jes jes
78
BLOG

Rozważania po wiosennej pełni

jes jes Polityka Obserwuj notkę 2

Czyli IV władza na wolnym rynku .
Tasiemcowe i może nieco pretensjonalne  uwagi z podziękowaniem redaktorowi Leskiemu za jego krzepiącą i (czasem) drażniącą obecność.

Jakiś czas temu nieoceniony Krzysztof Leski  przedstawił na swym blogu (IV władza to ty) , w świadomym uproszczeniu, media czyli  IV władzę, jako ważny element życia społecznego opierający się w swoim funkcjonowaniu głównie na zależnościach od odbiorcy. Odczucie postulatywnego charakteru tego opisu skłoniło mnie wówczas do przemyślenia raz jeszcze elementów relacji pomiędzy konsumentem a producentem dóbr w modelowych warunkach demokratycznego państwa wyposażonego w gospodarkę rynkową w kontekście wolnego rynku mediów, który ostatecznie tworzy przestrzeń dla wolności słowa. (uff)
Z tekstu Leskiego wynikał prowokacyjny wniosek o bezpośredniej odpowiedzialności konsumenta produktów medialnych (czyli także i mojej) za ich jakość. W konsekwencji, również za jakość dyskursu publicznego.
Kilka refleksji, które wówczas mi przemknęły przez głowę zanotowałm w formie luźnych notatek na gorąco i odłożyłem ad acta. Jednak po przeczytaniu tekstu Kataryna pyta... red. Janke i Po co media? pani Jankowskiej, zdecydowałem się do tych notatek powrócić i na nowo je w głowie sobie ułożyć, conieco dodając. Notatka red. Jankowskiej to przykład jednego z typowych mechanizmów, o których pisał pan Janke. Zamęt, który w dobrej wierze powiększają tak skądind zacne osoby jak redaktor Jankowska wymaga ciężkiego trudu porządkowania. Znacznie to ponad wytrzymałość amatorskiego bloga, więc forma to nie całkiem wytrzymała.
Ale kto ma cierpliwość niechaj czyta.

Ab ovo
Pytanie o odpowiedzialność konsumenta za ofertę rynkową wydaje mi się jednym z ciekawszych pytań jakie pojawiają się w rozważaniach nad społecznymi zagadnieniami systemów wolnorynkowych.
Charakterystyczną cechą wolnego rynku okazuje się bowiem tendencja do zanikania wysokojakościowych dóbr nieluksusowych, wytwarzanych z poszanowaniem standardów etycznych, na rzecz produktów o gorszej jakości użytkowej i etycznej (całkiem jak u Kopernika).
Takie produkty, nazwijmy je "nadjakościowymi", a nierzadko całe gałęzie produkcji, zastępowane substytutami, odchodzą  do przeszłości z całą przynależną im infrastrukturą produkcyjną i logistyczną. Ale też i z tymi potrzebami, którym substytuty nie są w stanie sprostać. Zjawisko to można uznać za nieuniknioną wadę rynku i godzić się z nim w imię przeważających korzyści wynikających ze swobodnej konkurencji ekonomicznej. Nie unieważnia to jednak problemu odpowiedzialności konsumenta za produkt, a w pewnym stopniu, również i za tego produktu wytwórców.

Łatwo się pogodzić z poglądem przypisującym osobistą odpowiedzialnść dokonywanym swobodnie wyborom konsumpcyjnym. Od oczywistej skrajności w postaci zakupów paserskich, po delikatniejsze przypadki świadomych kompromisów z jakością, czy z własną świadomością ekologiczną.
Na wolnym rynku jednak odpowiedzialność zasadniczo się rozmywa. Jednostka nie ma szans na samodzielną obronę jakichkolwiek dóbr. Rządy jednostki są fundamentalnie sprzeczne z istotą wolnego rynku. Mimo to jednostka ponosi konsekwencje wyborów statystycznie reprezentatywnych, których osobiście nie musi akceptować. Jest w tym coś z odpowiedzialności zbiorowej.

Specyfika mediów
Rynek mediów niesie w sobie dodatkowe zagmatwanie tego problemu. Skoro jest elementem władzy ustrojowej, w sposób nieunikniony łączy działalność komercyjną z funkcjami politycznymi. Działalność komercyjna ma swoje prawa, narzędzia oraz motywacje. Niekoniecznie zbieżne z polityką pojmowaną jako służba wspólnemu dobru. Działalność kontrolna mediów wobec świata polityki zgodna być może z interesem społecznym tylko w takim stopniu, w jakim ten jest zbieżny z interesem właścicieli mediów. A rzeczywistość biznesu rynkowego jest taka, że jego interesem bywa, w najlepszym razie, działanie motywowane większościowymi potrzebami społecznymi. Ale to oczywiście nie to samo.

Skuteczny marketing nie ogranicza się do rozpoznawania potrzeb grup docelowych. On te potrzeby potrafi kształtować. Media zaś są bodaj najskuteczniejszym tego narzędziem. Świetnie wspomagają kształtowanie potrzeb na obszarze dóbr konsumpcyjnych. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by dokonywały tego na polu rynku medialnego.
Przenikanie się w mediach działalności rozrywkowej z funkcjami informacyjnymi oraz marketingowymi powoduje, że funkcje informacyjne, w tym obowiązki kontrolne przynależne 'IV władzy', stają się służebne wobec celów biznesowych. I tak pojawia sie mechanizm, w którym istotna ze społecznego punktu widzenia kontrola władz państwowych okazuje się domeną konkretnej branży biznesu. Złudzeniem jest wiara, że ratunkiem od tego mechanizmu mogą być media publiczne. One w sferze rynku pracy (a ta sfera jest w tym przypadku decydująca) działają w dokładnie tym samym otoczeniu, co media prywatne. Podlegają natomiast ogromnej presji politycznej. Tzw. afera Rywina pokazała najbardziej wstydliwy, kryminalny, aspekt tego problemu. Ale to tylko wierzchołek czegoś znacznie większego; do zwalczania nieprawidłowości dających się zdefiniować jako przestępstwa stosować można w miarę skutecznie typowe narzędzia. Dużo trudniej poradzić sobie z nieprawidłowościami pozostającymi w domenie samej etyki. To co nie jest zabronione prawo zawsze musi dopuścić, moralność - niekoniecznie.
Ten problem ma rzecz jasna charakter ogólny. Okazuje się nadzwyczaj często, że poprawny model społecznych relacji nie sprawdza się bez odpowiednio mocnego odwołania do hamulców etycznych. Zasady etyczne nie mają jednak charakteru technicznego i nie są definiowalne logicznie. W praktyce społecznej budowane są na wzorcach; pewne rzeczy się robi innych nie, bo takie jest postępowanie, albo przekonania grup postrzeganych jako wzorcowe. Stąd jakość życia społecznego zależy w poważnym stopniu od jakości grup dyktujących etyczne wzorce i mocy tego ich dyktatu. Rozwiązania systemowe mogą być lepsze lub gorsze, ale niska jakość praktykowanej etyki może nawet najlepsze rozwiązanie uczynić bezwartościowym.

Między elitami a autolansem
Grupy definiujące swoim zachowaniem, co wypada, a co nie, powinny tworzyć elity. I taka zresztą jest jedna z najważniejszych funcji elit. Społeczność pozbawiona wpływu własnych elit musi być głęboko podatna na wszelkie formy manipulacji. Jest to prawda znana i skutecznie wykorzystywana niemal od początku świata według różnych schematów.
Współcześnie do redukcji wpływu elit świetnie nadają się idee egalitaryzmu. Skoro wszyscy ludzie są równi, to wydaje się, że każdy może stanowić wzór; każdy może wejść do każdej elity, wystarczy tylko chcieć odpowiedno upublicznić swoje zachowanie. Drastycznym przykładem służy tu formuła 'reality show', ale marketing zna też i subtelniejsze narzędzia.
Takimi sposobami pewne funkcje elit przejmują celebryci'. Grupa celebrytów to egalitarny substytut elit, tworzony przez biznes medialny i przez ten biznes zarządzany.
Konkurencja elit z celebrytami przebiega na różnych płaszczyznach, przybiera różne formy. Stawką w tej konkurencji jest, władza nad potrzebami konsumenta. A władza to też i odpowiedzialność, nawet jeśli włodarze udają, ze tego nie rozumieją. Odpowiedzialność biznesu ma charakter zasadniczo ekonomiczny, odpowiedzialność elit - moralny. Najprawdopodobniej istnieje jakiś stan pożądanej równowagi pomiędzy obecnością pierwiastka etycznego i ekonomicznego w życiu społecznym. Jednak stan taki nie polega, jak sądzę, na dominacji ekonomii.

Przypisywanie konsumentowi odpowiedzialnościza jakość produktu medialnego wydaje się w tym świetle nadmiernym uproszczeniem podtrzymujcym szkodliwy mitdziałąjcy z pożytkiem dla biznesu.
Rzeczywistą odpowiedzialność za poziom życia umysłowego mogą natomiast ponosić elity społeczne. Prawdę mówiąc uważam, że źle się dzieje, gdy odpowiedzialność ta przenosi się na inne grupy, czy to z powodu słabości elit, czy z jakichkolwiek innych przyczyn.
Elity z punktu widzenia rynku medialnego są rodzajem bytu 'nadjakościowego'.  W tym sensie są pozarynkowe, lub nawet - antyrynkowe. Tym różnią się od zwykłych obiektów gry rynkowej, że z samej swej istoty są podmiotowe, kreatywne i indywidualistyczne.
A odpowiedzialność moralna zawsze ma charakter zdecydowanie personalny. Zatem w wypadku elit wszystko tu idzie jakby 'pod włos' i formuje dla nich funkcję kontrolną nad wolnym rynkiem. Sprawowaną bez zformalizowanych upoważnień i na tyle skutecznie, że prawdziwe elity mogą być uważane przez biznes za wroga. Bez wzajemności zresztą.

Pewne funkcje społeczne są z natury rzeczy elitarne i wywołują odpowiednie do tego oczekiwania. Sprostanie tym oczekiwaniom nie przychodzi automatycznie. Natomiast ich odrzucenie, będąc sprzeniewierzeniem się wymaganiom przyjętej funkcji społecznej zwykle ułatwia codzienne życie. Kompromis pomiędzy wymogami sprawowanej funkcji społecznej a chęcią uproszczenia sobie życia prowadzi też do często koszmarnie żałosnego przedstawienia pt. 'narodziny celebryty'.
Problem ten w podobnym stopniu dotyczy dziennikarzy co naukowców, duchownych, czy postaci o znaczeniu historycznym. Sporadycznie występujące tego rodzaju przypadki nie powinny dziwić czy nadmiernie niepokoić. Są nieuniknione w realnym świecie ludzkich niedoskonalości. Umięjetność sprostania najwyższym wymaganiom kulturowym wymaga stałej pracy nad sobą i sporego wysiłku. Nie wszyscy mogą temu podołać w dłuższym okresie. Alarmować powinno nadmierne nasilenie takich metamorfoz, pojawiające się już choćby tylko w pojedynczych grupach zawodowych o elitarnym charakterze. W takich sytuacjach może się okazać, że konkretne grupy elit wymagają specjalnego wsparcia. W przywołanym wyżej kontekście wydaje się jasne, że grupą taką są dziennikarze. Ograniczenie uzależnienia środowisk dziennikarskich od zabiegów marketingowych wielkiego biznesu to dobry punkt wyjścia do działań na rzecz poprawy 'dyskursu publicznego' a w efekcie - jakości demokracji. Nie znaczy to oczywiście, że dziennikarze to jedyna grupa o elitarnym charakterze wymagająca dziś w Polsce specjalnej troski. O prawnikach na przykład możnaby pisać jeszcze dłużej.


O bezinteresowności i nowych-starych okrutnych bogach.
Wydaje mi się, że powyższe wnioski dobrze korespondują ze smutnym tekstem redaktora Janke. Wyparcie dziennikarzy przez celebrytów, niekoniecznie związane z przesunięciami personalnymi, powoduje pełną zastępowalność funkcji dziennikarskich przez kogokolwiek. Różnica pomiędzy dziennikarzem a n.p. politykiem staje się ważna tylko w sferze nazewnictwa - w istocie pełni już tylko funkcje marketingowe.
Nie zauważyła tego jeszcze pani red. Jankowska, zauważyli politycy z PO. Nie ciesząc się z bezwstydności polityków, warto zauważyć, że zachowują oni w tej sprawie kontakt z rzeczywistością wielokrotnie większy niż niejeden z szacownych dziennikarzy o pięknym życiorysie.
Myślę, że winne temu jest dość powszechne pogodzenie się z konformizmem (choćby zgoda dziennikarzy na patrzenie na świat przez wierszówke powszednią - w charakterze niezbędnego filtru), nadmierne umocowanie mentalne w heroicznej, czarno-białej przeszłości i zupełnie źle rozumiana solidarność zawodowa, która chronić każe formalne atrybuty zawodu, a cofa się przed realną lojalnością wobec kolegi-konkurenta. Szkic przyczyn zjawiska, jaki przedstawił nam red. Janke wydaje mi się bliski uchwycenia istoty problemu.

Na początku naszej epoki wolnorynkowej imperatyw zaradności stał się nowym bogiem, beztrosko łamiącym kręgosłupy swoim dzieciom. Jesteśmy tylko ludźmi, skłonnymi do przesady, rozumiejącymi procesy zachodzące wokół nas z opóźnieniem. Obciążają nas doświadczenia pokoleniowe, ciążą nad nami życiorysy, nawet te najpiękniejsze. W gruncie rzeczy opisuję tu (taką mam przynajmniej nadzieję) przypadłości wieku dziecięcego społeczeństwa po kilku pokoleniach uwolnionego z totalitarnej przemocy. Ale warto pamiętać, że ktoś kto choruje na opisaną tu przypadłość nigdy nie będzie dziennikarzem. Może być biznesmenem, może być celebrytą, ale dziennikarza będzie najwyżej udawał.

 

Dni przełomu marca i kwietnia - to jakże smutne święto polskich elit, symbolicznie i fizycznie unicestwionych pociskiem w potylicę. Nie dziwmy się, gdy nam wciąż Ich brakuje. I nie poddawajmy się. Po prostu róbmy swoje.
Osobiście wierzę, że przykład Krzysztofa Skowrońskiego i jego nowego radia powinien nieść dużo nadziei zrezygnowanym miłośnikom wolnych mediów. Ale pewnie takich przykładów można znaleźć więcej.
Przełom marca i kwietnia to również święto nadziei opartnej na wierze w zmartwychwstanie. Eschatologiczny wymiar tej wiary powinien też podtrzymywać codzienne przekonanie, że każda bezinteresowność niesie w sobie z gruntu niepoliczalny i głęboki sens.

jes
O mnie jes

Nie mam i nie będę miał profilu na fejsbuku, ani na tłiterze, ani w jutiubie, ani nawet w gugleplus. Szukam odpowiedzi na moje pytania, nie interesują mnie nawalanki.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka