Wyobrażam sobie straszny sen zacnej profesor Środy: w wyniku inżynierii społecznej i wrodzonego lenistwa męskiego elektoratu parlament został zdominowany przez kobiety. Niestety, ponieważ większość elektoratu żeńskiego grzeszy tradycjonalizmem, polityczny odcień damskiego parlamentu stał się wyraźnie prawicowy. Większość stanowią „ideologiczne klony” pani Beaty Szydło i Elżbiety Jakubiak, w centrum bryluje Elżbieta Radziszewska, a na lewicy Renata Beger. Niestety, niewdzięczny żeński elektorat odrzucił nie tylko wspomnianą zacną panią profesor, ale nawet wybitną pisarkę Manuelę Gretkowską.
Czy taki feministyczny parlament oznaczałby początek epoki wyzwolenia kobiet? Czy przeciwnie, będzie to dowód zniewolenia, uzależnienia intelektualnego od wpojonego tradycją patriarchatu?
Feminizm nie polega wyłącznie na otwarciu dróg społecznego awansu dla kobiet. Awans jest zaledwie częścią szerszego zamiaru wyzwolenia ludzi z pęt tradycji, budowy nowego, postępowego świata. Kobieta staje się wyzwoloną tylko wówczas, gdy oddaje się w niewolę ideologii socjalistycznej.
Przemilczeć w imię dobra ogółu wypada niewygodne fakty z przeszłości. Polityka historyczna feminizmu świadomie przykrywa rzeczywistą dolę kobiet w latach realnego socjalizmu. Przykrym byłoby wypominanie, że los pań w PRL porównać można do traktowania płci żeńskiej w krajach fundamentalnego islamu. W czasach dzikiego kapitalizmu, w epoce międzywojennej, prawo zakazywało nocnej pracy kobiet i dzieci. Socjalizm odrzucił ten „przesąd”, zakłady włókiennicze stały się obozem pracy niewolniczej, wynagradzanej goździkiem z okazji Dnia Kobiet. Była Liga Kobiet i żłobki, lecz było także upokorzenie dodatkową wielogodzinną pracą w kolejkach, przy zdobywaniu podstawowych produktów. Awans do Biura Politycznego KC PZPR Zofii Grzyb, był wyjątkiem w męskiej dominacji aparatu. Były też kilkakrotne różnice między poziomem płac zawodów „męskich” - górnicy, hutnicy; a kobiecych – włókniarki, ekspedientki, kelnerki.
Brak jest także i dziś wyraźnych dowodów na zmianę stosunku do kobiet w aparacie kierowniczym partii lewicowej. Walczył o przywództwo pan Grzegorz z panem Wojciechem; autorytetami są pan Leszek, pan Aleksander, pan Józef...A gdzie są panie ? Która z nich ma pozycję porównywalną, może nie aż z Joanną Kluzik, ale chociaż z minister Kopacz, prezydent Gronkiewicz-Waltz, poseł Beatą Szydło lub poseł Szczypińską? Gdzie się podziały wyraziste osobowości Izabeli Sierakowskiej, Barbary Labudy; czy kobiety w SLD służą tylko jako paprotki...?
W Częstochowie, moim mieście, rządzi lewica. Jest to więc realny doświadczenie, któremu powinny się przyglądać feministki. Wśród licznie przyjętych zastępców Prezydenta, doradców i innych osób, kobieta jest tylko jedna – asystentka. Nie ma także ani jednej żeńskiej nominacji do rad nadzorczych czy zarządów spółek komunalnych. Czy jest to świadectwo braku kobiecych kadr? Czy może patriarchialnie ukształtowani postępowi działaczy widzą rolę pań, tylko przy robieniu kawy?
Przestańmy się czarować. Nie jest dziś wyróżnikiem lewicy wrażliwość społeczna, nie jest także celem zorganizowanego feminizmu poprawa sytuacji społecznej. Pozostało tylko mesjanistyczne przekonanie, że pewna kasta społeczna powinna dzierżyć władzę, by tym narzędziem przekształcać motłoch w oświeconych ludzi. To i tylko to nazywamy projektem modernizacyjnym.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)