Mecenas Nowosielski z Sopotu, jeden z najbystrzejszych prawników jakich spotkałem prowadził sprawę gratis do czasu kasacji w sądzie najwyźszym, którą potraktował komercyjnie, ale wyjątkowo solidnie. (tu kolejne ukłony w stronę Rafała Kasprowa, bo bez jego zaangażowania finansowego nic by i z tej kasacji i z apelacji do Strassburga nie było)
Do czasu owego nieszczęsnego komornika w zasadzie nie miałem prawa się skarżyć. A że Dom Wydawniczy Wolne Słowo okazał sie lipą w trudnej sytuacji, to nie nowość. Wystarczy zapytać tych którzy siedzieli w zdychającym Życiu i czekali miesiącami na wypłaty.
Rzeczywiście brakło w tej sprawie dziennikarskiej solidarności ale nie na poziomie poszczególnych osób, co raczej na poziomie instytucji medialnych. Sprawa dotyczyła przecieź nie jednego naszego tekstu, ale zasady, że urzędnicy państwowi nawet tak wysocy jak prezydent, są od tego by wyjaśniać obywateom poprzez prasę swoje postępowanie, a nie uprawiać z dziennikarzami gierki w to, kto kogo wkręci, wystawi, itp. Był to również proces o to, jak i czy w ogóle opisywać takie kontrowersyjne historie w sytuacji, gdy dostęp do informacji jest skrajnie utrudniony. W ówczesnych warunkach nasz proces i jego wynik był jasnym sygnałem dla innych: trzymajcie się od Kwaśniewskiego z daleka. Liżcie buty, albo milczcie. W spektakularny sposób sukces tej zasady potwierdziła sprawa Charkowa. Nas rozjechały nie tylkostronnicze, czasem do groteski, sądy, ale takźe spacyfikowane przez ludzi Kwaśniewskiego media.
"Wyborcza" zadecydowała wtedy, że jesteśmy niebezpiecznymi idiotami bezpodstawnie opluwającymi głowę państwa, a "Trybuna" przyrównywała nas do zabójców Narutowicza. Jakoś to innym gazetom wtedy nie przeszkadzało. Co ciekawe inni, którzy napisali podobne rzeczy nie byli tak znienawidzeni. Na przykład Piotr Pytlakowski, który dopisał ważny rozdział historii "Kwaśniewski w Cetniewie" (ustalił nowych świadków, potwierdził nasze ustalenia), został nawet szefem działu w "Polityce", tej samej, która nas odsądzała od czci i wiary.
Wsadziliśmy palce między drzwi i nie powinniśmy się żalić. Nasz wybór, nasze koszty. Dziś zrobiłbym tak samo. Oczywiście nie uniknęliśmy błędów, ale niestety jeszcze za wcześnie o tym pisać.
Dziennikarstwo jest w zasadzie grą zespołową, mało w niej miejsca dla solistów. Jeśli masz fajną ekipę, której ufasz, która myśli o świecie podobnie jak ty, to jest sens angażować się i walczyć nawet o przegrane sprawy. Gorzej jeśli we własnej redakcji nie ma poczucia bezpieczeństwa tylko pałacowe intrygi i załatwianie grupowych interesów. Wtedy trudno skrzesać z siebie ogień potrzebny do orki na ugorze. To jest zasadnicza trudność nie pozwalająca się rozwijać w Polsce dziennikarstwu śledczemu.
W kilku komentarzach powtarza się pytanie o to jak to jest, że dziennikarze, którzy sprzeniewieżają się dziennikarskiej niezależności robią kariery w zawodzie. Bardzo prosto: są bardzo potrzebni. Tak samo jak skorumpowani politycy, jak sprzedajni sędziowie. Bez nich system nie działa jak należy.
Znam przynajmniej ze dwie agencje PR, które oferują swoim klientom zamieszczanie w najważniejszych tytułach w dobrych miejscach kupionych tekstów. Za stosowną opłatą macherzy podejmują się także zablokowania publikacji tekstu, który jest przygotowany, a nie pasuje klientowi. Długi czas uważałem, że blefują, że to przecież niemożliwe, by redaktor wydania sprzedał na lewo miejsce na stronie, by dziennikarz brał po prostu chamską łapówę za napisanie tekstu. Nie miałem racji. A przykłady, z którymi się zetknąłem dotyczyły w zasadzie większości polskich gazet centralnych. W jednym z tygodników handlem zajmuje się osobiście redaktor naczelny i wręcz doprasza się o łapówy, przepraszam, opłaty, bo gotów był wystawić fakturę za "tekst promocyjny". I napiszą dokładnie jak trzeba.
W biznesie panuje zakorzenione przekonanie, że teksty prasowe (zwłaszcza dotyczące ekonomii) kupuje się jak reklamę, tylko trudniej, bo trzeba "mieć odpowiednie dojście". Ja wiem, że to niesprawiedliwe uogólnienie, ale nie potrafię przekonać często klientów, że rzetelne postępowanie jest bardziej efektywne.
Jestem przekonany, że w dziennikarstwie politycznym jest podobnie, przy czym tu jest sprawa trudniejsza, bo dziennikarze czasem mają wyraźne poglądy i trudno je zmieniać jak rękawiczki. Mamy tu do czynienia z klientelizmem. Ot, jesteś żołnierzem jakieś grupy interesów, prowadzisz w ramach niej swoją własną grę o stanowisko, pieniądze i możliwość swobodnej ekspresji. Grupa idzie do góry - OK. Grupa dołuje, kłopot.
Jeśli przyjrzeć się niektórym karierom, to tak to właśnie wygląda.
Problem jest jak zawsze z tymi, co to mają własne poglądy, uparli się, by się ich trzymać i nie grają jak kierownictwo każe. Ot, taki Wildstein. Głupi jakiś, czy co?


Komentarze
Pokaż komentarze (54)