26 obserwujących
70 notek
141k odsłon
  1430   0

Nie tylko Polacy są walecznym narodem

Trzeba przyznać, że Polska od zawsze miała pecha. Jego kulminacją była druga wojna światowa. Nie da się Polakom odmówić waleczności ale zwyczajnie fizycznie niemożliwe było obronienie naszego kraju otoczonego z trzech stron nie mając żadnych dużych naturalnych przeszkód, przed przeważającą armią III Rzeszy. A co dopiero bronić się przed dwoma napastnikami. Historia drugiej wojny światowej z punktu widzenia Polski to ciąg porażek, bólu i cierpienia. Nie da się tego analizować bez emocji. Dlatego dla odmiany proponuję historię innego narodu a mianowicie Finlandii.

Finlandia w okresie międzywojennym była krajem demokratycznym. Ten mały naród od zawsze ścierał się z imperium Rosyjskim i także bolszewicy widzieli ją jako jedną z pierwszych ofiar światowej rewolucji. Pakt Ribbentrop-Mołotow zostawiał sowietom wolną rękę w krajach bałtyckich jak i w Finlandii. O ile jednak kraje bałtyckie nie miały żadnych szans, pozwoliły więc radzieckim dywizjom wmaszerować na ich terytorium, o tyle Finlandia postanowiła powalczyć. O jej waleczności świadczy chociażby liczba wystawionych dywizji. Całkowicie upraszczając przyjmuje się, że kraj może wystawić około 1 dywizję na milion obywateli. To może wydawać się mało (w dywizji jest ok. 10 tysięcy żołnierzy) ale pamiętać trzeba, że dywizja to nie tylko ludzie konkretnie do niej powołani ale cały wysiłek reszty społeczeństwa potrzebny aby ją wyposażyć i wykarmić. Powołanie do armii oznacza także zabranie zasobów ludzkich z gospodarki, dodatkowo ją uszczuplając.

Całkowicie zmilitaryzowany i gotujący się do wielkiej wojny Związek Radziecki potrafił wystawić ok. 300 dywizji na prawie 200 milionów obywateli. Maleńka, czteromilionowa Finlandia wystawiła ich 18. Już to najlepiej świadczy jakiej jakości było to wojsko. Nie było absolutnie żadnej możliwości aby kraj mógł ich powołać i wyszkolić a także wyposażyć jako zawodowych żołnierzy. W dużej mierze były po prostu zmobilizowane organizacje paramilitarne. Żołnierzy z prawdziwego zdarzenia było ok. 30 tysięcy. Finlandia miała też co najwyżej kilkadziesiąt, w większości przestarzałych samolotów oraz niewielką flotę bałtycką.

Przeciwnik rzucił na nią ogromne siły w liczbie prawie pół miliona żołnierzy. Nie ma sensu nawet porównywać nasycenia techniką tych wojsk. Armia czerwona miała tysiące czołgów armat i samolotów. Jej przewaga była po prostu przytłaczająca. Często jako argument na korzyść Finów przytacza się okres walk. Wojna zimowa rozpoczęła się w grudniu 1940 roku. Jednakże właśnie warunki zimowe były w Finlandii korzystne dla strony atakującej. Latem Finlandia to nieprzebyte bagna, lasy, jeziora i rzeczki. Zimą to wszystko zamarza, utwardzając przejazd dla czołgów. Owszem Finowie mieli też umocnienia. Jednakże słynna linia Mannerheima była już przestarzała i mogła obronić się najwyżej przed piechotą. Nie było tam armat przeciwczołgowych a lotnictwo mogłoby rozbić ją w pył. Zapominając nawet, że dało się ją zwyczajnie obejść, podobnie jak linię Maginota. Druga wojna światowa to zdecydowanie nie był okres korzystny dla jakichkolwiek umocnień. Tę wojnę prowadzono manewrowo.

Plany Stalina były piękne. Dywizje pancerne robią wyrwę we froncie i wdzierają się na teren operacyjny Finlandii, praktycznie dzieląc ją na pół. Nic takiego nie nastąpiło. Armia czerwona wyglądała znakomicie tylko na papierze. Mimo, iż plany operacyjne zakładały zmasowane i skoncentrowane użycie czołgów, dyletanccy dowódcy rozkładali te siły uderzeniowe, dokooptowując po kilka czołgów do pułków piechoty. Traciły one swój główny atut, jakim jest siła i tempo natarcia. Niewielkie grupy piechoty grzęzły na zaśnieżonych drogach szybko okrążane i rozbijane przez niezwykle mobilną, poruszającą się na nartach, piechotę fińską. Brak było jakiegokolwiek współdziałania sił a lotnictwo radzieckie okazało się bezużyteczne. Doszło wręcz do tego, że Finowie zaczęli coraz śmielej kontratakować do tego stopnia, że radzieckiemu frontowi groziła katastrofa. Kto wie jak skończyłaby się ta wojna, gdyby Finowie mieli chociaż namiastkę nowoczesnego lotnictwa, która mogłaby zbombardować mosty na radzieckich tyłach, odcinając wrogie dywizje od zaopatrzenia.

Mimo, iż plany radzieckie szybkiego rozprawienia się z Finlandią nie powiodły się, na dłuższą metę nikt nie mógł wygrać z armią czerwoną w wojnie na wyniszczenie. Mimo oczywistych sukcesów, armia fińska była na kolanach, tracąc połowę swojego stanu osobowego. Straty po stronie sowietów były jeszcze większe ale Stalin miał nieograniczone zasoby ludzkie do dyspozycji. Tylko, że kończył mu się czas. Harmonogram radzieckiego przywódcy był jasny. Najpierw Polska, potem kraje bałtyckie, następnie Finlandia. W kolejce czekała już Rumunia, a kto wie czy i nie Turcja. Zaostrzała się też sytuacja międzynarodowa. Stalin nie chciał popaść w otwarty konflikt z aliantami, a i Niemcy po swoich podbojach w Europie coraz mniej przychylnym okiem patrzyli na ZSRR. Stalin musiał więc ustąpić podpisując hańbiące zawieszenie broni. Tak oto wielki kolos przegrał z małą Finlandią. Oczywiście warunki pokojowe były jak najbardziej w stylu Stalina. To żadne tam przesunięcia granicy podyktowane względami obronnymi. Chodziło tylko i wyłącznie o przygotowanie do pozycji kolejnego, przyszłego ataku. Dla Finów ten pokój też był hańbiący, gdyż musieli oddać tereny których armia czerwona nigdy nie zdobyła. Tak kończy się pierwszy akt tej wojny.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura