Jarosław Kapsa Jarosław Kapsa
286
BLOG

Tak nie wypada

Jarosław Kapsa Jarosław Kapsa Polityka Obserwuj notkę 1

 Sądzić można, po werbalnych odgłosach, że pan minister Rostowski i jego pomysł ograniczenia deficytu finansów publicznych poprzez przyduszenie samorządów ma poparcie przynajmniej posłów z PO. Chcą oni, lub chcieć powinni, by samorządy ograniczyły zatrudnienie w administracji oraz wydatki bieżące i przestały się zadłużać. 

Jednocześnie ci sami posłowie przyjmują ustawę o rodzinach zastępczych, która w tej wersji jaka przyjęta została w Sejmie, generuje powstanie 50 tys nowych miejsc pracy w administracji samorządowej. Taki byłby skutek zapisu o obligatoryjnym zatrudnianiu asystentów rodzinnych. Senat, na szczęście, obligatoryjność zmienił w fakultatywność; ustawa wiec w tym punkcie będzie po prostu martwa, bo samorządów nie stać na realizację. Wspomniana ustawa nie jest wypadkiem przy pracy – to kolejna ustawa narzucająca wzrost kosztów samorządom. Wspomnijmy tu także ustawę żłobkową, ustawy „oddłużające” szpitale, nowe normy prawne dotyczące pomocy społecznej czy przeciwdziałaniu bezrobociu. W ciągu ostatniego roku oszczędności rządowe wymuszone przez kryzys nie ograniczały szlachetnych chęci czynienia ludziom dobrze za pieniądze samorządów.
Poważne potraktowanie problemu ograniczania wzrostu deficytu samorządu wymagało by wprowadzenia swoistego moratorium: zamrożenia na określony czas wszelkich działań skutkujących wzrostem wydatków z budżetów lokalnych. Niestety, na takie rozwiązanie nie stać polityków przed wyborami. Należałoby bowiem wówczas zrezygnować także z podwyżek dla nauczycieli, bo w każdej złotówce podwyżki 20 groszy jest wydawanych nie z subwencji, lecz z środków własnych gmin i powiatów.
W pierwszej połowie lat 90-tych samorządy bez większego wysiłku, bez sprzedaży majątku i bez zadłużenia mogły ok 20% swoich wydatków przeznaczać na inwestycje. Obecnie najbardziej oszczędni i gospodarni są w stanie wygenerować nie więcej niż 5%. Bez zadłużanie inwestycje miejskie nie zrównoważą stopnia amortyzacji istniejącego majątku, można więc wówczas mówić o zwijaniu a nie o rozwoju miast. Pytaniem jest jednak otwartym, czy rzeczywiście wszystkie inwestycje są niezbędne, czy nie mamy niekiedy do czynienia z powtórzeniem przeinwestowania z czasów Gierka – budowaniem dla samej satysfakcji (i korzyści politycznej) z przecięcia wstęgi.
Nie w każdym mieście musi być filharmonia, nie każda wieś potrzebuje nowej szkoły z salą gimnastyczną. Potrzeby dyktowane aspiracjami są nieograniczone – zawsze i wszędzie każda społeczność chce mieć czegoś więcej niż społeczność sąsiedzka.  
Ograniczenie mechaniczne w/g reguły Rostowskiego grozi uwiądem samorządów. Niebezpieczne są kompromisy, typu prawo handlu niewykorzystanym limitem deficytu, czy przyzwolenie na zwiększanie limitu dla współfinansowanych inwestycji unijnych. To pierwsze dla niektórych może być zachętą  zwiększania wydatków bieżących, finansowanych zyskami ze sprzedaży limitu. Wydatki bieżące mają to do siebie, że łatwo się je zwiększa, bardzo trudno ogranicza. Druga metoda, premiowanie wykorzystania środków unijnych,  też  nie jest dobrym rozwiązaniem. Samo pozyskanie środków nie jest gwarancją racjonalności inwestycji. W dodatku  ten system może rodzić niezawinione kary. Gmina startując do konkursu o środki UE wydaje stosunkowo duże pieniądze na projekt, wykup terenu, przygotowana formalno-prawne. Brak sukcesu w konkursie grozi utratą zainwestowanych w przygotowanie środków. Dlatego gminy decydują się i tak realizować przygotowaną „pod konkurs”niezbędną inwestycję, szukając na to środków w bankach. Po wejściu w życie reguły Rostowskiego taką możliwość stracą.
Czy możliwy jest kompromis między dążeniami Rostowskiego a interesem samorządów? Zazwyczaj jak ludzie rozmawiają dochodzą do jakiegoś kompromisu. Tylko trzeba chcieć rozmawiać. Osobiście uważam, że dobrym mechanizmem ograniczenia deficytu finansów publicznych byłoby nałożenie na samorządy i wszelkie inne instytucje publiczne wędzidła racjonalności. Ograniczeniem podstawowym powinna być zdolność spłaty, a więc nadwyżka operacyjna dwukrotnie wyższa niż ciężar obsługiwanego zadłużenia. Z tego też wynika inna zasada: przygotowując inwestycje koniecznym jest uwzględnienie jakie ona w przyszłości rodzi koszty budżetowe (ile będzie kosztowało utrzymanie nowej szkoły, filharmonii, drogi, stadionu).
Konsekwentne trzymanie się tej zasady prawdopodobnie przyniosłoby dla finansów publicznych efekt podobny jak wdrożenie reguły Rostowskiego. Ale....
Właśnie....Przez trzy lata rząd w najmniejszym stopniu nie analizował racjonalności wydatków publicznych. Potrzebne były stadiony na Euro2012, mamy stadiony i stadioniki-orliki. Potrzebne był gest patriotyczno-kulturalny – mamy nowe wielkie muzea i filharmonie w budowie. Potrzebne żłobki i przedszkola...itd, itd, itd....Bez cienia zawahania kto to wszystko ma utrzymać.
Kiedy rodzina w trudnej sytuacji stara się o dodatek mieszkaniowy, musi przyjąć pracownika socjalnego udzielające mentorskich rad: nie masz na czynsz, sprzedaj samochód albo telewizor, zatrudnij się na drugi etat, zażądaj alimentów od dzieci...Niestety, wielu instytucjom publicznym, w tym także samorządom, przydałby się taki mentor narzucający materialne ograniczenia aspiracji rozwojowych. Nie może być to jednak „siekiera”, tnąca głowy winnych i niewinnych, tylko taki twardy i mądry mentor. 
Zamiast takowego mamy ministra Rostowskiego. To za mało.        
 

chciałbym to wiedzieć...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka