Otóż miałem bezczelność na blogu pana Paralekaina powiedzieć, co myślę o tej akcji i dlaczego. Wpis został natychmiast wykasowany. Napisałem więc drugi, w którym, przyznaję, użyłem cięższych słów. W te pędy Paralekain wpis skasował i pożalił się adminom, że on tak walczy o Tybet, a go tu ośmielają się atakować.
Nie omieszkał na moim blogu umieścić w wpisu, że mój blog winien zostać wykasowany w te pędy, bo śmiałem zapomnieć, że pomysł innej akcji powstał akurat na jego blogu, tyle tylko, że nie w dialogu z nim.
Dla każdego zwolennika akcji Paralekaina proponuję rozwiązanie szybsze, prostsze, tańsze, i mające ten sam skutek.
1. przelać pieniądze na konto ambasady Chin w Warszawie. Po co płacić Poczcie Polskiej pieniądze na to, by ta zapłaciła Poczie Chin za dostarczenie przesyłki wewnątrz Państwa Środka? Koszty pójdą w dół.
2. wtedy nie potrzeba koszulki. Może ktoś takowej nie ma, a chciałby wesprzeć akcję. A te 3 czy 4 złote znajdzie. Są możliwości płaceniia bez opłat manipulacyjnych, zależy, kto gdzie ma konto i jaką formę płatności wybrał (nawet przelewem pisanym na druczku można to zrobić tanio).
3. na poleceniu przelewu/zapłaty bezwarunkowo umieścić tekst: "na rzecz ChRL pomoc w tłumieniu protestu w Tybecie w ramach poparcia tego protestu".
-----
Kolejny raz tłumaczę. Protest nie może przynosić zysków Chinom. To jest gaszenie ognia poprzez oblewanie go benzyną. Na tej akcji tylko zyskują. A my jeszcze sami te koszulki odkupimy od nich w postaci tego, na co je przerobią. Czyli zapłacimy 3 razy:
a) kupując koszulkę,
b) wysyłając ją do Chin na własny koszt,
c) kupując to, co oni z niej zrobią.
------------------
W efekcie: my sobie pokrzyczymy, a oni zarobią. Tym bardziej, że korespondencja zagraniczna do najwyższych władz państwa z przyczyn raczej oczywistych przechodzi przez bardzo mało rąk.
------------------
Co w zamian, pisałem.Ale powtórzę. Jak już dać zarobić Poczcie Chińskiej, a więc ichniemu państwu, to z sensem. Prosty apel po angielsku.; Prosty, ile się da. Żadnej mowy zależnej czy innych wynalazków z wyższej szkoły jazdy tego języka. Prosto, krótko, dobitnie. Wysyłać do ich szefów administracji regionalnej na pierwszym i drugim (a przy masowj akcji także i na trzecim) stopniu ich administracji. To nie będzie drożej. Poczty płacą sobie tyle samo za to, czy list idzie z lotniska w Pekinie do ichniego premiera, czy do zapadłej dziury na dalekiej prowincji. Najlepiej kartki pocztowe, bo te można przeczytać nie otwierając przesyłki. Jak kogoś stać, zażądać zwrotnego potwierdzenia odbioru (podnosi koszty, no, ale jak protestować, to protestować). Musi przejść taka kartka przez wiele rąk na sortowniach poszczególnych szczebli ichniej poczty. Musi ją sortować ktoś, kto ma choćby minimalne pojęcie o języku angielskim (skąd taki poczciarz, co tylko te ich robaczki umie czytać zrozumie, kto jest adresatem? - musi kojarzyć choćby minimalnie angielski). I się zaciekawi, może nie każdy, ale przynajmniej niektóry, co też takiego ważnego jest na zwykłej kartce pocztowej, że się żąda zwrotnego potwierdzenia odbioru? Część przeczyta i powie znajomym. I takie kartki wysyłać do Tybetu. Jak zgodnie twierdzą nasze media, Tybetańczycy mogą tam obejmować tylko niższe funkcje urzędowe. Sortowacz listów do wysokich urzędniików pocztowych nie należy.
----
A koszulki, jak już, wysyłać do ambasady Chin w Polsce. Może na tym nie zarobimy my, ale oni na pewno.
30
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (8)