Z dotychczasowej kampanii wyborczej wysuwam jeden wniosek: akcja Jednomandatowe Okręgi Wyborcze jest inicjatywą chybioną. No bo co mi po jednomandatowym okręgu wyborczym, skoro aby kandydować do parlamentu muszę zebrać kilka tysięcy podpisów...
Nie bardzo też widzę możliwość prowadzenia kampanii w wyborach do Sejmu np. w mieście Łodzi, które poszatkowane by zostało na 9 okręgów... Podobnie jest w wyborach do Rady Miejskiej (8 okręgów) i elektorat gubi się z którego jest okręgu i kto jest u niego kandydatem... Bywa, że po drugiej stronie ulicy jest już inny okręg wyborczy i inni kandydaci. Bałagan widać już teraz w wyborach do Senatu, a wyraża się on w tym, że plakaty kandydatów z okręgu zachodniego widać w okręgu wschodnim.
Zło nie leży bowiem w ordynacji proporcjonalnej, ale w liczbie podpisów, potrzebnej do zarejestrowania kandydata, do której zebrania grupy społeczeństwa zostały zmuszone dyktatem "okrągłego stołu". Społeczeństwo zostało tym dyktatem zniewolone, z czego chyba samo nie zdaje sobie sprawy.
W zasadzie przy ordynacji większościowej sens miałyby okręgi wielomandatowe...
W miejsce akcji Jednomandatowe Okręgi Wyborcze wzywam do akcji na rzecz zmniejszenia ilości podpisów, którymi komitet wyborczy musi się wykazać chcąc zarejestrować kandydata.
Akcję tę nazwę: "Setka podpisów!!! Bo po co więcej?!?!?"
Inne tematy w dziale Polityka