Jarosław Kapsa Jarosław Kapsa
66
BLOG

Kasacja urzędników

Jarosław Kapsa Jarosław Kapsa Polityka Obserwuj notkę 1

      Urzędników (policjantów i grabarzy) nikt nie lubi, dlatego formą modnego populizmu jest składanie obietnic redukcji stanu biurokracji. Pan Premier Tusk zapowiada uczynienie tego drogą ustawy...Ponieważ wcześniej zapowiadał to poprzez drogę zwykłą, nie ustawową, wyszło mu jak wyszło. Teraz też powinien pomyśleć, bo jedna ustawa problemu nie rozwiąże.
     Insekty legną się z brudu (tak mawiała moja babcia), biurokracja ze złego prawa. Chcą zatem ograniczać biurokrację, trzeba zmienić prawo; skutecznym byłoby: deregulacja, decentralizacja i budżet zadaniowy. Najprostszą formą deregulacji byłoby wrzucanie do niszczarki części ustaw i rozporządzeń (zasada pustki praktycznej: jeżeli po likwidacji wybranej ustawy państwo funkcjonuje, to znaczy, że ta ustawa nie jest niezbędna). Deregulacja to rezygnacja z ingerencji państwa w sprawy, które mogą być regulowane swobodnie zawartymi umowami między obywatelami. Pamiętajmy, że każda taka ingerencja – od narzucenia pomarańczowego koloru placów zabaw dla dzieci po kontrolowanie cen biletów kolejowych lub opłat za energię – wymusza tworzenie etatów urzędniczych dla kontrolerów. 
     Zasada deregulacji dotyczyć też powinna bezpośrednio praw urzędników. W Polsce (i w Europie) utrzymuje się nadal system stanowy. Urzędnicy są więc odrębnym stanem chronionym specjalnymi przepisami prawa pracy. Poważnie powinniśmy zadać sobie pytanie, czy ta odrębność ma sens, czy nie wystarczy ochrona przewidziana w normalnych przepisach Kodeksu Pracy.
     Bez deregulacji nie ma sensu decentralizacja. Zafundowaliśmy sobie bardzo kosztowny system, w którym kompetencje samorządów dublują się z kompetencjami administracji rządowej. Wizualnie to ilustrują potężne gmachy pełne ludzi, stojące obok siebie Urzędy Wojewódzkie i Urzędy Marszałkowskie. Co gorsze – owe potężne instytucje są częściowymi impotentami; decyzje ich zależne są od pracy tysięcy urzędników zatrudnionych w resortach centrali.
     Postulaty deregulacji i decentralizacji nie są rzeczą nową. Nieszczęściem (bardzo kosztownym) jest u nas brak konsekwencji. Po reformie administracyjnej wdrożonej w 1999 r. następowała stopniowa „kontrewolucja centralistyczna”; w wyniku tego jednocześnie przyrastała administracja samorządowa i rządowa. Efekt likwidacji administracji w „starych, małych” województwa został z nawiązką skonsumowany rozrostem administracji w „nowych, dużych” regionach. W dodatku końca tego nie widać; przygotowywane ustawy metropolitalne oznaczają tworzenie nowej struktury urzędniczej.
     Wprowadzenie budżetu zadaniowego (o czym się mówi od kilku lat) może i powinno być częścią deregulacji i decentralizacji. Sztywne przepisy usztywniają biurokratyczną strukturę. Wydatki płacowe urzędu nalicza się wg liczby zatrudnionych, w oderwaniu od rzeczywistego efektu ich pracy. Powoduje to, że każde przekazanie nowych zadań skutkuje wzrostem zatrudnienia, nikt bowiem nie jest zainteresowany przesunięciami wewnątrz struktury urzędu. Rosną różnice kosztów, ta sama prosta czynność – np. wydanie dowodu osobistego – w jednym urzędzie kosztuje 20 zł w innym ponad 40 zł.
     Przejście do budżetu zadaniowego, a tym samym uzależnienia płacy urzędników od rzeczywistej ich efektywności, nie jest jednak możliwe bez zmiany dotyczącego ich prawa pracy. Koło się więc zamyka – nie jest możliwa redukcja biurokracji bez deregulacji i decentralizacji. Niestety, jakie prawo tacy urzędnicy...

 

chciałbym to wiedzieć...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka