Za czasów dziennikarskich spotykałem się z licznymi opiniami, jak to dziennikarze śledczy dostają gotowce od służb specjalnych. Stąd są tak dobrze poinformowani. W większości wypadków była to wierutna bzdura, a poglądy takie głosili najczęściej ci, co się trudniejszych tematów wymagających grzebania w dokumentach palcem nie dotykali.
Druga rzecz poniekąd z tej samej beczki. W zeznaniach Dochnala pojawiają się zarzuty, że politycy brali łapówki, zakładali konta w Szwajcarii, załatwiali lewe interesy.
Co robią dziennikarze z tymi zarzutami? Pytają polityków czy to prawda. - Nieprawda - odpowiadają politycy. - Aha - komentują dziennikarze.
Opinia publiczna dostaje informację, że jeden pan na drugiego coś powiedział, a ten drugi mówi, że to nieprawda. A jak było? Nie wiadomo, bo niby skąd.
Kiedy opisywałem działalność w Polsce Siergieja Gawriłowa, ten został zaproszony na wywiad do programu prowadzonego przez nieodżałowaną wybitna publicystkę Jolantę Pieńkowską (tą co zawsze wyglądała jakby się bała wyrzucenia z pracy).
- Czy jest pan rosyjskim szpiegiem - zapytała w pierwszych słowach swojego programu Jolanta P.
- A czy ja wyglądam na rosyjskiego szpiega - odpowiedział z szerokim jak Wołga uśmiechem Siergiej G.
- Ha, ha - roześniali się oboje.
Szczerze mówiąc wyobrażałbym sobie, że zadaniem dziennikarzy w takiej sytuacji jest sprawdzenie, czy zarzuty trzymają się kupy i która wersja wydarzeń jest bardziej prawdopodobna.
Tylko to wymaga dziennikarskiego śledztwa, dociekliwości, czasu, pieniędzy i cierpliwości szefów redakcji. No i oczywiście trwa dłużej niż napisanie zgrabnego komentarza.


Komentarze
Pokaż komentarze (91)