W trybie nagłym minister Katarzyna Hall odwołała dyrektora Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. To był już trzeci dyrektor CKE odwołany w ciągu ostatnich dwóch lat. Nie wnikając w konkretne powody decyzji, wypada chwilę podumać nad trudnym losem naszych dzieci.
Szkoła na naszych dzieciach realizuje jakiś program nauczania. Zgodnie z zasadami przyjętej przed dziesięciu laty reformy, efekt kształcenia podlega zewnętrznej ocenie. Kończąc szkołę podstawową, gimnazjum i szkołę ponadgimnazjalną uczniowie zdają egzaminy oceniane przez zewnętrzne komisje. Praca szkoły podporządkowana jest przygotowaniu uczniów do ich zdania. Można więc powiedzieć, że faktyczny program nauczania wyznaczany jest treścią pytań zadawanych na owych egzaminach.
Czy uzyskana w szkole wiedza jest tym, o co nam – rodzicom – chodziło ? Kogo to obchodzi ? Rodzice traktowani tu są jako zbędne ogniwo łańcucha ewolucji, czyli na tyle głupi element, by odebrać mu wpływ na kształcenie dzieci. Czy system egzaminowania docenia rozwój intelektualny dziecka, czy premiowana jest nowatorska praca nauczycieli kształtująca umiejętność myślenia, partnerskiej współpracy czy wrażliwość uczniów ? A w życiu...W ostatecznym rachunku wszystko sprowadza się do wyuczenia prawidłowych odpowiedzi na pytania z testu. Test swoją topornością likwiduje ambicje myślenia. Istotny jest automatyzm w powtórzeniu tez przyjętych przez kogoś tam u góry.
Jak widać ze zmian, co kilka miesięcy może przyjść tam „u góry” jakiś nieznany nam bliżej osobnik, wymyślając wg własnego uznania co nasze dziecko ma sądzić o zjawiskach klimatycznych, przyczynach wybuchu I wojny światowej, czy wartościach zawartych w dziełach Gombrowicza...W tym ostatnim przypadku zjawisko to grozi wibracją nagrobka; twórca nie uleży w trumnie spokojnie widząc masowość automatycznego powtarzania „Gombrowicz wielkim pisarzem był”. Ba, nie tylko ten twórca spokojnie w grobie nie uleży...Kto bowiem z ludzi myślących gotów jest przyjąć jedyną, trafną na 100%, wszechogarniającą prawdę wyjaśniające trzy wymienione tematy ?
Rządzą dziś, podobno, wykształceni historycy. Nieśmiało więc spytam, dlaczego dziecko kończąc niemiecką szkołę dysponuje większą od polskiego dziecka wiedzą na temat strajku w Gdańsku w 1980 r... Ano właśnie...Z dwóch wzajemnie uzupełniających się powodów. Nauka historii w szkole podstawowej zaczyna się od starożytności i kończy w szóstej klasie na współczesności. Tej współczesności już nie uczą, bo muszą dzieci przygotować do testu. Nauka historii w gimnazjum zaczyna się od starożytności i dalej jak wyżej. Nauka w szkole ponadgimnazjalnej...dokładnie tak samo. Test ma kilkadziesiąt pytań, kilka z nich dotyczy Polski po 1945 r. Można zatem sobie odpuścić i skupić na średniowieczu. To pierwszy powód . Drugi ma charakter emocjonalny. Można uzyskać swoisty konsensus dotyczący jedynie słusznej koncepcji dziejów w średniowieczu. Ale spróbujmy metodą testu narzucić jednolitą wykładnie historii naszego kraju po 1945 r. To może się zderzyć z opinią rodziców i ich postrzeganiem znanej im przeszłości. Nikt zaś nie lubi jak mu się dzieci bałwani.
Ponieważ tytuł osoby wykształconej zdobywa jednostka, która zdała pomyślnie wszystkie teksty (od podstawówki do poziomu studiów), zaryzykować można twierdzenie, że wykształcenie ma się nijak do inteligencji. Wystarczy nauczyć się myśleć według schematu wymyślonego przez kogoś na górze...
Kogo ? Nie wiadomo. Zbyt częste zmiany utrudniają wskazanie odpowiedzialnych.
241
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)