Książkę Jerzego Brandesa „Polska” kupiłem w jednym z łódzkich antykwariatów przypadkowo. Zwróciłem uwagę najpierw na oprawę wydawniczą wykonaną dla lwowskiego wydawnictwa H. Altenberga, zwłaszcza na ładnego srebrnego orła na licu okładki. Nie znałem wówczas ani książki, ani jej autora. Jednak już pobieżne przekartkowanie dało mi przedsmak, tego co jest w środku. Wspaniały opis przekraczania granicy Cesarstwa Rosyjskiego w 1885 roku skojarzył mi się natychmiast z markizem de Coustine i jego „Listami z Rosji”. Stwierdzenie urzędnika granicznego iż Wszystko, czego ja nie znam jest zakazane (chodziło o dwie książki w języku francuskim, którym to językiem „uriadnik” nie władał), oddawało istotę myślenia carskich służb w dwadzieścia lat po stłumieniu powstania 1863 roku. A dalej było jeszcze smaczniej, bowiem zaczęła się rewizya. Wyjmowano każdą broszurę, każdą książkę i odkładano na bok; wyciągano każdą gazetę, nawet te, w które zawinąłem buty, wygładzono starannie i układano w osobną paczkę. Zapytano mnie o język w jakim są drukowane i ich treść. Ponieważ moje odpowiedzi okazały się niewystarczającemi, zabrano mi wszystkie druki wydając wzamian pokwitowanie na 15 funtów literatury.
Jerzy Brandes przyjechał do Królestwa Polskiego w celu wygłoszenia trzech odczytów na temat polskiej literatury. Warszawa liczyła wówczas ok. 400.000 mieszkańców. Miasto, które - jak zauważył duński pisarz - w zeszłem stuleciu było ono po Paryżu najświetniejszym miastem w Europie; - obecnie jest prowincyonalnem miastem rosyjskim. Zbytkowne niegdyś i wspaniałe miasto stało się teraz zaniedbanem i upośledzonem. Z każdym dniem upada ono coraz bardziej, a dla jego zewnętrznego rozkwitu i rozwoju władze nic nie czynią. Serce się kraje na widok tych nędznie brukowanych ulic albo owych okropnych figur z piaskowca, zdobiących ogród Saski (...)
Jerzy Brandes przypomina także tragiczny los warszawskich pomników. Pomnik Kopernika niszczał pokryty błotem, pomnik ks. Józefa usunięty po powstaniu listopadowym został przewieziony do Homla. Jednak nie wszystkie pomniki obracały się w niwecz, były i wyjątki dwa są tylko w Warszawie dobrze utrzymane pomniki: pierwszy – to kolosalny pomnik Paszkiewicza na Krakowskim Przedmieściu, głównej ulicy Warszawy, wystawiony przez wdzięcznego cara, temu co był „wierny, czynny i sprawny jak knut w ręku kata” (Mickiewicz) i we wrześniu 1831 r., gdy ostatni bohaterscy obrońcy powstania sami wysadzili się w powietrze, zdobył szańce i wziął miasto. Drugi to wielki obelisk z żelaza z wypisanemi na wieczną pamiątkę nazwiskami Polaków, którzy w 1831 r. zdradzili ojczyznę i za to przez swych rodaków zostali powieszeni lub rozstrzelani. Na wspaniałej granitowej podstawie spoczywają cztery lwy metalowe. Dookoła, u stóp obelisku błyszczą obrzydliwe, heraldyczne orły dwugłowe nadnaturalnej wielkości. Napis po polsku brzmi: Polakom poległym za wierność swemu monarsze.
Brandes opisuje także codzienne życie Warszawy, spotkania z Polakami, którzy gościli przybyłego z Danii wielbiciela polskich romantyków. Trzeba przyznać, że polską gościnnością był oczarowany. Opisując swoje wrażenia nie pominął także naszych wad narodowych, tłumacząc nawet duńskiemu czytelnikowi znaczenie typowo polskiego powiedzenia jakoś to będzie.
Ze wspomnień przebija podziw dla Polaków, narodu będącego od stu lat w niewoli i walczącego o utrzymanie polskości we wszystkich przejawach życia społecznego. Widać też niechęć do carskiej Rosji, kraju totalitarnego, zarządzanego przez prymitywnych, skorumpowanych urzędników, za którymi stoi wyłącznie siła militarna, zaś ceną za samodzielne myślenie jest Sybir.
Książka, ta została wydana w 1898 roku i od tej pory nie miała wznowień. Powody były ku temu dwa. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pamiętano Brandesowi, że podczas I wojny światowej zajął stanowisko nieprzychylne wobec Polski. Po II wojnie światowej, ze względu na opis stosunków panujących w państwie carów. Tylko raz spotkałem się z fragmentem dzieła duńskiego pisarza – został opublikowany w 1983 roku w paryskich „Zeszytach Historycznych”. Były to fragmenty, które nic nie straciły na swojej aktualności.
Zygmunt Poznański, tłumacz lwowskiego wydania w przedmowie do czytelników przytoczył fragment listu jaki otrzymał od Autora Nie okazałem żadnej szczególnej odwagi, pisząc tę książkę. Wypowiedziałem w niej tylko to com czuł i com myślał.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)