Choć pewny do końca nie jestem, to jednak na tyle, żeby te feralne 90 minut opisać i powiedzieć, dlaczego obie podstawowe połowy wczorajszego spotkania między Belgią a Stanami Zjednoczonymi noszą znamiona gry nie do końca czystej, a przede wszystkim nie do końca nieprzewidywalnej, przynajmniej dla zawodników tego meczu.
Zaczęło się, powiedzmy, zgodnie z oczekiwaniami. Po początkowym obwąchiwaniu się, przewagę w spotkaniu pomiędzy Belgią a Stanami Zjednoczonymi zaczęli zyskiwać Europejczycy. Z minuty na minutę drużyna prowadzona przez dwóch świetnych pomocników, którzy za sprawą 'wyczesanego' afro byli zapewne niejednokrotnie myleni przez komentatorów, a więc Witsela i Fellainiego, a także tercetu Origi, Hazard i De Bruyne, zaczęła zyskiwać znaczną przewagę nad Jankesami. Tym z kolei raz po raz udawało się postraszyć bramkarza świeżo upieczonego mistrza Hiszpanii. Wszystkie próby kończyły się jednak niepowodzeniem. Mieliśmy w tym meczu tyle sytuacji, że liczba strzałów celnych w całym meczu była chyba większa niż średnia liczba strzałów w jednej kolejce tzw ligi polskiej. I można by w tej chwili powiedzieć, że mecz był kapitalny i mimo że w regulaminowych 90-ciu minutach nie było bramek, to zrekompensowały go kibicom liczne sytuacje, robinsonady bramkarzy i w końcu aż 3 gole w dogrywce. Cóż za dramaturgia!
I tutaj można by się trochę pozachwycać świetnymi akcjami, wyczuciem belgijskiego selekcjonera, który w idealnym momencie wpuścił Lukaku, który po profesorsku z pomocą De Bruyne rozmontowali podmęczoną defensywę Amerykanów. Warto jednak wrócić i przypomnieć sobie sytuacje z regulaminowych 90-ciu minut. Patrząc na nie, a szczególnie jeśli chodzi o akcje Belgów, można dostrzec wyjątkową, wręcz świadomą anemiczność. Kolejne sytuacje stwarzane przez Europejczyków kończyły się niepowodzeniem, nie za sprawą bramkarza – Howarda, który niby obronił kilkadziesiąt strzałów, a za sprawą napastników i pomocników drużyny atakującej. Kiedy wydawało się, że w danej sytuacji podbramkowej wystarczy już tylko celnie kopnąć w róg bramki, obok bezradnego bramkarza, kolejni ofensywnie usposobieni piłkarze, pudłowali jak trampkarze, albo podawali do Howarda, lub urządzali strzelaninę, w której wspomniany bramkarz był głównym celem. W pewnym momencie, kiedy sunęła kolejna akcja Belgów, przekonany byłem, że bramki nie będzie i moje przewidywania sprawdzały się. Warto wspomnieć również o tym, że i Amerykanie mimo że sytuacji stworzyli nieporównywalnie mniej, kiedy już wydawało się, że powinien być gol, pudłowali jak dzieci. Dowodem może być sytuacja, zawodnika o polsko-brzmiącym nazwisku – Wondolowskiego, który spudłował mając przed sobą bramkarza i parę metrów dalej bramkę. Inna sprawa, że sędzia odgwizdał w tej sytuacji spalonego, totalnie z kapelusza, co pozwala domyślać się, że na bezbramkowy remis umówieni byli nie tylko zawodnicy ale i sędziowie. Zdaję sobie sprawę, że to dość poważny zarzut, ale od 50-tej minuty oglądałem ten mecz z takim przeświadczeniem i praktycznie każde zagranie zdawało się potwierdzać moją teorię. Kiedy natomiast zaczęła się dogrywka, coś mówiło mi, że umowa się skończyła i że od teraz rozpocznie się mecz. Nie pomyliłem się! Scenariusz praktycznie identyczny jak dzień wcześniej przy okazji meczu Algierii z Niemcami. Szybka bramka Belgów, potem kolejna i gol dla rywali.
Po takim wywodzie można napisać, że jestem fanem teorii spiskowych i przesadzam, a mecz był fantastyczny i obfitował w sytuacje strzeleckie, dramaturgię i emocje do samego końca. Ja zachęcam jednak do rozważenia teorii dotyczącej tego, że FIFA gra na to, aby mecze trwały jak najdłużej i były jak najbardziej dramatyczne. Może tak być,że zawodnicy/trenerzy mają za to po prostu jakąś dużą ekstra-kasę i dążą do tego, aby mecz trwał ponad 90 minut, a żeby faktyczną rywalizację rozpocząć dopiero w dogrywce. I mimo że brzmi to zupełnie szalenie, to ja jednak wiem, że nie wszystko we wczorajszym meczu odbyło się w 100 procentach fair.




Komentarze
Pokaż komentarze (15)