Groteska wiecowa na Placu Litewskim zaprojektowana przez Palikota jest chucpą i jajem dla najostrzejszych krytyków. Błędem - dla zatroskanych o głosy BK. Dla mnie jest zamachem na demokrację.
Mam prawo w demokratycznym kraju uzyskać informację na temat poglądów kandydata na prezydenta bezpośrednio u źródła. Tym bardziej, że doświadczenie nakazuje mi nie ufać mediom. Podejmuję wysiłek, jadę na Plac Litewski w Lublinie i niczego nie mogę usłyszeć. Bo z sąsiedniej sceny, z głośników nastawionych do oporu, do granicy chrypienia, przez dwadzieścia minut słyszę Palikota. Palikota który zwraca się po nazwisku do Kaczyńskiego, którego jeszcze nie ma na placu. W finale imprezy PO - 5 minut dico. Nie da się rozmawiać nawet głośno krzycząc. Potem, gdy pojawia się Kaczyński, zagłusza odbiór jakiś mocno charczący wywiad z dziećmi.
Wiele osób czuje się zwyczajnie poniżonymi. Ja też. Kombatantka w mundurze, której Palikot nie dał dojśc do słowa płacze. Media rejestrują wszelkie objawy frustracji i prezentują jako przejaw zaślepienia politycznego, złego wpływu polityki na pospólstwo. Jakiś gość w "Szkle kontaktowym" postuluje rezygnację z wyborów. W programie informacyjnym TVN fragmenty z Palikotem wołającym do Kaczyńskiego, przeplatane późniejszymi wypowiedziami Kaczyńskiego, tworzą bardzo zgrabną tefałenkę. Oglądam ją z zainteresowaniem, bo choc byłem na Placu Litewskim to widziałem inną rzeczywistość. Groteskowość zdarzenia zaczyna przekształcać się w całkiem racjonalny, choć oszukańczy projekt.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)