To było w parku, w Łodzi na Widzewie. Było już po Teleexpresie i herbatce, kiedy spacerowałem sobie w tamtejszym parku im. 3 Maja i jakiegoś skauta angielskiego w ciszy popołudnia, dnia ni to roboczego, ni to świątecznego. Św. Jan Chrzciciel kropidłem machał, więc chwilowe rozpogodzenie wykorzystałem na spacerek. Ciszę przerwała głośna muzyka rozrywkowa, która nagle dotarła do moich uszy. Dochodziła z pobliskiej ulicy Małachowskiego i kiedy spojrzałem w jej kierunku dostrzegłem samochód upstrzony jakimiś napisami i twarzą Murzyna. W pierwszej chwili myślałem, że to cyrk przyjechał i w ten sposób się reklamuje. Tak dawniej bywało… Tak klowni zwoływali pod kopułę publikę, by móc czarować naiwnych gagami i sztuczkami… Ale przecież czasy już nie te, żeby cyrk w mieście Łodzi…
Samochód poruszał się wolniutko, więc zdążyłem podbiec w kierunku jezdni, żeby odczytać te bohomazy na karoserii limuzyny… Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że to nie reklama cyrku, ale nazwisko John Godson zdobiło samochód po prawej stronie, zaś z tyłu dopisek „Pracuję dla Łodzi”. Samochód skręcił w prawo i wtedy za przednią szybą dostrzegłem czarną twarz kontrastującą z białym kołnierzykiem, z którego zwisał krwistoczerwony krawat.
A więc to był on sam, za kierownicą, o czym obwieszczał napis na karoserii.
Pomyślałem wtedy o wielu kwestiach, ale przede wszystkim pomyślałem, że to straszny obciach nakleić na karoserii auta swoją podobiznę, podpisać się i wozić się tym autem po mieście... Nawet, a chyba przede wszystkim wówczas, kiedy piastuje się mandat poselski.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)