Ostatnie dni przyniosły wiele dowodów na głębokie pęknięcie w polskim społeczeństwie, publicyści i ci z lewej i ci z prawej piszą o dwóch Polskach, rozmijających się w rozumieniu interesu narodowego, godności i międzynarodowej podmiotowości. Czyli tego, co w normalnych starych demokracjach zwykle jest poza publiczną dyskusją będąc elementem łączącej ludzi pewności, co do zasad rządzących ich krajem, pewności, co do tego, czego broni i jak postępuje (będzie postępować) państwo. Nie jest moim celem silenie się na szukanie przyczyn, przyjąć można, że jest to cecha nieukształtowanego systemu demokratycznego, kultury politycznej lub wyniesionego z domu czy szkoły szacunku dla ludzi o innych poglądach. Polacy nigdy nie mieli możliwości korzystania z demokracji w sposób naturalny i niepoddany ciśnieniu rzeczywistości nawet dwudziestolecie międzywojenne to przecież czas wychodzenia z zaborów oraz rodzenia się i starcia dwóch brutalnych totalitaryzmów.
Być może musimy przez to przejść.
Mam jednak problem z jeszcze jedną - trzecią Polską, rozmijająca się z dwiema pozostałymi nie tylko na gruncie pojęć politycznych, ale również tradycji, kultury i zwykłej codziennej uczciwości.
Rzeczywistość tej Polski oddaje tekst z Gazety Wyborczej:
„Zadajmy sobie pytanie, czy wykopalibyśmy swoich bliskich z grobu, by upewnić się, że przypadkiem razem z naszym ojcem, bratem, mężem czy synem leży jeszcze ktoś inny, kto razem z nim zginął? Czy na pewno chodzi tu o szacunek dla ofiar? Czy może o nieustające podgrzewanie emocji wokół katastrofy smoleńskiej, które mają służyć celom politycznym? I z szacunkiem dla zmarłych i cierpienia bliskich nie ma to nic wspólnego.
Wszak już raz powiedzieliśmy nad tymi grobami: Niech spoczywają w spokoju.
A jeśli tak, to może pora na bunt. Pora powiedzieć, że choć gorąco współczujemy, to nie chcemy być zakładnikami cudzego cierpienia, nie godzimy się, by naszą delikatność i lęk przed zranieniem uczuć drugiego człowieka tak niecnie wykorzystywać.”
Każdy myślący człowiek jest w stanie empatii wczuć się w rolę innego człowieka, gdy naszej wierze czy fascynacji odpowiada inna, ale jednak wiara czy fascynacja. Co jednak, gdy dochodzimy do ściany, za którą w naszej cywilizacji i kulturze nie powinno być już nic a my nadal słyszymy słowa?
Jak zareagować, jakich użyć argumentów? Jeśli ich delikatność i lęk przed zranieniem pozwalała na wielomiesięczne zatruwanie nas wszystkich „lądującymi debeściakami”, nigdy niepotwierdzonymi naciskami prezydenta, przypadkowym, w tydzień po katastrofie artykułem o locie do Tbilisi, kłamliwymi tekstami o kłótni pilota i generała, epatowaniu alkoholem w krwi pasażera, (może siedział za sterami?), którego dziwnym trafem nie słychać na taśmach, żartami o lekach, jakie brał Kaczyński, to co można powiedzieć?
„Tyle, że kolejny raz mamy do czynienia ze swoistą presją na tę resztę: mamy być tylko milczącymi widzami, nie mówimy, co myślimy o takim postępowaniu, bo przecież po tamtej stronie jest ból, łzy i cierpienie.”
Milczą, milczą z godnością, tak jak milczał Palikot, Kutz, Niesiołowski, milczał Komorowski, Tusk i Sikorski, milczały cyngle z Gazety Wyborczej, milczały Szkła kontaktowe, ich szepty były jedynie echem wymiany poglądów między Władyką, Smolarem i Krzemińskim. Ciszę zachowywał Lis i Żakowski. Na forum Gazety zachowano ciszę nad tą trumną pozwalając swobodnie dyskutować o książce Grossa.
A może nie ma trzeciej Polski? Może są tylko dwie, różniące się, kłócące, okładające się hasłami z transparentów, ale które w święta, jak co roku usiądą do stołów?
A oni? Oni będą milczeć i okazywać nam swoją delikatność.
http://wyborcza.pl/1,75968,9451116,Makabryczne_dyskusje_z_rozpacza_w_tle.html


Komentarze
Pokaż komentarze