Janusz Tarasiewicz usunięty z szeregów klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości - ta informacja ostatnio zelektryzowała każdego, kto interesuje się lokalną polityką. I prawdopodobnie nikogo szczególnie nie zdziwiła. Oficjalnie radny rozstaje się z klubem z powodu "zaległości finansowych". Powszechnie wiadomo jednak, że Janusz Tarasiewicz od dawna stawał okoniem względem polityki prowadzonej przez jego macierzysty klub i od dawna niektóre z jego działań budziły konsternację wśród klubowych kolegów. Opinia publiczna uważała go albo za buntownika w imię lepszej sprawy, albo za pieniacza, który żadnej sprawy nie potrafi doprowadzić do końca. Sam zainteresowany określał się jako człowiek niezależny i bezwzględny w tropieniu nieprawidłowości władzy. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku a ocena działalności radnego Tarasiewicza jest sprawą indywidualną. Niemniej jednak w kontekście pozbawienia go członkostwa w klubie PiS dziwić może, że zrobiono to dopiero teraz.
Wśród niektórych radnych pokutuje przekonanie, że Prawo i Sprawiedliwość było potrzebne Tarasiewiczowi jedynie jako "nośnik", czyli po prostu lista, z której wystartuje i która pozwoli mu na kolejną kadencję zasiąść w radzie miasta, by potem realizować przede wszystkim własną politykę walczenia z każdym przeciwko każdemu. I chociaż już nieraz w mniejszym lub większym stopniu radny stawał w opozycji do oficjalnego kursu swojego klubu to na jego ukaranie zdecydowano się dopiero teraz. Prawdopodobnie jest to wynik rozgrywek w łonie koalicji Wspólnoty Samorządowej i PiS-u. PiS, który tuż po wyborach z własnej woli zredukował się z siły politycznej do roli klakiera polityki prezydenta Janeckiego prawdopodobnie nie mógł sobie dłużej pozwolić na to, by ktokolwiek sypał piach w tryby politycznej machiny rządzącej Jastrzębiem. Tym bardziej, że do wyborów i rozpoczęcia kampanii wyborczej nie pozostało zbyt wiele czasu.
Summa summarum, PiS pozbywając się Tarasiewicza wyświadczyło mu ogromną przysługę, bo on sam może teraz bez zahamowań kreować się na pokrzywdzonego, który musi zapłacić za swoją niepokorność i niezależność. Dał temu wyraz w wypowiedziach medialnych, gdzie odniósł się do rzekomych zaległości finansowych: - Znaleziono temat zastępczy. Autentyczny powód to m.in. złamanie przeze mnie dyscypliny klubowej w czasie głosowania. Chciano złamać moje sumienie – stwierdził w jednym z wywiadów. To prawdopodobnie przysporzy mu kolejnych wyborców, których urzeknie nimb buntownika i utrwali przy nim dotychczasowy, twardy elektorat.
Sam PiS na wyrzuceniu Tarasiewicza też nie będzie stratny, bowiem pozbywa się w ten sposób głównego hamulcowego koalicji WS-PiS. Klub będzie musiał jeszcze uporać się z zarzutami o złamanie własnego statutu (wykluczenie Tarasiewicza miało rzekomo odbyć się z naruszeniem klubowych procedur). Niezależnie czy są to zarzuty słuszne czy nie, dla Tarasiewicza miejsca w PiS nie ma i zarówno dla niego jak i byłego klubu jest to sytuacja bardzo wygodna. Pytaniem otwartym pozostaje to czy radny zdecyduje się na związanie z jakimś klubem (pytanie tylko jakim?), czy w przyszłych wyborach wystartuje jako kandydat niezależny.
Inaczej całą sytuację ocenia Sławomir Żmudziński z Niezależnej Inicjatywy Mieszkańców. Poproszony o komentarz stwierdził: - Wykluczenie Janusza Tarasiewicza pozostanie prawie bez znaczenia na kształt bieżącej polityki lokalnej. Nastąpi zapewne zaostrzenie retoryki ze strony radnego Tarasiewicza, ale nie będzie miało to przełożenia na podejmowane przez radę miasta decyzje. Natomiast sama decyzja o wykluczeniu Janusza Tarasiewicza została podjęta już dużo wcześniej. Przez ostatnie miesiące natomiast toczyła się między zainteresowanymi batalia o to kogo obciążyć winą za rozstanie i sprzeniewierzenie ideom PIS-u. Zwycięzcą tej walki został bezwarunkowo Janusz Tarasiewicz, który mimo sporych różnic z kierownictwem partii nie odszedł z klubu i wytrzymał tę swoistą grę nerwów. Panowie Sławik i Andrzej Matusiak popełnili w tej grze dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze podając zaległości finansowe jako powód wykluczenia, w który nikt nie wierzy włącznie z elektoratem PIS-u, a o ten elektorat toczył się bój, zmniejszyli swoją wiarygodność. Tu górą jest Tarasiewicz, który wskazuje na różnice programowe, jako rzeczywisty powód wykluczenia. Nie bardzo rozumiem dlaczego Sławik i Matusiak nie wskazali faktycznego powodu. Byłoby to dla nich korzystniejsze z uwagi na wspomniany element winy za rozstanie. Po drugie wykluczenie Janusza Tarasiewicza sprowokuje, iż jego krytyka nie będzie się ograniczała wyłącznie do administracji prezydenta Janeckiego, jak to było obecnie, ale radny stanie w opozycji wobec całej koalicji, w tym również do kierownictwa partii, wobec którego w dotychczasowych warunkach nie mógł sobie pozwolić na otwartą krytykę. Jeżeli Tarasiewicz będzie konsekwentnie, jak to czyni do tej pory, podkreślał wierność ideom PIS-u, obwiniając, zresztą słusznie, swoich dotychczasowych kolegów za sprzeniewierzenie się tym ideom, musi to spowodować odejście z PIS-u kilkuprocentowego elektoratu niezdecydowanego. PIS poniesie tutaj stratę, nawet jeżeli w przyszłości miałby jej nie skonsumować sam Tarasiewicz. Korzystniejsze, w mojej ocenie dla PIS-u było przedłużanie niedawnego stanu aż do wyborów. Wówczas wystarczyło nie wystawić Tarasiewicza na listę kandydatów. W gąszczu informacji fakt ten szybko by się zdezaktualizował i PIS wyszedłby ze współpracy z Tarasiewiczem z mniejszymi stratami. Co do przyszłości, w mojej ocenie, beneficjentem wykluczenia będzie wyłącznie Tarasiewicz. Panowie Sławik i Matusiak liczą, że znalazł się on w sytuacji patowej i w przyszłych wyborach nie będzie miał z jakiej listy wystartować. Założenie jest błędne. Podejmując decyzję o pozbycie się Tarasiewicza już teraz, kierownictwo PIS dało mu dostatecznie dużo czasu na zaplanowanie swojej kariery. Mniej bym się zdziwił gdyby w przyszłej radzie zabrakło Tadeusza Sławika niż Janusza Tarasiewicza. Ale to czas pokaże.
Minister Osiedlowy
651
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)