Minęły już prawie dwa miesiące od głośnego wystąpienia ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego na forum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej w Berlinie. Gdy opadły emocje, pochwały zagranicznej prasy z jednej strony i domagania się dla szefa dyplomacji Trybunału Stanu z drugiej strony, można spokojnie przedyskutować co zostało powiedziane i co z tego wynika dla Polski.
Siła gospodarcza miarą suwerenności
Zaczynając od podstawowego faktu trzeba stwierdzić, że Polska nie jest w pełni niezależna, w tym sensie, że nie możemy być sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem. I nie liczymy tego faktu od wystąpienia szefa polskiej dyplomacji w Berlinie, ale możemy datować go znacznie wcześniej. Powiązanie państw między sobą chociażby interesami gospodarczymi, przepływem kapitału nie dotyczy tylko Unii Europejskiej. Jest to zjawisko globalne.
Można obrażać się na rzeczywistość unosząc się czymś na kształt specyficznie pojmowanej „dumy narodowej”. Ale powiązanie nie oznacza pełnego uzależnienia. Nie oznacza wcale utraty suwerenności, czy wyrzeczenia się niepodległości, bo i takie głosy w dyskusji padały.
Nieco groteskowo brzmi utyskiwanie na to, że ktoś z zewnątrz odbiera nam suwerenność, podczas gdy nasze państwo nie potrafi pokazać tej suwerenności w działaniu wewnętrznym. Po 30 latach nie rozliczeni zostali twórcy stanu wojennego i jego zbrodni, co najlepiej dowodzi niewydolności wymiaru sprawiedliwości.
Podczas gdy prezydent Francji Jacques Chirac został skazany za zwykłe przestępstwo o naturze korupcyjnej, a tamtejsze organy ścigania działały nie bacząc, że chodziło o byłego prezydenta i fakt ten najwyraźniej nie przeszkadzał UE. Polacy wciąż borykają się ze skorumpowanym aparatem władzy w spółdzielniach mieszkaniowych, a młodym ludziom trudno wywalczyć równy dostęp do zawodów. W te sfery UE przecież nie ingeruje.
Trudno zrozumieć, że na potrzeby doraźnej polityki mówienie o suwerenności sprowadza się do emocjonalnych sporów na poziomie symboli. Nie można lekceważyć tej sfery, ona m.in. tworzy tożsamość narodu, ale trudno w tej dyskusji usłyszeć głosy, które suwerenność przykładają do relacji państwo-obywatele, z naciskiem na konkretne losy, konkretnych ludzi.
Realnym problemem jest zagrażający nam kryzys. I nie myślę tutaj wyłącznie o kryzysie gospodarczym, ale także o kryzysie demograficznym, który można nawet nazwać najgroźniejszym wyzwaniem społecznym naszych czasów. Czynione przez niego spustoszenia boleśnie odczujemy w przyszłości.
Kryzys demograficzny w kontekście globalnego kryzysu finansowego niszczy nasz system emerytalny. W razie bezczynności może stać się to co stało się z systemem zdrowotnym, czyli będzie on niewypłacalny. Umiejętność radzenia sobie z wyzwaniami jakie niesie ze sobą kryzys, a przede wszystkim z tym czy państwo zdoła wypłacić obywatelom to, na co przecież pracowali – jest moim zdaniem istotną miarą naszej suwerenności.
W tym kontekście możemy również pytać jak definiować naszą niepodległość? Skoro od co najmniej kilkunastu lat setki tysięcy Polaków, często młodych i wykształconych wybiera pracę i życie na emigracji - w bogatych krajach i tym samym pomnaża systemy emerytalne tych krajów, przesądzając jednocześnie o zapaści naszego systemu?
Mamy swoją historię, jesteśmy narodem, który wydał wielu bohaterów i znakomita większość Polaków jest z tego dumna. Nasza tożsamość stanowi naszą siłę i nikt tego nie podważa. Bądźmy jednak realistami oceniając nasze miejsce w świecie i współistnienie z innymi państwami.
Mówiąc wprost – istotnym wyznacznikiem niezależności jest dziś majątek np. w postaci zasobów surowcowych lub dokonań technologicznych. Siła suwerenności danego państwa jest wprost proporcjonalna do jego potencjału gospodarczego. Dobrymi przykładami są tutaj Szwajcaria i Norwegia. Trudno je posądzać o jakąś wzmożoną aktywność w Europie, a jednocześnie wszyscy się z nimi liczą. Decyduje o tym siła gospodarcza tych państw.
Niechciany petent, czy aktywny beneficjentów?
Trudno oceniać na razie tezy wystąpienia ministra Sikorskiego, podane one zostały do dyskusji na wczesnym etapie wzajemnych uzgodnień między członkami UE. Kształt tych tez zmieni się pewnie jeszcze nie raz, tym bardziej, że niektóre z nich jak najbardziej mogą budzić sprzeciw i liczne wątpliwości.
Dyplomację można określić jako aksamitną, ale twardą walką o swoje interesy. Nie liczy się wyłącznie treść przekazu, ale również jego forma. Istotną korzyścią tego wystąpienia jest w mojej opinii właściwe ustawienie relacji między Polską, a Niemcami, czy innymi państwami, z którymi wewnątrz wspólnoty europejskiej musimy się liczyć.
