Po kądzieli jestem z Galicji, korzenie moje tkwią w ziemi przy ujściu Raby do Wisły. Moja matka urodziła się w Uściu Solnym, wsi o prawdopodobnie największym rynku w Polsce. Z dumą dziś szczycę się, że sto lat temu mój przodek wybrany został komendantem uścianej Straży Ogniowej.
Straż w tej mojej wsi utworzono w 1881 r. Mieszkańcy w czynie społecznym wybudowali szopę, w niej umieścili zakupione sikawki i beczki na wodę. O wybuchu pożaru alarmował lokalny policjant biciem w bęben i miejscowy proboszcz bijąc w kościelne dzwony. I choć to wspomnienie brzmi sentymentalno-komediowo, tak właśnie tworzyło się społeczeństwo obywatelskie, tak tworzyła się solidarność.
Było bowiem tak, że chłop galicyjski uwolniony z pańszczyzny, nie przyzwyczajony do samodzielnej pracy na swoim, w pijaństwie się pogrążał, niczym znani nam współcześnie eks-pegeerowcy. Między wsią a dworem była przepaść wykopana dramatem rzezi 1846 r i kłótniami o serwituty (prawo korzystania z dworskiego lasu i pastwisk). Ksiądz stał po stronie pana, chłopa bronił austriacki urzędnik; Polska przez to uważana była za pańską fanaberie. Bieda do tego była na wsi, przysłowiowa, galicyjska; o kawałek chleba sąsiad sąsiada, a nawet brat brata gotów był zarąbać. Na tym tle widzieć trzeba, jakim krokiem milowym było dobrowolne zrzeszenie się w imię dobra wspólnego, tak by ta rzecz wspólna (pospolita) zabezpieczała każde dobro indywidualne. Przekonanie, że nie można być obojętnym wobec nieszczęścia sąsiada; dostrzeżenie, że solidarnie można uchronić się i obronić przed nieszczęściem, przekształciło wiejskim tłum w wspólnotę. Potem wszystko było łatwiej: wzajemna pomoc w praktyce wyrażała się tworzeniem Kasy Stefczyka, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, świetlicą i biblioteką, wspomaganiem wdów, sierot i kalek. Wspólnota wiejska potrafiła inwestować w najzdolniejszych, pomagając materialnie w zdobywaniu przez nich wyższego wykształcenia. Opłacalne bowiem było mieć swoich nauczycieli, księży, adwokatów, specjalistów od finansów i agrokultury. Tak stopniowo, od dołu, tworzyły się sieci wsparcia. Chłop stawał się obywatelem, bo brał na siebie obywatelską współodpowiedzialność za swoją małą Ojczyznę. Przez to dojrzewał do odpowiedzialności za Rzeczpospolitą.
Nie w każdej wsi, i nie w każdym zaborze procesy takie odbywały się w jednakowy sposób i jednakowym tempie. W zaborze pruskim ważniejszą rolę odgrywały kółka rolnicze i inne ekonomiczne formy współpracy. W rosyjskim szlachta i wywodząca się z niej inteligencja niosła w lud kaganek oświaty. Lecz w tej czy innej formie odbywał się w końcu XIX w. wielki proces budowy społeczeństwa obywatelskiego.
Było też w tym charakterystyczne, że procesy takie następowały ćwierć wieku po uwłaszczeniu chłopstwa. Chłop otrzymał własność, lecz dopiero po upływie pokolenia posiadanie własności prywatnej stworzyło poczucie odpowiedzialności. To nie ludzie wychowani w czworakach, lecz urodzeni we własnym domu; nie parobcy pracujący dla pana, lecz dla siebie na swoim, dopiero to pokolenie dojrzało sens dobra wspólnego. Pracować uczciwie dla siebie i zbiorowości; solidarność ze swoimi bez nienawiści do obcych; czcić pamiątki przeszłości...taki katalog powinności sformułowany w latach 70-tych XIX w przez poznański „Dziennik Polski”, kierowany mógł być tylko do ludzi wolnych i odpowiedzialnych.
Z sentymentem co roku, w początkach maja, widzę z okna podążające na Jasną Górę zastępy strażaków, przybywające tu na świętego Floriana. Cieszę się, że ochotnicze straże pożarne nadal odgrywają dużą rolę w życiu publicznym. Jednocześnie mam wrażenie, że to co było obywatelskie na wsi wyparte zostało przez to co jest urzędnicze. Upaństwowienie życia społecznego w latach PRL zabiło umiejętności samoorganizacji. Próby odbudowy obywatelskości w okresie wolnej Polski krępowane są nadal urzędniczą opiekuńczością. Lecz zły ustrój to nie wszystko. Może potrzebny jest czas, by dojrzało pokolenie wychowane we własnym domu, przyzwyczajone do pracy dla siebie na własnym dobytku. Może demokracja wymaga oparcia nie tylko na fundamencie wartości, lecz także na własności prywatnej...Tak jak potrzebny był czas i upowszechnienie odpowiedzialności za swoje, by zmienić Jakuba Szelę w Wincentego Witosa.


Komentarze
Pokaż komentarze