Nie mam ambicji recenzowania widzianych ostatnio filmów ale podzielić się niezbyt co prawda głębokimi ale jednak przemyśleniami mogę. Od razu ostrzegam mogę zdradzać fabuły, demaskować zagadki i podawać dane mordercy (zawsze to kamerdyner), a ponieważ nie ma przymusu czytania to sami wiecie, ostrzegałem.
Atlas chmur (Cloud Atlas)
Nie chwaląc się stwierdzam, że byłem chyba jednym z nielicznych widzów którzy nie tylko obejrzeli film ale także znali książkę na podstawie której powstał. Pojawiające się głosy, iż film jest chaotyczny i trudny do złożenia w całość wynika z faktu nieznajomości książki. Powieść Mitchella jest znacznie bardziej chaotyczna i pokręcona, a specyfika języka i ortografii użytej w tłumaczeniu utrudnia czytanie, krótko mówiąc książka jest słaba. Film braci Wachowskich jest jednym z nielicznych jakie znam który są bardziej czytelne i lepiej opowiedziane od swojego literackiego pierwowzoru. A to naprawdę niezłe osiągnięcie. Za to film jest znacznie bardziej niż powieść nadęty przez bełkot tłumaczący sens dzieła. Ponieważ filmy powstają głównie dla młodych, wykształconych z dużych miast więc wszystko musi być im wytłumaczone dużymi literami z kolorowymi obrazkami. Generalnie podobny jest do ambitnych opowiadań z pisma pt Strażnica.
Ocena: Jak nie musisz bo żona chce zobaczyć, poczekaj jak będzie w telewizji, zaoszczędzone pieniądze wydaj na pizzę.
Życie Pi (Life of Pi)
Fajny film, naprawdę. Gdyby nie 15 minut bredzenia o Bogu i tym jak ta cała opowieść ma nas do niego zbliżyć byłby naprawdę świetny. Na szczęście jeśli wyłączycie się w czasie filmu na ww. 15 minut cała reszta jest warta swojej ceny. Opowieść o biednym tygrysie walczącym z bezwzględnym drapieżnikiem na łodzi na środku oceanu jest plastyczna i po filmowemu piękna. Można oddać się całkowicie urodzie obrazu i lekkości opowieści wysnuwającej się niczym słowa z ust Buddy. Pytanie postawione na końcu czy to prawdziwa opowieść czy może tylko alegoria jest bez sensu. Każda interpretacja poza tą którą widzimy powoduje, że cała historia staje się nierealistyczna i nieciekawa.
Ocena: Zobaczyć, najlepiej w kinie, pominąć ględzenie o Bogu na początku i spotkanie z Japończykami na końcu. Dobrze wydane pieniądze.
Argo
Oczywiście nikt mi nie uwierzy, że typowałem Argo do Oskara za najlepszy film, ale cóż takie życie. Film w starym dobrym stylu, można sobie przypomnieć jak wyglądało kino gdy nie było skierowane do młodych, wykształconych z wielkich miast. Kawał prawdziwej filmowej opowieści z jajami. Człowiek z CIA (Affleck) ma wywieźć z Iranu Chomeiniego grupkę uciekinierów z zajętej amerykańskiej ambasady. Ukrywają się w rezydencji ambasadora Kanady. Affleck wymyśla więc kanadyjski film będący popłuczynami po Gwiezdnych Wojnach który ma być kręcony w Iranie. Jak ktoś nie lubi znać zakończenia niech nie czyta, że w końcu się udaje. Odlatują. Trochę drażnią Irańczycy którzy jak jeden mąż są brodatymi sadystami, ale cóż takie życie.
Ocena: Obejrzeć, koniecznie, żadnych wykrętów, wart każdej złotówki wydanej na bilet.
Django
Łatwo się pisze o Django, tarantinowskie klimaty, tarantinowski styl, tarantinowska masakra itd. Opowieść o niewolniku uwalnianym przez niemieckiego łowcę głów peregrynujacych po amerykańskim południu za znającą niemiecki niewolnicą nazywającą się Brunhilda von Schafft (żoną ww. uwolnionego niewolnika) wyjaśnia wszystko. W międzyczasie widowiskowo giną wszystkie złe charaktery. Potem mamy epicką tarantinowską masakrę i wywrotkę sztucznej krwi. Ogląda się to naprawdę fajnie. Nie tak jak Bękarty wojny które wysnuwały się z ekranu jak drut kolczasty z d…
Ocena: Do kina nie warto, poczekajmy na DVD i obejrzyjmy z kolegami przy piwie. Piwo pasuje do mówiących po niemiecku niewolników z południa o imieniu Brunhilda.
Wróg numer 1 (Zero Dark Thirty)
Mroczna opowieść o polowaniu na Bin Ladena, kompletnie i całkowicie nieprawdziwa choć z dopiskiem, że oparta na prawdziwych wydarzeniach. Jeśli w amerykańskim filmie przekonują, że wytrwałością i odwagą wykazała się wyłącznie mikra ruda lesbijka to znaczy, że tak naprawdę sprawą zajmowało się dwustu agentów każdy o posturze małego King Konga. Najbardziej podobały mi się sceny z samej akcji i psychologiczna przewaga żołnierzy amerykańskich. Jak chcieli kogoś ukatrupić wystarczyło szeptać zza rogu „Achmed, Achmed”, ponieważ każdy w Pakistanie nazywa się Achmed, to co taki człowiek miał robić, ciekawość zwyciężała, Achmed wychylał się i po chwili miał dodatkowe otwory w ciele.
Ocena: Nie warto, chyba że z DVD, bez kolegów, bo szkoda ich.
Lincoln
Doskonały produkcyjniak. I nie mówię tego złośliwie. Jeśli chcemy zrobić film dla młodzieży by zobaczyli człowieka którego mają bezwzględnie szanować i podziwiać to Lincoln jest jak wzór metra. Dokładnie odwrotnie niż europejskie produkcje w których każdy wielki musi być sprowadzony do pokracznego konusa, dłubiącego w nosie i zdradzającego żony i kochanki a w przerwie przy pomocy homoseksualnego prawnika dokonującego wielkich rzeczy choć tak naprawdę na to nie zasłużył.
Ocena: Warto, żeby zobaczyć jak się dba o swoje dziedzictwo. W domu, na bilet szkoda pieniędzy.
Niemożliwe (Lo imposible)
Rzecz dzieje się w Tajlandii, ona, on i trójka dzieci. Nadchodzi tsunami, rozdziela ją i jego, ona jest ranna, potem się spotykają i bardzo to przeżywają. Film nudny i przewidywalny. Wielka tragedia dziejąca się dookoła nic nas nie obchodzi, bo przecież się spotkali. Klapa i grzybnia. Emocji w filmie tyle co w panoramie firm.
Ocena: Nie warto, nigdzie. Strata pieniędzy i czasu.
W następnej notce:
Lot (Flight)
Dziennik pozytywnego myślenia(Silver Linings Playbook)
(Upside Down)
Słowa (The Words)
Hobbit i może coś jeszcze
604
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (18)