Zadłużyć się do granic niewypłacalności, by dziecku urządzić piękną uroczystość z okazji I komunii...Tak, to się zdarza; zdarza się tak często, że zyskało swoistą akceptację społeczną. Rzadko trafi się ktoś odważny z najbliższej rodziny, z grona przyjaciół, czy z kapłanów przygotowujących dziecko do sakramentu, który powie: „głupia babo, patrz byś miała za co do garnka coś włożyć przez cały rok, a nie rujnowała się dla kilku godzin fałszywego blichtru”.
Ponieważ nasz szanowny rząd, chce zrobić prawie to samo, zadłużyć kraj po to by wszystkim pierwszoklasistom kupić laptopy, dobrze byłoby powiedzieć to samo. Nawet w gorączce przedwyborczej wypada zachować umiar. Modernizacja nie polega na kupowaniu zabawek; zwłaszcza, gdy równocześnie oszczędza się na lekach dla chorych.
Skoro jednak pomysł padł i jest usłużnie rozwijany przez fanatyków modernizacji, to proponuję na to spojrzeć z innej strony. Komputery są zbędne w pierwszej klasie podstawówki, bo to czas żmudnej pracy ołówkiem, uczenia czytelnego pisania liter. To czas przyswajania dziecku umiejętności czytania ze zrozumieniem; trudna to rzecz o czym świadczy rosnąca liczba funkcjonalnych analfabetów. W tym dziecku laptop nie pomoże. Komputer stał się niezbędnym narzędziem dla starszych uczniów: w gimnazjach, w szkołach pogimnazjalnych. Nie zawsze jest to narzędzie pożytecznie wykorzystywane, o czym świadczy zastępowanie czytania lektur szkolnych przeglądaniem bryków z elektronicznych ściąg; czy upowszechnienie pisania wypracowań metodą kopiuj/wklej. Jest to jednak narzędzie powszechne i niezbędne. Uczeń bez dostępu do komputera traci szanse na lepsze oceny. Wymusza to nasz system sprawdzania wiedzy, metoda testów wymuszających schematyczność myślenia.
Czy to oznacza, że państwo powinno fundować laptop każdemu gimnazjaliście czy licealiście? Oczywiście, że nie. Życie poszło tu naprzód bez pomocy rządu. Zdecydowana większość uczennic i uczniów dostęp do komputera i internetu już posiada. Jest jednak możliwe, oczekiwane i przynoszące wymierną korzyść finansową rodzinom, inne rozwiązanie. Skoro uczniowie gros swojej wiedzy wydobywają z sieci internetowej, to może czas odejść od tradycyjnych, papierowych podręczników. Płacąc co roku kilkaset złotych za komplet błyszczących okładkami książeczek dla swoich dzieci, mamy świadomość marnowania cennych złotówek. Szczególną zaś irytacje budzą przeróżne zeszyty ćwiczeń, jednorazowego użytku broszurki za 60-120 zł, o przydatności podobnej jak balsam umarłemu. Kształtowanie inteligencji licealisty za pomocą ćwiczeń w malowaniu mapki kredką jest zaiste dźwignią modernizacji.
Wyobraźmy więc sobie odważnego ministra edukacji, który ogłosi koniec ery papierowych podręczników. Oczywiście, nie od razu, każda zmiana wymaga czasu. Jest on konieczny by stworzyć bogatszą ofertę dostępnych w sieci e-podręczników, by przeszkolić nauczycieli, by stworzyć system wsparcia metodycznego. Co nagle, to po diable, ale warto kiedyś zrobić pierwszy krok.
A może, skoro brak odważnych ministrów, wymusić zmiany w drodze buntu rodziców. Może edukacyjna Tea Party w trosce o swoje portfele, o stan kręgosłupów dzieci i stan ich umysłów deprawowanych treściami podręcznikowymi, w formie protestu spali, wrzuci do Wisły, lub przemieli na surowiec wtórny trochę takowych zbędnych broszurek. Albo przynajmniej niech powiadomi nauczycieli swoich dzieci, że koniec kropka: nie kupujemy zbędnych podręczników.
Bo tu nie chodzi tylko o 400-500 zł rocznie i 5-kg plecak nakładany na małe dziecko. Jest jeszcze rzecz istotniejsza. Podręcznik ogranicza, narzuca jeden, jedynie słuszny schemat wiedzy o danym przedmiocie. Przyszłość wymaga umiejętności samodzielnego wyszukiwania i analizowania faktów, przyszłość wymaga myślenia.
W imię tego warto zrobić rewoltę.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)