Psucie mechanizmów rynkowych przynosi zazwyczaj więcej kłopotów niż korzyści. Dlatego z dozą nieufności traktować należy zmianę ustawy wprowadzające sztywne marże przy sprzedaży leków. Walka z promocjami typu „lekarstwo za złotówkę” ma przynieść podobno miliard złotych rocznie oszczędności w wydatkach NFZ na refundacje lekarstw...
Nie wiem, czy psucie rynku przyniesie oszczędności. Może tak, a może firmy farmaceutyczne wymyślą inne formy promocji swoich wyrobów... Jeżeli jednak jest tak, jak informuje uzasadniając projekt ustawy Minister Zdrowia, że lekarstwa warte miliard złotych trafiają do kosza na śmieci – to poważną winę za ten stan rzeczy ponosi sam minister. Koszty refundacji leków nie wynikają z popytu powodowanego nadmierną promocją aptek. NFZ refunduje tylko leki przypisywane w formie recept przez lekarzy. Rzeczywisty problem w tym, że nikt nie kontroluje tej formy leczenia.
Chory (albo hipochondryk, bo i tacy korzystają z środków NFZ) może korzystać z dowolnej ilości lekarzy z których każdy może zapisać mu dowolną ilość leków. Nie bądźmy zdziwieni, że obecnie szereg osób, obawiając się wynikających ze zmiany ustawy podwyżek cen, odbędzie kwerendę po przychodniach, by móc zgromadzić zapas leków. Identycznie w takich sytuacjach, przed spodziewanymi podwyżkami, gromadzono niegdyś cukier, mąkę czy ryż. Zamiast spodziewanych oszczędności zmiana ustawy przynieść może w pierwszym okresie znaczący, większy wypływ środków z funduszu.
Przyjąć można, że Minister Zdrowia wie co należy zrobić, by rzeczywiście ograniczyć nieuzasadnione koszty refundacji leków. Dziesięć lat temu eksperymentalnie wprowadzono w województwie śląskim elektroniczny rejestr usług medycznych. Każdy zarejestrowany w Śląskiej Kasie Chorych otrzymał kartę chipową. Dzięki tej identyfikacji każda udzielona porada, każdy przypisany lek, zapisywany był w rejestrze. Już po dwóch latach funkcjonowania rejestr przyniósł znaczące korzyści. System wykrywał nadużycia, wykryto – między innymi - dzięki niemu w Częstochowie lokalną aferę z przepisywaniem fikcyjnym chorym drogich leków onkologicznych. Ograniczenie dzięki skutecznej kontroli nieuzasadnionych wydatków spowodowało, że w ciągu dwóch-trzech lat zwróciły się nakłady na wdrożenie systemu.
Śląski rejestr usług medycznych wymyślił i wdrożył ówczesny szef Śląskiej Kasy Chorych Andrzej Sośnierz. Dalej historia potoczyła się politycznie... Gdy rząd SLD zastąpił rząd AWS rozpoczęto polowanie na prawicowego prezesa Kasy Chorych. Sośnierza odwołano ze stanowiska, postawiono mu zarzut niegospodarności przy wprowadzaniu rejestru. Regionalne Kasy Chorych zastąpiono centralnym Narodowym Funduszem Zdrowia. Zarzuty wobec Sośnierza okazały się wyssane z palca. Zcentralizowanie funduszu zniszczyło sens AWS-owskiej reformy usług zdrowotnych. Jak to w Polsce – co jeden polepszył, to drugi spieprzył.
Nie w tym problem. Od czasu doświadczenia ze śląskim eksperymentem każdy kolejny Minister Zdrowia wie, że jest możliwe i korzystne wprowadzenie elektronicznego rejestru usług medycznych. Każdy z nich zdaje sobie sprawę, że jest to jedyna skuteczna forma kontroli nad wydatkami na nieuzasadnione świadczenia medyczne, w tym refundacje leków. Brak systemu (a nie promocje aptekarzy) kosztuje NFZ miliard złotych rocznie.
I co z tego, że wie... Łatwiej kombinując w przepisach psuć rynek, niż wprowadzić skuteczne rozwiązanie. Ludzie nie lubią rynku, więc to dobrze kupią. Skuteczne rozwiązanie popsuć zaś może dobre interesy wielu wpływowych grup.
402
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (14)