf.ch

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka