Po Polsce pełza modernizacja. Rząd świadomie zrezygnował z rewolucji i reform, słusznie postrzegając niechęć rozleniwionego społeczeństwa do zmian. Ponieważ każda, najdłuższa nawet, podróż zaczyna się od pierwszego kroku, trudno powstrzymać się od entuzjazmu dostrzegając ten pierwszy krok w dziele naprawy transportu kolejowego.
Ustawa deregulacyjna podpisana przez Pana Prezydenta RP przywróciła możliwość sprzedaży piwa w „Warsie”. Podróżując 6 godzin ekspresem InterCity z Warszawy do Gdańska będziemy więc mogli twórczo i kulturalnie spędzić czas nad kufelkiem. W dalszej perspektywie oczekiwać można przywrócenie wyszynku na dworcach kolejowych. I tym sposobem dotrzemy do normalności. Istotnym jest, co muszą przyznać nawet zdecydowani krytycy, że ten kierunek modernizacji przyjęliśmy suwerennie. Żadna dyrektywa Unii Europejskiej nie zmusza nas do stopniowego łagodzenia stanu prohibicji w systemie transportu kolejowego. Zmiany nie naruszają także podstaw bezpieczeństwa zewnętrznego ani wewnętrznego. W dalszym ciągu bowiem utrzymany zostanie zakaz picia przez prowadzących pociągi maszynistów.
Kolej budowano w Polsce korzystając do doświadczeń transportu konnego. Podróżni byli przyzwyczajeni do okresowych popasów, gdzie na stacji przystankowej konie dostawały obrok a ludzie mięsiwo z piwem. Kiedy wybudowano kolej warszawsko-wiedeńską pomieszczenia kolejnych dworców (Skierniewice, Piotrków, Częstochowa, Sosnowiec a nawet słynny dworzec Granica w Maczkach) dostosowane były do funkcji popasu. Segregacja klasowa wyznaczała konieczność prowadzenia restauracji I klasy, II klasy i bufetu dla pozostałych. Były to miejsca opiewane przez poetów, a o ich świetności przekonać się jeszcze i dziś można zwiedzając zachowane pozostałości w Tarnowie czy Przemyślu. Dworce kolejowe wszędzie należały do grona najpiękniejszych budowli publicznych, pasażer czuł traktowany jak ktoś ważny.
Tego się nawet nie da porównać z tymi naszymi, współczesnymi terminalami, gdzie nowoczesność razi chłodem a człowiek czuje się elementem tłumu. Nie da się porównać rozkoszy konsumpcji sznycla popijanego Okocimiem w restauracji na dworcu przemyskim z żarciem w McDonaldzie czy żłopaniem kawopodobnej lury ze Sturbacksa. Między światem dawnych dworców a światem terminali panuje cywilizacyjna różnica większa niż między południową Azją a północną Ameryką.
Wszystko przez to, że społeczeństwo w demokratycznym swoim szale postanowiło zmienić się w hołotę. Hołota wyparła pasażerów z pociągów, chamstwo rozpanoszyło się na dworcach; nic dziwnego, że takiemu rodzajowi ludzkości odebrano prawo picia piwa na obszarze związanym z infrastrukturą kolejową. Odruchem warunkowy każdej władzy jest wprowadzanie prohibicji gdy nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo.
Dworce zostały zajęte przez bezdomnych, pociągi przez kiboli; jednej i drugiej grupie obywatelskiej prohibicja nie przeszkadza. Bywa tak, że alkohol robi z ludzi bydlęta, ale też nie zdarzyło się by prohibicja zmieniła bydlę w człowieka. Co gorsze – zakaz sprzedaży alkoholu spowodował, że w całej Polsce nie uświadczy się na dworcach restauracji, w której można dobrze zjeść. Tym samym przydatność tych obiektów jest bliska zeru.
Na szczęście pełzająca modernizacja Polski dotknęła już strefę kolejową. Są szanse, że dożyjemy dalszych pozytywnych zmian; pod warunkiem, że sami damy szansę temu rządowi by jeszcze z 20 lat porządził. Warto to ludziom uświadamiać, puszczając specjalny komunikat przez dworcowe megafony: Uwaga, podróżni! Wasz wybór, wasza kolej, wybierajmy: albo PiS albo piwo.


Komentarze
Pokaż komentarze