Dyskusja o fotoradarach i ich "opresyjnym" charakterze zatacza coraz to szersze kręgi. Wypowiadają się w tej sprawie już nie tylko politycy koalicji i opozycji, nie tylko specjaliści od ruchu drogowego, motoryzacji, lekarze pracujący na SORach. Doszło już nawet do tego, że popularne serwisy obrazkowe typu kwejk czy demotywatory dosyć masowo już naśmiewają się z dziury budżetowej, która ma zostać przez wpływy z fotoradarów zasypana.
Ja sam miałem okazję w miniony weekend przejechać trasę Wrocław - Gdańsk a następnie Gdańsk - Wrocław pierwszy raz od czasu ogłoszenia tego niezwykle "represyjnego" programu poprawy bezpieczeństwa na drogach w Polsce. Coś się zmieniło? Śmiem twierdzić, że pewne zmiany da się zauważyć.
Po pierwsze, starałem się jechać zgodnie z obowiązującymi ograniczeniami prędkości na trasie (DK 15, 5 oraz autostrada A1). Ku mojemu zdziwieniu czas podróży nie odbiegał specjalnie od tego, z jakim zazwyczaj (nawet w lepszych warunkach pogodowych) podróżowałem, różnica na niekorzyść nie przekraczała 15 - 20 minut. Przy trasie powyżej 6 h to niezbyt duża cena za większe bezpieczeństwo i pełniejszy portfel.
Po drugie - i tu przyznaje jestem zaskoczony, pomimo iż program jest tak naprawdę dopiero w fazie zapowiedzi, nowych fotoradarów jeszcze nie ma, a Policji w przydrożnych krzakach próżno wypatrywać, większość kierowców zaczęła w końcu zwracać uwagę na ograniczenia prędkości. Nawet jeżeli nie zwalniali do wymaganych 50km/h to jednak zwalniali do 60, zachowując stosowaną przez fotoradary tolerancję. Dotychczas takich kierowców na trasie spotykało się rzadko, teraz (powtórzę ku mojemu zdziwieniu) zobaczyłem takowych niemal w ciągu całej trasy. I co ciekawe mimo iż samochody zwalniały co miejscowość ruch nie ulegał jakiemuś blokowaniu i był niezmiennie płynny. Jeżeli zjawisko to jest efektem wielkiej akcji "represyjnych służb Nowaka i Rostowskiego" to muszę przyznać, że jest ona skuteczna, zwłaszcza, że to ciągle dopiero zapowiedzi. Jeżeli akcja zacznie działać w pełnym wymiarze być może uda się wyeliminować tych kierowców, którzy jednak dalej na znaki zwracać uwagi nie będą.
A teraz refleksja. Kilku redaktorów i publicystów, na czele z Tomaszem Lisem uważają, że wpisanie wpływów z mandatów drogowych do budżetu to przejaw wyciągania pieniędzy z kieszeni podatników i tak naprawdę fotoradary wcale nie mają na celu poprawy bezpieczeństwa na drogach. A ja chciałbym zadać przewrotne pytanie. Może to jedyna droga, by nasi rodacy zaczęli tą sprawę traktować poważnie? Może jedyny sposób to doprowadzić do sytuacji, gdy opozycja aby zadziałać na niekorzyść rządu będzie nawoływać do przepisowej jazdy? Może chęć zaszkodzenia Tuskowi to w tej chwili jedyny sposób, by kierowcy na drogach jeźdzli wolniej i nie dawali okazji fotoradarom do opróżniania ich kieszeni? Okazało się, że (czego dawno nie widzieliśmy) wielu polskich kierowców zjednoczyło się w jednym celu - Jeździć przepisowo. Różne są motywy rzecz jasna, ale efekt może być piorunujący.
Poczekajmy rok, dwa aż program zacznie funkcjonować w pełni i dopiero wtedy oceńmy jakie przyniósł efekty. Co powie opozycja, gdy na koniec przyszłego roku w budżecie może i będzie zionęła dziura z powodu niezrealizowanych przychodów z fotoradarów ale śmiertelność na drogach spadnie do poziomów jeszcze nienotowanych w naszym kraju. Będzie to sukces rządu Tuska czy jednak wielka porażka? Czy bezpieczeństwo ludzi na drogach da się wycenić?
PS. Dzisiaj w Kontrwywiadzie RMF FM minister Rostowski przyznał, że płakać nie będzie, jeżeli z powodu przepisowej jazdy Polaków ten punkt budżetu nie zostanie zrealizowany. Byle na drogach było bezpieczniej.



Komentarze
Pokaż komentarze (130)