0 obserwujących
71 notek
89k odsłon
657 odsłon

O radości, iskro bogów!©

Wykop Skomentuj31
Nie sądziłem nigdy, że tworzenie biblioteki internetowej (Wolnelektury.pl, zapraszam) może naprowadzić kogoś na trop gigantycznej afery. Tak się jednak stało. Wykryliśmy – z kilkoma osobami – potężną aferę, która z pewnością odbije się szerokim echem. Aferę związaną z masowymi naruszeniami praw autorskich przy wykonywaniu hymnu Unii Europejskiej.
Nie wierzycie, prawda? Jak można naruszyć prawo autorskie, odśpiewując hymn EU? W końcu jest to czynność w wielu wypadkach wręcz obowiązkowa. Otóż nie tylko można, ale także skala tych naruszeń jest wręcz nieprawdopodobna. Zaś odpowiedzialny za ten stan rzeczy jest także polski rząd, ze szczególnym uwzględnieniem Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej.
Ale po kolei. Hymnem Unii Europejskiej jest, jak powszechnie wiadomo, „Oda do radości” z końcowych części IX Symfonii Ludwika van Beethovena. Hymnem Unii Europejskiej nie jest natomiast znany poemat Fryderyka Schillera „Oda do radości”. Jest nim wyłącznie wersja instrumentalna. Ponieważ Beethoven zmarł w roku 1827, a prawo autorskie obowiązuje przez 70 lat po śmierci autora, to teoretycznie problemu nie ma.
Praktycznie jednak problem jest, bowiem „Odę do radości” nie tylko się gra, ale też – o zgrozo – śpiewa. Śpiewa... masowo. Google potwierdza: śpiewa się na otwarcie i zakończenie roku szkolnego, śpiewa podczas uroczystego rozpoczęcia i zamknięcia zawodów sportowych, śpiewa podczas odsłonięć, przewodów, awansów i odznaczeń. Śpiewa się chóralnie. Czasami nawet śpiewa się rekordowo, jak podczas parady zorganizowanej przez Fundację im. Schumana, kiedy to bito rekord do Księgi Guinessa w najtłumniejszym odśpiewaniu hymnu Unii Europejskiej. A jak się śpiewa, to także nagrywa, odtwarza, publikuje i rozpowszechnia. I to już jest zakazane.
Bo jak się śpiewa, to korzysta się ze słów Schillera. Schiller zmarł w roku 1805, więc Niemcy mogą się nie przejmować, prawa autorskie wyekspirowały w roku 1875. [Jak słusznie zwracają uwagę komentatorzy prawa do Schillera nie mogły w ogóle wyekspirować, bo wtedy... nie istniało prawo autorskie. Prawo autorskie to pomysł z końca XIX wieku i miało początkowo stosunkowo króŧki okres obowiązywania. Okres 70 lat w Polsce obowiązuje też dopiero od roku 2001]. Jednak my, Polacy, śpiewamy nie Schillera, ale jego tłumaczenie pióra Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Tłumaczenia podlegają takim samym restrykcjom, co oryginały. Gałczyński zmarł w 1953 r. Co oznacza, że w pełni legalnie będziemy mogli tekst do hymnu Unii Europejskiej wykorzystywać w roku 2024. Za – bagatelka – 17 lat.
Na razie jednak zapytuję wielkim głosem: czy ktoś weźmie się wreszcie za to szokujące piractwo? Czy ktoś zmusi UKIE, by usunął ze swoich stron tłumaczenie Gałczyńskiego, by nie zachęcać już więcej do masowych naruszeń? Tak zrobili wikipedyści, gdy tylko dowiedzieli się o potencjalnym problemie prawnym, można więc chyba wymagać tego samego od urzędników? Czy ktoś wreszcie zacznie ściągać należne opłaty na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania od szkół, związków, organizacji, stowarzyszeń, kościołów i urzędów, które w swoich publikacjach masowo naruszają majątkowe prawa autorskie Gałczyńskiego?
A może – w to nie wierzę, ale może – ktoś pójdzie po rozum do głowy i zacznie się zastanawiać nad sensem istnienia tak absurdalnie restrykcyjnego prawa autorskiego? Albo przynajmniej nad wyjęciem tego tłumaczenia spod jego działania? Bo nie chce mi się czekać 17 lat na możliwość legalnego opublikowania w internetowej bibliotece słów „O, radości, iskro bogów, kwiecie elizejskich pól”. I chyba jest to racjonalne.
Wykop Skomentuj31
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale