Czy wiedziałeś, o przemiły Czytelniku, że istnieje coś takiego, jak Inspektorat Ochrony Roślin i Nasiennictwa? Jeśli tak – gratuluję. Jeśli nie wiedziałeś – nie dziwota, wszak człowiek uczy się przez całe życie, a i tak do końca swoich dni nie uświadomi sobie istnienia rozmaitych instytucji państwowych. W zasadzie zresztą edukacja trwa jeszcze kilka dni po śmierci, bo odpowiednie papierki trzeba złożyć w stosownych miejscach, wyrejestrować się, odhaczyć, zakupić znaczek skarbowy itp. duperele.
Uśmiechasz się? To posłuchaj. Członkiem rady Fundacji Konkurs Pro Publico Bono był Jan Nowak Jeziorański. Ale mu się zmarło, co też niezwykle trudno było przeoczyć, bo w mediach aż huczało od nadmiaru informacji. Niestety, sąd w Krakowie nie zaufał dziennikarskim plotkom i, pod groźbą kary finansowej, nakazał radzie Fundacji podjęcie uchwały o śmierci tegoż Nowaka i wykreśleniu spośród członków szacownego gremium.
Co było robić? Kolegium się zjechało, podrapało w przyprószone dostojną siwizną skronie i fakt śmierci przegłosowało. Nie pomnę tylko, czy jednogłośnie. W każdym razie skutecznie uśmierciło Jeziorańskiego. Nie kpij więc z państwa i jego służb. I „nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”, jak rzecze Pismo (J, 20-31). Obyś nigdy nie musiał umrzeć i użerać się potem z urzędami.
Pozornie to może i trochę bez związku ten przydługawy wstęp, ale gąszcz rozmaitych i absurdalnych przepisów natychmiast przyszedł mi na myśl po przeczytaniu informacji, zamieszczonej na stronie starostwa powiatowego w Tarnowskich Górach. Autorem newsa jest właśnie Wojewódzki Inspektor Ochrony Roślin i Nasiennictwa w Katowicach, a jego treść dotyczy „zasad przemieszczania ziemniaków z Polski do innych państw Unii Europejskiej”.
Z porywającej lektury dzieła – którego autor, nota bene, ani razu nie odwołuje się do podstawy prawnej „Zasad” – wynika przede wszystkim, że nie można bezkarnie wywozić polskich kartofli do pozostałych krajów UE. Jeśli więc ktoś chciałby zabrać do Niemiec lub Republiki Czeskiej siatkę wyhodowanych na ogródku bulw, musi pierwej wyrobić im paszport, zaopatrzyć we właściwe oznakowanie oraz zaświadczenie, że warzywo wolne jest od mikroba o wdzięcznej nazwie Clavibacter michiganensis.
To jednak nie koniec formalności, gdyż w dalszej kolejności jarzyny czeka „ocena organoleptyczna”, której dokonują pracownicy Inspektoratu. Na wyjaśniono wprawdzie na czym badanie polega, domniemywać można jednak, że specjaliści oglądają, obmacują, obwąchują i smakują (na surowo?) każdego kartofla z osobna w nadziei wyniuchania miczigańskiego bakcyla. Nie trzeba chyba dodawać, że zarówno ocena, jak i wydanie paszportu nie są darmowe, a wysokość opłat określa sam minister rolnictwa. Który wszelako z czegoś utrzymać musi resort oraz dwa tuziny inspekcji i służb.


Komentarze
Pokaż komentarze