W skrócie można to ująć następująco: szef MSZ w miejsce Polski-petenta, postawił Polskę-beneficjenta, przedstawiając Niemcom wspólny europejski projekt. Pokazał tym samym, że Polska co prawda korzysta z pieniędzy wspólnoty europejskiej, ale jest jednocześnie aktywnym uczestnikiem życia tej wspólnoty oraz próbuje przejąć inicjatywę i przedstawiać korzystne dla siebie pomysły.
Postawa petenta pokutuje od czasów rządów Leszka Millera, który nawet nie udawał, że chce negocjować naszą akcesję do UE. Biorąc pod uwagę jego ówczesną sytuację polityczną, ten pośpiech nie dziwi. Rząd Millera chylił się ku upadkowi, a oficjalne włączenie Polski do UE jeszcze przed tym upadkiem było dla premiera dobrą okazją do zdobycia popularności.
Przedłużające się negocjacje mogłyby spowodować, że premię za popularność zyskałby kolejny premier. W efekcie, nasza uległość i brak negocjacji powodowały ogromne zdziwienie wśród europejskich włodarzy. I to jest moim zdaniem najlepszy komentarz do tej sytuacji.
Polityka braci Kaczyńskich była już inna, w miejsce uległości zaczęliśmy stawiać warunki, ale wciąż w oczach UE pozostawaliśmy petentem. Natomiast ostatnie komentarze z europejskich i światowych mediów pokazują, że zaczynamy być postrzegani bardziej jako partner niż jako petent. Oczywiście trudno wpadać w zachwyt, bo do realizacji naszych interesów droga jeszcze długa. Ale jest to istotna zmiana, na którą chcąc pozostać intelektualnie uczciwym nie można zamknąć oczu.
Suwerenność oznacza troskę o własny interes
Podejście jakie minister zaprezentował w Berlinie wynika z analizy konkretnych danych. Aby zobaczyć silną zależność Polski na płaszczyźnie gospodarczej od UE i Niemiec, warto zajrzeć do Rocznika Statystycznego Handlu Zagranicznego, materiałów przygotowywanych przez Główny Urząd Statystyczny.
Eksport do krajów UE to prawie 80 proc. całego polskiego eksportu. Z kolei towary sprowadzane do nas z rynków państw członkowskich to 60 proc. polskiego importu. Pójdźmy dalej i ograniczmy dane do wymiany handlowej z Niemcami. Stanowi ona jedną czwartą naszych obrotów handlowych. A jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie handel z krajami UE, nasza wymiana z Niemcami stanowi wówczas jedną trzecią w całej strukturze polskiego handlu.
Jak widać nasze relacje z UE w tym z Niemcami są bardzo silne, mimo że czasami mogą wydawać się politycznie trudne. Jesteśmy jednak związani gospodarczo, a co za tym idzie w pewnym stopniu zależni od wspólnej Europy. Z tego powodu nie mogą być nam obojętne jej losy, podobnie jak nie mogą nam być obojętne nasze stosunki z Niemcami.
Nasz zachodni sąsiad jest bardzo silnym partnerem, z którym niezależnie od sympatii trzeba się liczyć. Co nie oznacza raz jeszcze powtórzę, że trzeba mu się poddać. Mówimy o czwartej gospodarce świata, państwie generującym prawie połowę całego eksportu UE do Chin, czyli do drugiej największej po USA gospodarki świata.
Gdy spojrzymy na dane historyczne, to w dwudziestoleciu międzywojennym Niemcy również były naszym głównym partnerem gospodarczym i nikt o zdrowych zmysłach wówczas nie stawiał byłemu zaborcy zarzutu, że nasze państwo w związku z wymianą gospodarczą było zagrożone utratą suwerenności.
Silna Europa to nasz interes
Krytycy zarzucają, że minister w tym przemówieniu odwoływał się do emocji i to wszystko. To zarzut w stylu mniej więcej takim, że polityk korzysta z internetu i portali społecznościach. Czy odwoływanie się do emocji w komunikacji, która ma na celu polityczną perswazję jest z gruntu rzeczy czymś złym? Poza tym, ograniczenie wypowiedzi Radosława Sikorskiego wyłącznie do emocji jest krzywdzące. Moim zdaniem było to bardzo realistyczne wystąpienie i rozumiem, że ten realizm może trochę nas boleć.
Można oczywiście krytykować i pytać czy wspólna Europa w obecnym kształcie służy rozwojowi wszystkich krajów, jak daleko odeszła ona od swoich pierwotnych założeń. Obecnie UE przybrała kształt „wspólnoty dających i biorących”. Kryzys, który oglądamy i który m.in. spowodował wystąpienie w Berlinie pokazuje, że model Europy socjalnej, wspierającej hojnie państwa członkowskie powoli już się kończy. Wkrótce wejdziemy na nową drogę i dlatego warto aktywnie uczestniczyć w jej budowie. Przynajmniej do momentu, gdy nie powstanie sensowna, ale także realna alternatywa.
Apel Radosława Sikorskiego pokazuje naszą polityczną inicjatywę. Polski minister spraw zagranicznych przemawiał jako swoisty rzecznik państw, które ustępują potencjałem takim państwom jak Francja czy Niemcy. Była to wyrachowana propozycja, bo jeśli na horyzoncie wciąż nie pojawia się inna możliwość realizacji naszych bieżących interesów, to nie ma co kruszyć kopii.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)