Chłopak umarł, a po latach okazało się, że pan doktor kłamał twierdząc w swojej własnej publikacji, że dla chłopaka nie było dawców krwi, bo byli i to liczeni w setkach. Ergo, dla sławy mołojeckiej i kasy pan doktor poeksperymentował, a że chłopak zszedł? Cóź, nauka wymaga ofiar. Czworo kolejnych pacjentów leczonych tą metodą przez profesora Jędrzejczaka zmarło w ciągu półtora roku od zabiegu. Czy też nie mieli szansy na zwykły, znacznie mniej ryzykowny przeszczep?
Pewnie nie zawracałbym Sz. Publiczności gitary tym przypadkiem, ale tak się złożyło, że pamiętam pana doktora Jędrzejczaka z udziału w innej historii. Otóż w końcu lat 90 tenże dżentelmen był propagatorem budowy Laboratorium Frakcjonowania Osocza w Mielcu.
Miała to być nowoczesna fabryka leków z krwi, którą z błogosławieństwem ministra zdrowia miał stawiać kumpel Kwaśniewskiego i jego wspólnicy. Inwestycja była nad wyraz ryzykowna, firma, która sie jej podjęła bez żadnego doświadczenia, komisja, która właśnie tę firmę zakwalifikowała do postawienia fabryki nierzetelna, dane podawane przez potencjalnego inwestora fałszywe itp, itd. Opisałem to wszystko z Rafałem Kasprowem w "Rzeczpospolitej" w 1998 roku.
Wszyscy pytani przeze mnie specjaliści pukali się w głowę, przekonując, że to porywanie się z motyką na słońce, a najprawdopodobniej przekręt i to duży. Okazało się że mieli rację. Laboratorium nigdy nie powstało, a sprytni biznesmeni wydębili gwarancje finansowe na budowę od Skarbu Państwa. Osobą, która im to umożliwiła był Wiesław Kaczmarek, który wbrew opinii stosownych departamentów w swoim ministerstwie rekomendował udzielenie gwarancji przez rząd. Wiesiek rekomendował, KERM zaakceptował, Włodek (Cimoszewicz) podpisał, banki wypłaciły. Tak jak to właśnie miało być w III RP. Interes padł, pieniądze zniknęły, kumpel od Kwasa wyparował, jego wspólnicy obrazili się o podłe insynuacje i też się ulotnili. Prokuratura w Tarnobrzegu do dziś międli śledztwo.
A pan doktor, co to zachwalał przedsięwzięcie pod niebiosa? Eksperymentował z krwią pępowinową i piął się po szczeblach kariery. Politycznie był stuprocentowo koszerny.
Czy z tego płynie jakiś morał?
Nie wiem, ale mam wrażenie, że w tym wypadku jest coś takiego jak używając policyjnego języka "modus operandi" - sposób działania sprawcy. Jak się ktoś przyzwyczai do naciągania prawa i faktów na własny użytek, to wchodzi mu w krew. Niestety.
Teraz trochę z innej beczki. Wszyscy znajomi pytają mnie co myślę o zmianach w telewizji. Myślę, źe wszyscy ludzie z polityki, którzy doprowadzili do zmiany Wildsteina na Urbańskiego, popełnili błąd. Życzliwe PiS-owi środowisko dziennikarskie zostało potraktowane jak chłopcy na posyłki, a przynajmnije tak to odebrało. I nie chodzi tu o pozbycie się Bronka, bo przecież on sam miał świadomość, że to robota sezonowa, ale o postawienie na czele TVP kogoś, kto jednoznacznie kojarzy się ze światem polityki. Oczywiste są skojarzenia z politycznym wzięciem za twarz środowiska, które tego nie toleruje i nie nadaje się na politycznych lizusów. I choćby Andrzej Urbański okazał się sensownym szefem, to jego "polityczność" nie pozwoli na normalne funkcjonowanie dziennikarzy w telewizji. Z przyjemnością przyjdą do niej natomiast starzy wyjadacze, co dowolnej ekipie buty wyliżą za "kawałeczek świńskiej tkanki, czy inny prozaiczny kęs". Pamiętam jak żałosny tow. Miazek nastał w TVP i jak to było odbierane. Andrzej Urbański został ubrany w Miazkowe buty. Nie sądzę by mu były wygodne. A na pewno mu w nich nie do twarzy.
I jeszcze jeden drobiazg. Nie ma żadnych powodów bronić Tomasza Lisa, ale z tego co wiem, to nie o niego chodzi w raporcie z likwidacji WSI. Występuje tam jakiś koleś o tym samym imieniu i nazwisku, ale nie jest to "właściwy" Lis. To tak gwoli ścisłości.


Komentarze
Pokaż komentarze (63)