Pytają mnie ostatnio, czy to kumple z podstawówki, czy to z ogólniaka, czy po prostu chłopaki na mieście, co ja sądzę o tych parytetach i o udziale kobiet w polityce w ogóle.
Kiedy się nad tym zastanawiam, no to myślę, że o kobietach to ja wiem niewiele, tyle co wiem o rodzonej babce, matce, siostrze, żonie i córkach… no bo niby po co mi więcej wiedzieć… Ale to w życiu osobistym, natomiast nie w życiu społecznym, czy też politycznym… więc trudno mi chłopakom z miasta na zadane pytanie odpowiedzieć…
Jak odpowiadam, że nie wiem, no to widzę uśmieszek: „ Taki uczony, na KUL-u szkolony, a nie wie…”. No i żeby tego uniknąć to sięgnąłem z półki Sto zabobonów - książkę o. Józefa Franciszka Emanuela Innocentego Marii Bocheńskiego, dominikanina, filozofa, logika a nade wszystko sowietologa i antykomunisty zawołanego, który co prawda mnie nie uczył, ale jeden, czy dwa z Fryburgu do kraju za żelazną kurtyną przyjechał i na wykład kaznodziei laską wymachującego nie omieszkałem pójść. No więc sięgnąłem po tę książkę, w "podziemniu" onegdaj wydaną, w której to od A do Z, w sposób przystępny wyłożono różne zagadnienia, w tym także krótko o kobiecie napisał autor, co następuje:
„KOBIETA.Wokół kobiet powstały dwa zabobony. Jeden z nich polega na tym, że uważa się ją za człowieka niższego rodzaju, czasem nawet (tak podobno w Koranie)za istotę pozbawioną duszy.Drugi zabobon, przeciwny pierwszemu, uważa kobietę po prostu za mężczyznę i chciałby ją jak najbardziej do niego upodobnić.
Pierwszy z tych zabobonów jest tak dalece sprzeczny z całym naszym doświadczeniem, że nie warto z nim nawet dyskutować. Kobieta jest całkiem oczywiście w pełni człowiekiem, obdarzonym w zasadzie tymi samymi władzami i możliwościami co mężczyzna. Co więcej, wydaje się, że natura ludzka osiąga swój szczyt właśnie w kobiecie, a mianowicie w tzw. matronie, tj. w kobiecie po klimakterium. Wówczas dzieje się coś, co wygląda na chęć wynagrodzenia kobiety za wszystko, co uczyniła dla gatunku w młodości: matrona jest rodzajem nadmężczyzny. Trzeba zupełnie nie znać historii i być ślepym na to, co się wokół nas dzieje, aby móc temu zaprzeczyć. Jedynym problemem, jaki się tu nasuwa, jest, jak było możliwe, by ludzie rozsądni przeczyli w ciągu długich wieków tej oczywistości i odmawiali kobiecie pełni człowieczeństwa.
Drugi zabobon, tosprowadzanie kobiety do mężczyzny.Kobieta jest człowiekiem, ale nie jest mężczyzną - stanowi “drugą stronę” człowieczeństwa. Jej rola w życiu jest inna niż rola mężczyzny. Stąd domaganie się, by kobieta pełniła w społeczeństwie te same funkcje co mężczyzna jest zabobonem. Wypada stwierdzić, że kobieta jest z natury (wystarczy zwrócić uwagę na budowę jej ciała) przyporządkowana do dzieci, które są jej pierwszym i podstawowym powołaniem. Mniemanie, że młoda kobieta powinna się zajmować sprawami, które z natury rzeczy leżą poza jej głównym zadaniem, jest więc zabobonem. Społeczeństwa, które zmuszają kobiety np. do stałej pracy zarobkowej poza domem są prawdopodobnie skazane na zagładę. Ale sytuacja matrony jest zupełnie odmienna.
Wydaje się, że jasne odróżnienie zadań młodej i starszej kobiety jest warunkiem przezwyciężenia tych zabobonów.”
I ja z tym poglądem Bocheńskiego, tak jak z prawie wszystkimi jego poglądami się zgadzam. A zatem, wobec kobiety nie wolno kierować się zabobonami, ani pierwszym, ani drugim. Nie należy jej traktować ani jako rodzaj zwierzątka pozbawionego duszy, ani też za osobę taką samą jak mężczyzna. No, a co zatem z udziałem kobiet w życiu społecznym, zawodowym, politycznym. Oczywiście, należy dopuszczać je do udziału w tych sferach, wiedząc, że ona, będąca osobą przyporządkowaną do rodzenia i wychowywania dzieci, jest mocno ograniczona w możliwościach działania. No chyba, że kobieta po pięćdziesiątce, czyli po klimakterium, czyli, jak to ja określa Bocheński, matrona. Ta tak, ta kobieta jest w pełni zdatna do pełnienia wszelkich funkcji w życiu społecznym, zawodowym, politycznym. Bywają też przypadki, że kobieta z własnej woli pozbawia się pełnienia funkcji życiowych, wybierając staropanieństwo i bezdzietność, ale to są sytuacje wyjątkowe i prawie patologiczne.
Kiedy patrzę za siebie, w tamte lata co mijały, a wraz z nich mijaniem przewijały się kobiety, czy to jako nauczycielki, czy profesorki, czy szefowe, no to najlepiej wspominam i oceniam najwyżej właśnie te matrony, czyli jak pisze Bocheński, kobiety, w których natura ludzka osiągnęła swój szczyt.
I takie kobiety mogą i powinny brać czynny udział w życiu politycznym, nie mam nic przeciwko udziałowi takich kobiet. Pojawia się pytanie, czy w społeczeństwie, kobiet w tym wieku, mających ochotę parać się polityką znajdzie się tyle samo co mężczyzn po czterdziestce. (Uważam bowiem, że tak jak kobieta może zajmować się polityka, kiedy jest po pięćdziesiątce, to mężczyzna może zająć się polityką po czterdziestce, wcześniej bowiem jest gówniarzem, nie znającym życia.) Oczywistym jest, że takich kobiet z trudem znajdzie się tyle, aby wypełniły 25% ogółu biorących w życiu politycznym. O większym procentowym udziale kobiet w polityce nie ma co marzyć.
I to w zasadzie byłoby na tyle, co mogę kumplom z podstawówki, czy też z ogólniaka, tudzież chłopakom na mieście, powiedzieć co ja sądzę o tych parytetach i o udziale kobiet w polityce w ogóle.


Komentarze
Pokaż komentarze