Ujawnione przez Wikileaks dokumenty chyba jednak sporo namieszają w naszej rzeczywistości politycznej. Okazało się bowiem jednoznacznie (bo poprzez przywołanie wypowiedzi wszystkich stron politycznego sporu w Polsce), że niepodległość nie jest nam dana na wieki, ale jest to cenna wartość, o którą trzeba zabiegać ciągle. Mam tu na myśli szczególnie opinie o zagrożeniu ze strony Rosji, raz liczone w dekadach lat, a raz w miesiącach. W tym kontekście polityczne jaja znoszone nam przez media przestają być zabawne. Zadanie dokopania PiSowi nie da się zestawić z pytaniem czy lepszy na stołku premiera Kaczyński czy np. jakiś namiestnik z nieodległego mocarstwa. Co by nie powiedzieć - powiało grozą.
Groza jest podwójna. Oznaczać może potrzebę poważnego traktowania polityki przez polityków. A PO jakoś nie kojarzy się z patriotyzmem i bojem do krwi ostatniej. Owszem, ta partia zrobiła wiele by tak istotne wartości jak kosmopolityzm, europejskość, szeroko rozumiana tolerancja i pacyfizm były gorąco wyznawane w naszym społeczeństwie. Pech chce, że wkrótce mogą to nie być wartości trendy.
Dla ludzi myślących nie odkrywam tu Ameryki, ale polityczne igrzyska bez grama refleksji nad interesem kraju to efekt przyzwolenia przez większość. Ta większość zdecyduje w wyborach o losie miłościwie nam panujących. Więc rozbudzony wśród niej strach, nawet nie do końca uzasadniony, może stołki powywracać. Stąd ta podwójna groza.
- Działajmy więc panowie. Zróbmy jakąś pokazówkę.Zademonstrujmy naszego walecznego ducha. Co prawda możliwości są nieco ograniczone. Bo, o ile premier Miller (cokolwiek o nim sądzić) w kabinie F16 jakoś wyglądał, to Tusk - w czołgu na przykład - chyba by wszystkich ubawił.
Poszły więc polecenia do armii - tej w mundurach i tej z kamerami w dłoni – do boju. Dajmy z siebie wszystko. Pokażmy wyrzutnie rakiet patriot na polskiej ziemi. Nie można zwlekać. Amerykanie za kilka dni zabierają sprzęt do Niemiec. W Polsce chociaż wrażenie mocy zostanie.
Każdy kto choć trochę zna realia, jest świadom, że pojawienie się kamer telewizyjnych w sąsiedztwie nowoczesnej technologii militarnej wymaga decyzji najwyższych szczebli dowodzenia. Normalnie trudno o taką zgodę. Ale wiadomo - nie czas żałować róż, gdy lecieć mogą słupki.
13 grudnia informacje z poligonu pod Toruniem idą w TVP od samego rana. Bojowy reporter monologuje z polskim dowódcą baterii mniej więcej w tym stylu:
- Ile rakiet patriot jest zamontowanych na wyrzutni?
- No, nie ma żadnej.
- Ale gdyby były to ile ich może być?
- Gdyby były to nawet 16
- A jakie byłoby ich zadanie gdyby były?
- Mogłyby niszczyć cele wroga.
- Czyli, gdyby te rakiety mogły dolecieć do celu to mogłyby zniszczyć wroga?
- Gdyby były to by mogły.
- Tak więc widzowie mogą ujrzeć jak wielką siłą bojową dysponuje nasza armia.
Może nieco przesadziłem, ale zapisuję z pamięci. To był pierwszy news na ten temat i nie sądziłem, że w ciągu dnia będzie on tematem refleksji. Potem pojawiają się następne materiały. Tym razem jest to już lekka wtopa. Wyrzutnie na poligonie zakopują się w śniegu i ziemi, a reporterka nie potrafi wykrzesać bojowego ducha ani z siebie ani z żołnierzy. Armia z kamerami dała ciała. Mogli coś wymyśleć. By więc nie było wątpliwości, że to nie wina telewizji, w wieczornej Panoramie poszedł już tylko prześmiewczy materiał o tym jak wyrzutnie potencjalnych rakiet pod czujnym okiem zaprzyjaźnionych armii nabierają ziemi stając się doniczkami.
Kapitulacja.Czy polecą jakieś głowy? A może w ramach naprawy błędów ujrzymy w TVP relacje z poligonów o ćwiczeniach z niszczycielskimi kaburami, albo z zabójczymi pochwami?
I śmieszno i straszno.


Komentarze
Pokaż komentarze