Broń - po przejściu frontu pozostało jej dużo. Uciekająca niemiecka piechota porzucała swoje karabiny, które można było znaleźć w polu, krzakach, prawie wszędzie. Wszystkie jednak pozbawione były zamków, a większość miała także ułamane drewniane kolby. Taki był widocznie rozkaz, by owe 6-strzałowe Mausery nie wpadły w ręce wroga. Ktoś znalazł jednak porzucony plecak pełen zamków i niebawem niemal każdy chłopiec we wsi był uzbrojony. Z amunicją nie było kłopotów; sam znalazłem kilka taśm od karabinu maszynowego posiadającego tę samą amunicję 7.62 mm, razem ze 2000 naboi. Strzelaliśmy naogół w powietrze i to po zapadnięciu ciemności używając pocisków świetlnych – to był co piąty nabój w moich taśmach, które początkowo trzymałem pod łóżkiem. Rodzice wykryli jednak mój arsenał i po małej awanturce musiałem przenieść go do stodoły. Karabiny często się zacinały, bowiem łuski wykonane były z jakiegoś bardzo kiepskiego metalu – Niemcy i materiałowo byli na wykończeniu. A gdzieniegdzie znajdowane pozostałe po bitwie łuski ruskie to był solidny mosiądz.
Cud Boski, żeśmy się wtedy nawzajem nie powystrzelali; nie pamiętam ani jednego wypadku z bronią czy pozostawioną amunicją w tych paru pofrontowych miesiącach. Może mieliśmy szczęście, a może nawet mali chłopcy mieli jednak trochę wojennego doświadczenia i wiedzieli, że z bronią żartów nie ma? Ojciec pracował jako młody człowiek w przemyśle zbrojeniowym i znał się na uzbrojeniu. Wiedział, że nie może mi całkowicie zabronić dotykania tych niebezpiecznych przedmiotów, więc zamiast zakazów poprostu mnie objaśnił: co jest bardzo niebezpieczne, a co nie. Największym „no-no” była niewypały – pociski artyleryjskie z nagwintowanym przez wystrzał pierścieniem, a także rozmaite miny oraz luźno leżące pociski do moździerzy, tzw. „rybki”. Tego pod żadnym pozorem nie należało dotykać, a najlepiej obchodzić z daleka. O kilometr od wsi, w stronę Trębaczewa stało na polu porzucone ogromne, 11-to centymetrowe działo przeciwlotnicze. Był tam i jaszcz z amunicją. Wpierw należało kombinerkami wykręcić ostrożnie sporą spłonkę, potem nieco obstukać koniec łuski, wyjąć i odłożyć delikatnie pocisk i dostać się do skarbu: setek pręcików prochu bezdymnego wypełniającego łuskę. Pręcik taki można było zapalić z jednego końca i przydeptać – zamieniał się wtedy w małą rakietę ganiającą przez kilka sekund po ziemi. Ale głównie używaliśmy owego prochu jako znakomitego materiału do rozpałki, chociaż raz garnek wyleciał aż pod sufit – pewnie Babunia zbyt szczodrze rozpalała ogień. Był też proch do moździerzy umieszczony w rodzaju woreczków z dziurą. Już wiosną rozpaliliśmy kiedyś z chłopakami na pastwisku wielki ogień z tego prochu obłożywszy nim kilka „rybek”. Leżeliśmy w rowie o kilkanaście metrów od ogniska i ogień już dogasał, gdy nastąpiła eksplozja przekraczająca siłą nasze wyobrażenia. Leżeliśmy w tym rowie jeszcze dobry kwadrans, bo nie wiedzieliśmy, czy wszystkie rybki eksplodowały jednocześnie. Na szczęście tak i nikomu nic się nie stało. Nie powtarzaliśmy potem tego eksperymentu.
Zacząłem chodzić do nowej szkoły w Kłopoczynie, bowiem tam istniała szósta klasa, a w szkole małżeństwa Bulskich nie. Moja warszawska edukacja na kompletach zakończyła się na klasie czwartej, ale w Kłopoczynie piątej klasy poprostu nie było. Skutek jest taki, że do tej pory nie wiem co to jest przydawka, ale można z tym żyć. Szósta klasa była ostatnią klasą przedwojennej szkoły powszechnej i po jej ukończeniu szło się do gimnazjum. Jako że była to klasa ostatnia, były tam i starsze dzieci, prawie sami chłopcy. Najstarszy miał 16 lat i był synem jednego z bogatszych gospodarzy w Kłopoczynie, niejakiego Dębskiego. Miał on jeszcze dwóch starszych braci i według dość wiarygodnych plotek stanowili wraz z ojcem bandę rabunkową z tym, że wilczym sposobem nie działali w bezpośrednim sąsiedztwie swojej wsi, lecz w dalszych okolicach. W tym właśnie czasie wszedłem w posiadanie – nie pamiętam już w jaki sposób – niekompletnego karabinu maszynowego. Była to właściwie tylko lufa z częścią zamku; by oddać pojedyńczy strzał należało w iglicę uderzyć młotkiem lub kamieniem – jednym słowem zupełnie bezużyteczna sprawa. Trzymałem ją jak wszystkie moje skarby pod łóżkiem. Pochwaliłem się ową lufą w klasie i oto Dębski wyraził chęć jej kupna. Dostałem za nią całe 500 nowych, tzw. lubelskich złotych!
Już w pierwszej połowie lutego rodzice wybrali się do Lubca, naszego przedwojennego majątku. W linii prostej to było może 120 kilometrów, ale dostać się tam w pofrontowym chaosie nie było łatwo. I do tego trzymała bardzo ostra zima ze śniegami i mrozami. A więc wpierw na piechotę około 20 kilometrów do Białej Rawskiej, tam uruchomiono już wąskotorówkę do Rogowa, stacji kolejowej na linii Warszawa – Koluszki. Trzeba było czekać na jakiś pociąg, może wojskowy, może inny towarowy do przez Łódź do Łasku. No, a z Łasku już tylko 27 kilometrów na piechotę.
Rodzice zaopatrzeni w chleb i słoninę wędrowali tak kilka dni. Gdy wreszcie dotarli do Lubca, zbiegło się pół wsi owacyjnie ich witając. Dla lubieckich ludzi było jasne, że rodzice zostaną – zabytkowy dwór stał, podniszczony tylko przez niemiecki „Kulturvolk” i nawet nie rozkradziony z większości mebli. Dla nich dziedzic był ostoją i świadectwem powrotu do normalności. A przy tym nie wygasła jeszcze dawna, pańszczyźniana mentalność: dziedzic wesprze i za mnie w trudnej sprawie zadecyduje - wszak od uwłaszczenia minęło zaledwie 80 lat. „Ale co ja będę tu robił, ziemia poszła na reformę rolną, jest wasza, lasy są państwowe, to już wszystko nie moje” – powiedział Ojciec. Zapadła kłopotliwa cisza i wreszcze ktoś wysunął propozycję: „A może by pan dziedzic raczył bimber pędzić?”. Trzeba trafu, że właśnie przez wieś maszerował oddział Berlingowców. Zainteresowali się zbiegowiskiem i pytali co się stało. „Taka radość, pan dziedzic wrócił!” brzmiała odpowiedź. Ot, i cała praca politruków na nic.
Z nadchodzącą wiosną Ojciec wybrał się ze mną kilka razy do świdzińskiego lasu, gdzie rozegrała się główna część nocnej bitwy z 17 stycznia. To tam resztki wojsk niemieckich otoczone przez Sowietów usiłowały się przegrupować i stamtąd usiłowały przedrzeć się na zachód. Nawet w wiele tygodni po bitwie las przedstawiał straszny widok. Znaczna część drzew - jak to na Mazowszu głównie sosen - ułamana była kilka metrów nad ziemią, chyba przez ostrzał Katjusz. Sądząc po napisach pozostawiony sprzęt pochodził z najrozmaitszych jednostek Wehrmachtu i Waffen-SS i sam stanowił mieszaninę: czołgi „Tygrysy”, działa samobieżne „Ferdynandy”, działa polowe i przeciwlotnicze, transportery opancerzone, ciągniki, samochody ciężarowe i amfibie, tak zwane wanny. Mało było spalonych, niektóre trafione, inne powpadały na siebie bądź na drzewa. Musiało tam być prawdziwe piekło. Nie było już zwłok poległych, wszędzie leżało porzucone wyposażenie i nawet broń. Uzbroiłem się tam w małego panzerfausta, takie wydanie mini - nigdy potem w wojennych filmach takiego nie widziałem, miał może metr długości. Ojciec natomiast zainteresowany był głównie wymontowywaniem z samochodów pancernych sprężarek, które zamierzał wyposażyć w elektryczne silniki i sprzedać. Wiele lat potem kilka tych maszyn zawalało naszą warszawską piwnicę – z interesu nic nie wyszło i sprężarki poszły wkońcu na złom. No i syfonowaliśmy oczywiście nadal benzol. Natomiast sołtys posiadający nieco osobliwe poczucie humoru zabrał któregoś razu chyba pół wozu świec dymnych i gdy późnym wieczorem wracaliśmy z wyprawy ciskał je jadąc przez wieś za każdy płot. Cała Lipna pokryła się gęstym, cuchnącym dymem, gruchnęła wieść, że Niemcy wracają i wszyscy ze swoimi pierzynami, staruszkami i niemowlakami pochowali się jak uprzednio do swych kartoflanych piwnic. Z wyjątkiem sołtysa oczywiście, więc odkrywszy w ten sposób prawdę wieś się na niego śmiertelnie obraziła.
