Często internauci pytają o powód mojej nieobecności na listach wyborczych podlaskiej PO do Sejmu, które zgłosili regionalni działacze. Zauważyli to również dziennikarze. Red. Piotr Gursztyn z „Rzeczpospolitej” o mojej nieobecności pisał w tekście „Platforma skręca w lewo”. W poniedziałek ten temat został poruszony w Radiu Białystok.
Ze względu na to, że ta sprawa wzbudza dość duże emocje, postaram się ją krótko wyjaśnić. Na początku chciałbym podkreślić, że o ostatecznym kształcie list wyborczych zadecydują władze krajowe i nastąpi to 12 czerwca. Listy komentowane w mediach, to tylko rekomendacje. A rekomendacja ma to do siebie, że jest tylko propozycją. Nie jest to z mojej strony budowanie atmosfery w stylu „spokojnie jeszcze wszystko może się zdarzyć”. Po prostu nie chcę, aby komentowano to w atmosferze skandalu. Taka jest procedura i nie ma w tym nic dziwnego. Nie zawsze rekomendacje pokrywają się z ostatecznymi decyzjami.
Rekomendacje w formie listy wyborczej odzwierciedlają toczący się od dłuższego czasu ideowy i wizerunkowy spór, który z czasem przybrał formę sporu personalnego o to, jak ma wyglądać podlaska PO. Obecnie Rada Regionu tłumaczy, że zabrakło mnie na liście, bo „nie wykorzystałem swojej szansy” jako parlamentarzysta.
Trudno nie nazwać tego swoistą „polityczną egzekucją” za to, że w wyborach szefa regionu poparłem kandydującego na to stanowisko młodego i dynamicznego posła Damiana Raczkowskiego, który jak się okazało, nie miał problemów z pokonaniem swojego politycznego rywala. Miałem w tym swój spory udział. Regionalni działacze stwierdzili, że moje zaangażowanie i poparcie miało swoje znaczenie w ostatecznym zwycięstwie posła Raczkowskiego.
Rok temu, w czasie zjazdu Regionu, Rada mówiła coś zupełnie innego. Dziękowała mi ustami wiceprzewodniczącego za poselskie zaangażowanie i jednocześnie zabiegała o moje poparcie. Rozumiem, że nie uzyskawszy go, „oceniła”, że „się nie sprawdziłem”. Tym samym zostałem jedynym posłem, który nie znalazł się na liście z przyczyn czysto politycznych. Nawet mimo poparcia ze strony szefa regionu.
Co się wydarzyło w ciągu minionego roku? W tym czasie miałem dwa poważne polityczne sprawdziany. Dwukrotnie pełniłem funkcję szefa kampanii wyborczej PO na Podlasiu. Najpierw organizowałem kampanię Bronisława Komorowskiego. Efekt? PO uzyskała najlepszy wynik w historii na Podlasiu. Jeszcze korzystniej wypadł drugi sprawdzian. W jesiennych wyborach samorządowych również kierowałem kampanią wyborczą. I po raz pierwszy w historii PO wygrała wybory na Podlasiu.
Oto pokrótce cała tajemnica. Mam serce do politycznej walki. Z tym, że polityczną walkę rozumiem jako zmaganie się o rozwiązywanie ważnych dla nas spraw, a nie jako usilne starania o miejsce na wyborczej liście. Zresztą, moim zdaniem, to wyborcy powinni decydować, kto będzie ich reprezentował i między kim będą mogli wybierać.
Osobiście nie mam wątpliwości co do tego, że będę kandydował. Spełniając obowiązki parlamentarzysty angażuję się w prace Sejmu. Dla przykładu, jestem członkiem sejmowej Komisji Ustawodawczej, pracowałem w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Jako prawnik, reprezentuję też Sejm przed Trybunałem Konstytucyjnym. Brałem udział w jednej z najgłośniejszych spraw, Trybunał Konstytucyjny podzielił moje argumenty odnośnie niekonstytucyjności KRUS.
Dbam również o sprawy Podlasia. Przez kilka lat zdążyłem poznać problemy tego regionu, będąc przez dwie kadencje radnym Białegostoku oraz dwukrotnie radnym sejmiku województwa podlaskiego. Dwa tygodnie temu jako jedyny poseł skierowałem do Ministra Środowiska zapytanie w sprawie uchylenia decyzji środowiskowej dla planowanej budowy w Sanikach podlaskiego portu lotniczego. Jest to strategiczna inwestycja dla naszego regionu. Angażuję się też w prace nad trwającą nowelizacją prawa spółdzielczego. Temu tematowi poświęcę oddzielny wpis, bo jest on bardzo ważny. Dotyczy to około 2\3 mieszkańców Białegostoku. Moim zdaniem właśnie mieszkańcy powinni decydować o tym, czy ich mieniem ma rozporządzać spółdzielnia, czy może jednak lepiej zorganizować się we wspólnotę mieszkaniową.
Takie sprawy zajmują moją polityczną aktywność. I ich realizacja sprawia mi przyjemność. Zdecydowanie wolę pracować dla wyborców niż tracić czas, by pieczołowicie pilnować miejsca na liście wyborczej. Tym bardziej, że jak pokazuje polityczne życie, to nie lokata na wyborczej liście jest w tym wszystkim najważniejsza. Przypomnę, że gdy w 2007 roku kandydowałem w wyborach do Sejmu, startowałem z 15 pozycji (był to środek listy, czyli de facto najmniej korzystne miejsce). Moi rywale zapewne dostrzegli, że nie ma co przesuwać mnie na kolejne miejsca listy, gdyż wyborcy dostrzegają moją pracę. Dlatego postanowili, że można się ze mną rozprawić poprzez nieumieszczenie mnie na listach. Zapomnieli jednak o obywatelskim wymiarze polityki i swojej partii. Do moich wyborców należy ocena, czy podjęli dobrą decyzję i czy zechcą oddać na mnie swoje głosy ponownie.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)