Wsteczność, postępowość, jakie to ma znaczenie...wszystko jest relatywne. Pasjonujący pana Grzegorza Napieralskiego (i kilkunastu jego kolegów oraz koleżanek) temat związków partnerskich można umocnić historycznym przykładem. W różnobarwnej I Rzeczpospolitej było wszystko, nawet jedyna w swoim rodzaju w historii nowożytnej republika homoseksualistów. Nie mogę, przez wzgląd na prawdę, określić owego tworu jako demokracji gejowskiej; bliższym odzwierciedleniem tej tradycji były formacyjne więzi w niemieckiej SA.
Sicz Zaporoska, niezależna i samorządna republika Kozaków, była państwem bez kobiet i mimo to przetrwała blisko 200 lat. Problemy demograficzne rozwiązywano werbunkiem ochotników, porwaniami i adopcjami. Zgodnie (lub niezgodnie) z naturą młodzi służyli swym ciałem starszym, zanim sami nie awansowali na poziom odbiorców służby. Taki barwny obraz Siczy poznać możemy z niezrównanej książki Jędrzeja Kitowicza, któraż to lektura upowszechniana być powinna w nie mniejszym stopniu od Sienkiewiczowskiej Trylogii. Przywiązanym do Sienkiewicza trudno pogodzić się z wizją pana Biedronia w roli Bohuna, lecz u Kitowicza nie takie rzeczy się działy.
Zauważmy jednak, bardzo delikatnie, że określenie Kozak rejestrowy nie wiązało się z rejestracją związków partnerskich. W homo-republice siczowej panowała w tej sferze pełna wolność (do pewnych granic, bo za stosunek z kobietą można było dosłownie łeb stracić).
Dziś też dziwić może logika, dlaczego ktoś chce rejestrem uszczęśliwić ludzi, którzy wybrali wolny związek. Jeżeli przy tym chodzi o pary heteroseksualne, to jaka dla nich jest różnica między rejestrowaniem się u urzędnika w USC, a u urzędnika w jego kancelarii notarialnej...Są pary, dla których wolność to ucieczka od odpowiedzialności; każda forma urzędowej rejestracji jakąś odpowiedzialność wymusza.
Przeszłość jest jak hipermarket, możemy dowolnie czerpać z niej różne wzorce. Wszystko już było, zwłaszcza w sferze seksu trudno być nowatorem. Doświadczenie przeszłości jest jednocześnie jak sito w rękach poszukiwacza złota, pozwala odrzucić brud i doszukać się w szlamie samorodków. Nie dewiacje, lecz okiełznanie żądz, cechowały człowieka cywilizowanego. Cywilizacja rodziła się przez rodzinę, przez dobrowolne przyjęcie przez dorosłych ludzi odpowiedzialności za swój byt wspólny i wychowanie potomstwa. Nie seks, lecz dzieci scalały rodzinę; one wymuszały racjonalne planowanie przyszłości, świadomą rezygnację z zaspokajania egoistycznych potrzeb, troskę o posiadaną własność i dobre imię.
Rodzina to temat nudny, banalnie zwyczajny. Można więc swobodnie deptać jej prawa i godność. O wychowaniu dzieci może decydować każdy, prócz ich rodziców. Państwowa biurokracja zwiększa swoją ingerencję pod pozorem obrony dziecka przed autorytarną władzą matek i ojców. Władza nie ma oporów by użyć siły przymuszając rodziny do zachowań zgodnych z przyjętym przez rządzących modelem życia. Ale takie stale powtarzające się i zwiększające przypadki łamania podstawowych praw ludzkich, nie budzą protestu. Rodzina to przecież zaprzeczenie indywidualnych swobód, więc nie ma wolność dla wrogów wolności. Nie ma praw dla ciemnoty. Nie ma zgody by ciemnogród zarażał młodzież wiarą w przesądy i zabobony.
W XVII w. wolny Kozak na Chortycę uciekał, by tam w republice homoseksualnej szukać drogi do szczęścia. Gdzie w XXI w. ma chronić się rodzina broniąca swych praw i wolności....


Komentarze
Pokaż komentarze