W moim panzerfauściku brakowało do odpalenia zwykłej płaskiej bateryjki. Był to skarb nie do dostania i może lepiej się stało, że nie został użyty. Ale w pobliżu lasu stało nie uszkodzone 20-milimetrowe działko przeciwlotnicze. Była to duża zabawa kręcić się dookoła wraz z lufą skierowaną w niebo. Nacisnąłem kiedyś spust i oto w niebo poszła seria wystrzałów! Nieco później, już chyba w kwietniu, bawiłem się z chłopakami w owym uszkodzonym transporterze nadal blokującym droge do Skarbkowej. Większość z podobnych pojazdów było uzbrojone w karabin maszynowy, ten natomiast miał sprzodu działo o dużym kalibrze 110 mm i bardzo krótkiej lufie. Jeden z nas uderzył w duży, metalowy przycisk z napisem „Feuer” i działo wystrzeliło. Mieliśmy sporo szczęścia, że odrzut lufy któregoś z nas nie uderzył. Jeszcze nam gwizdało od wystrzału w uszach, gdy musieliśmy zmiatać i to bardzo szybko. Działo skierowane było w stronę małej sadzawki oddalonej o kilkaset metrów, a właściwie w stronę „Pantery”, która w czasie bitwy dostała w gąsienicę i ugrzęzła przy brzegu. Otóż nasz pocisk właśnie uderzył tuż obok czołgu, a trzeba trafu, że opodal chłop orał pole. Pędził on do nas na przełaj dziko krzycząc i wiadomo co miał na myśli. Jednak lania nie uniknąłem podobnie jak moi koledzy, ale odbyło się to w domu i wymierzone było ojcowską ręką.
Wielkanoc w 1945 roku wypadała 1 kwietnia. Chyba w nocy w wielkanocną niedzielę zapaliła się ogromna dworska stodoła stojąca w polu między Lipną i Trębaczewem; codziennie ją mijałem w drodze do lubańskiej mleczarni. Wypełniona była słomą, w kilka godzin spłonęła doszczętnie i dochodziły z niej odgłosy eksplozji. Zgliszcza stygły przez kilka dni, nie długo potem przystąpiono do ich uprzątania – wprawdzie pan Lipski już nie zarządzał majątkiem i gorzelnią, ale życie toczyło się utartą koleiną i trębaczewscy fornale wykonywali swe obowiązki. W zgliszczach znaleziono zwęglone zwłoki kilku Niemców, którzy zapewne od stycznia tam się ukrywali. Okolica trzęsła się od domysłów i podejrzeń: ktoś musiał im pomagać, to niemożliwe, by mieli takie zapasy żywności, by przetrwać ponad dwa miesiące i do tego podczas srogiej zimy. Ale kto? W najbliższej okolicy nie było niemieckich kolonistów, zresztą wszyscy volksdeutsche uciekli z Niemcami. Dlaczego spalili się oni właśnie w Wielkanoc? Może to było zbiorowe samobójstwo? Nie znaleziono na te pytania odpowiedzi i tak zdarzenie to pozostało jeszcze tajemnicą.
Gdzieś w marcu we wsi zaczęła się pokazywać nowa władza w postaci milicji. Były to naogół jakieś typki z Łodzi umundurowane podobnie do wojska. Jeździli łazikami po okolicy i kazali oddawać broń i amunicję. To był koniec naszego uzbrojenia. Wiadomości o tej akcji rozchodziły się po dalszej okolicy błyskawicznie i gdy ktoś chciał coś ukryć, mógł się do tego przygotować. Jeden z młodych Podsiadlików, sąsiad przez płot, bardzo mnie lubił i gdy dowiedział sie o rekwizycji broni wtajemniczył mnie w fakt posiadania pistoletu maszynowego Schmeissera. Wykombinowaliśmy troche towotu, zawinęliśmy obficie wysmarowaną broń w szmatę i zakopaliśmy na samym dolnym końcu Podsiadlikowej łąki, opodal strumienia. To była rzecz oczywista i naturalna – przecież ta broń będzie potrzebna i to niebawem, co do tego nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. To było jasne nawet dla osiemnastoletniego wiejskiego wyrostka. Przybyli milicjanci, mieli chyba jakiś cynk o Schmeisserze, bowiem szukali go u Podsiadlików nawet w strzechach na domu i oborze, ale oczywiście nic nie znaleźli.
W kwietniu rodzice udali się w nową podróż, tym razem do Warszawy. Nie mogliśmy tkwić wiecznie w Lipnej, zresztą naszą izdebkę mieliśmy wynajętą do końca wojny, a ten zbliżał się bardzo szybko. Kolejka grójecka do Warszawy już kursowała, więc podróż była łatwiejsza. Nie było po co wracać do spalonego mieszkania na Sękocińskiej. Nie pamiętam czy wtedy, czy niedługo potem postanowiono, że zamieszkamy w ocalałej na ul. Lenartowicza na Mokotowie willi należącej do ciotki Maryli Zygmuntowej Zaleskiej, siostry wuja Zbyszka. Mająteczek Lipna był małą, kilkowłókową dzierżawą, ale było jasne, że podlega on reformie rolnej i że wujostwo będą musieli niebawem się wynosić. Powierzyliśmy z Magdą nasz pięćsetzłotowy, pochodzący ze sprzedaży mojego karabinu maszynowego, a właściwie jego lufy majątek rodzicom i przywieźli nam parę arkuszy blaszanych orzełków do czapek. Rozchodziły się jak świeże bułki, chociaż były już bez korony. O ile pamiętam zrobiliśmy na tym ogromne pieniądze.
Wiosna i lato 1945 roku były piękne i beztroskie, choć materialnie właściwie nic się nie zmieniło. Żyło się biednie, jadło bardzo kiepsko, nie bardzo było w co się ubrać. To ostatnie dotyczyło zwłaszcza nas, rosnących szybko dzieci. Ale nareszcie wojna się skończyła i choć zupełna wolność nie nastała, cieszyło to, że już jest po wszystkim. Co pewien czas przez wieś przeciągały karawany Sowietów ciągnących zdobyczny łup do ojczyzny. Raz było to poprostu kilku konnych z dużymi jukami. Jeden z koni wyglądający na żywy szkielet nie mógł pewnie już dalej iść i Ruscy sprzedali go komuś ze wsi za butelkę bimbru. Konia nie udało się jednak uratować: padł niedługo potem. Mimo, że była to skóra i kości udało się go jednak przerobić na mydło, którego wtedy poprostu nie było. Rozpalono ognisko niedaleko końskiego ścierwa i w wielkim kotle gotowano jakieś końskie części z sodą kaustyczną i popiołem. Operacja ta straszliwie śmierdziała, podobnie jak kiepskie mydło będące jej wynikiem. Innym razem, a było to w czerwcu nadciągnęła popołudniem niebywale wolno cała karawana. Z przodu jechał stary, niemiecki wóz cyrkowy zaprzężony w dychawiczny jednocylindrowy traktor „Lanz-Bulldog” i kierowany przez zamaszystą krasnoarmiejkę, a za nim kilku konnych pędziło kilkadziesiąt chudych krów. Spytali nawet grzecznie sołtysa, gdzie mogą spędzić noc, wskazano im łąkę, przystąpili do dojenia. Wieś oczekiwała, że przynajmniej dostanie trochę mleka, ale gdzie tam! Krasnoarmiejki wylały całe mleko, a wieś otrzymała pierwszą lekcję braterskiej współpracy z ZSRR. Karawana ta poruszała się niezwykle wolno, nie więcej jak 10 kilometrów dziennie i już po paru dniach dotarła do Lipnej wieść, że na jednym z następnych etapów wskazano przybyszom zaminowaną łąkę. Łąkę krowy rozminowały, a tamtejsza wieś uzyskała sporo świeżego mięsa.
Nastały wakacje szkolne które spędzaliśmy na zabawach z Romkiem i Moniką, rodzeństwem Zaleskich, dzieci cioci Maryli, która przeżyła obóz w Ravensbrück i znajdowała sie w Paryżu. Romek był starszy ode mnie o rok, zaś Monika była dokładnie w moim wieku. W zabawach ważną rolę odgrywała suka Psiapsia. Szaleliśmy w niewielkim ogrodzie za starym dworkiem w Lipnej z wspaniałą kępą siedmiu zrośniętych razem starych lip od których wieś wzięła swą nazwę. Były i pierwsze próby palenia papierosów ukręconych z jakichś liści i przede wszystkim zabawy w policjantów i złodziei, a także gry w karty. Romek zawsze nas wszystkich ogrywał, miał – jak się to mówi – „łeb”. I ten „łeb” mu został: należy dzisiaj do setki najbogatszych Francuzów.
Latem miałem paskudny wypadek: kciuk prawej ręki dostał mi się w tryby małej wialni i wyglądał na całkowicie zmiażdżony. Nie było rady, trzeba było iść do najbliższego lekarza, czyli 7 kilometrów do Mogielnicy. Jakoś doszedłem tam z Mamusią trzymając cały czas rękę do góry. Kciuk uratowano i gdy wracaliśmy wyjechała nam na spotkanie bryczka wysłana przez wuja Zbyszka. Takie „spacery” do Mogielnicy odbywałem dość często, oczywiście bez krwawiącego i bolącego palca, bowiem działał już tam skromny handel i czasami trzeba było kupić sól lub cukier. W owych czasach 12 kilometrów na piechotę dla jedenastolatka to nie było nic nadzwyczajnego. Podobnie jak do szkoły chodziłem do Mogielnicy na skróty, polami. Któregoś dnia podążałem miedzą za nie znanym mi mężczyzną, gdy ten nagle zatrzymał się i zaczął uważnie na coś patrzyć. Właśnie gdy do niego podchodziłem ruszył w kierunku leżącej na kawałku ugoru dużej miny skaczącej. Był to rodzaj płaskiej, dużej, metalowej puszki z kilkoma metalowymi wąsami sterczącymi do góry. Gdy poruszy się jeden z nich, mina skacze na metr czy dwa w górę i wtedy się rozrywa siejąc odłamkami na dużą odległość. Na minie widniał porządny niemiecki napis „5 kg” - zapewne ilość materiału wybuchowego. Wszystko to wiedziałem z instruktażu Ojca, więc wrzasnąłem: „Niech pan tego nie rusza! To mina!”. „Co tam mina, to som likarstwa, aptecka!” – odpowiedział. Ale jednak trochę się zawahał, a ja powiedziałem, że jak chce tę „apteckę” dotknąć, to niech mi wpierw da odejść na jakie sto metrów. To go chyba przekonało, oddalił się od miny i tak jakoś obaj przeżyliśmy to zdarzenie.
W czerwcu powtórzyła sie tragedia trębaczewskiej stodoły. Przy opróżnianiu podobnej dworskiej stodoły pod lasem w Brzostowcu, ostrzelano pracujących tam ludzi. Natychmiast zawiadomiono milicję w Nowym Mieście i wywiązała się strzelanina. Przez całe 5 miesięcy ukrywali się tam Niemcy i w tym wypadku z całą pewnością ktoś musiał im dostarczać żywności. Podobno nie chcieli się poddać, wystrzelano ich wszystkich, więc i tu nie wykryto ich sprzymierzeńców.
Wybieraliśmy się czasem na jagody do odległego o 5 kilometrów lasu trębaczewskiego, jedynego większego lasu w okolicy bowiem ten rok obfitował w czarne jagody. W czasie takich wypraw nigdy nie zapominałem o swoich powinnościach zielarza, zaopatrywałem rodzinę w dziurawiec uważany za remedium na wszystko, a także arnikę na skaleczenia i nawet dziką walerianę nie mówiąc już o mięcie i skrzypie. Któregoś razu znaleźliśmy w gęstym poszyciu naderwany worek i w nim znaczną liczbę torebek proszku do pieczenia „Dr. Oetker”. Torebki były dość obskurne, ot, takie wydanie wojskowe z nadrukiem w ukochanym przez hitlerowców gotyku. Dziw, że mimo opadów zachowały się w dobrym stanie. I to właśnie budziło podejrzenia: a może Niemcy całkiem niedawno podrzucili truciznę? Zabraliśmy jednak te proszki do domu i Babunia upiekła na jednym z nich placek który daliśmy do zjedzenia Holendrowi, psu łańcuchowemu sołtysów, istocie przyjaznej, chudej i wiecznie głodnej. Imię zawdzięczał swemu pierwszemu panu, żołnierzowi niemieckiemu pochodzącemu z Holandii, który zostawił go Wasiakom. Trzy kłapnięcia mordą i było po placku. I nic się nie stało. Proszki te używaliśmy jeszcze przez kilka lat w Warszawie.
Lato mijało, wojna się skończyła, trzeba było wracać do tego, co zostało z Warszawy. Dwudziestego sierpnia pożegnaliśmy Lipną i po długiej podróży grójecką ciuchcią wylądowaliśmy w dwóch małych pokoikach na Lenartowicza – luksus po tłoczeniu się w jednej wiejskiej izbie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)