Rzym wygrał II wojnę punicką. Spowodowało to potężne zmiany. Zarówno w ówczesnym świecie, jak i samym Rzymie.
Przede wszystkim Rzym stał się niekwestionowaną potęgą militarną w zachodniej części Morza Śródziemnego. O ewentualnej zwycięskiej wojnie z Rzymem mogły myśleć tylko duże państwa helleńskie. Szybko się okazało, że mogą tylko myśleć.
Następnie doszło do potężnego zwiększenia się obszarów samego państwa. Kosztem Kartaginy przyłączono Hiszpanię, pojawiły się prowincje w Afryce. Sama Kartagina została obciążona potężną kontrybucją (którą zresztą spłaciła przed terminem).
Ale była też i druga strona medalu. Przez kilka lat Hannibal maszerował w te i we w te po Italii, a przecież jego armia coś jeść musiała. Żywiła się kosztem chłopa italskiego. W efekcie wiele małych gospodarstw rolnych zostało po prostu zrujnowanych obciążeniami fiskalnymi na rzecz państwa lub po prostu zostały zniszczone przez wrogą armię. Pojawiła się więc potężna grupa ludzi, która pozostała nagle bez środków do życia. Przed takimi stały tylko trzy drogi:
1) zaciągnąć się do armii - było to jakieś wyjście dla mężczyzn, ale już nie dla kobiet czy dzieci,
2) próbować odbudować gospodarstwo - trochę tu faktycznie w tym pomogło państwo, nawet sporo, ale nie tak łatwo odbudować od zera zniszczone gospodarstwo. Skuteczne okazało się to wobec ludzi, którzy nie ponieśli zbyt wielkich strat.
3) przenieść się do Rzymu właściwego lub do jakiegoś miasta w nadziei lepszego życia.
Z drugiej strony był i drugi problem: oto Rzym na potrzeby walki z Hannibalem zmobilizował w sumie ponad 50 legionów. Rzym nie był w stanie finansowo utrzymać takiej armii. Owszem, trochę pomógł Hannibal (niszcząc część z nich), no i oczywiście 50 to suma ogólna, a nie było tylu w jednym momencie. Ale i tak ich było za dużo w stosunku do potrzeb państwa. Pozostawały dwie drogi:
1) zdemobilozować część pozostawiając tyle tylko, ile potrzeba było do ochrony państwa z lekką nadwyżką.
2) dać im jakąś robotę (czytaj - wojna)
Rzym stosował obie metody naraz. Np. w Hiszpanii istniała granica lądowa w poprzek półwyspu, co powodowało ataki plemion hiszpańskich na rzymskie prowincje. Oczywistym było dążenie do oparcia granic o wybrzeże dookoła półwyspu, a na północy i Pireneje. Właściwie można powiezieć, że z większym lub mniejszym natężeniem to tam wojna trała cały czas aż do czasów Augusta. Pierwszy wariant działał, ale tylko wobec legionistów zdemobilizowanych po krótkim pobycie w legionach, jeżeli mieli dokąd wracać (tu państwo pomagało). Jeżeli jednak był taki pod bronią przez kilkanaście lat, to owszem, świetnie się nauczył machać mieczem, ale zdążył zapomnieć, z której strony się pług trzyma. Jeżeli takiego zdemobilizowano, to szybko dochodził do wniosku, że po co mu to? Sprzedawał ziemię i przenosił się do Rzymu.
Zaczęły więc występować równocześnie bardzo groźne dla demokracji zjawiska:
1) warstwa senatorów zaczęła się silnie bogacić. Daleko jeszcze było do Krassusa czy Lukullusa, bo Zachód był mniej bogaty, jak Wschód, ale zjawisko się nasilało. Pamiętajmy, że jak senator był namiestnikiem prowincji, to praktycznie mógł łupić podległą ludność bez obawy o konsekwencje. To znaczy, niby można było pozwać namiestnika, ale dopiero po zakończeniu urzędowania, ale wymagało to dużych pieniędzy i posiadania w Rzymie wysoko postawionych osób, które by taką sprawę umiały "przepchnąć" przez Senat.
2) część przybyszy z prowincji znalazła jakieś środki utrzymania w stolicy (założyli sklepiki, warsztaty rzemieślnicze czy coś innego). Część jednak tego nie potrafiła i nie miała wyboru. Wracać nie było dokąd, a więc może "dokleić" się do jakiegoś senatora jako client i żyć z jego łaski, oczywiście głosując w razie potrzeby tak, jak chciał tego patron.
3) część nic nie mogła wymyśleć, ale też nie miała dokąd wrócić. Zaczęły narastać rozboje, kradzieże. Państwo wymyśliło wtedy najgłupszy z możliwych pomysłów. ZACZĘTO ROZDAWAĆ ŻYWNOŚĆ. Na początku w małej skali (uprawnionych było naprawdę niewielu, zasadniczo tylko byli legioniści z długim okresem służby). Ale ci ludzie mieli głosy, więc naturalną koleją rzeczy ten i ów starał się o te głosy zabiegać. Był to dopiero początek socjału, ale już było do przewidzenia, w którą stronę to pójdzie. Państwo wytrzymało to bez większych problemów na początku, bo raz, że osób nie dużo, a dwa, było skąd brać. Ale już wtedy światli Rzymianie ostrzegali, czym się to skończy.
Rozpoczął się też proces niewidoczny z początku, a przybierający na sile. Siła tego procesu docelowo okazała się w dwóch triumwiratach. Bogacący się senatorzy czynili klientami coraz więcej osób. W efekcie uległa erozji instytucja trybunatu ludowego. Trybun ludowy, wybrany przez lud, coraz częściej szedł na pasku swojego patrona. Zaczęła się tworzyć oligarchia. Kolejne zwycięskie wojny wzmocniły ten proces. Na razie był on słaby, bo i senatorowie, aczkolwiek wyraźnie bogatsi od plebejuszy czy ekwitów, nie byli jednak w stanie płacić wszystkim. No i cały czas istniało przywiązanie do starych tradycji rzymskich, gdyż wszyscy byli świadomi, że to dzięki nim udało się wygrać decydującą wojnę w dziejach Rzymu.
Na marginesie: Rzymianie Hannibalowi nie popuścili. Ścigali go po całym świecie. Musiał uciekać z Kartaginy, trochę się włóczył po świecie (m. in. dość długo przebywał u Antiocha), w końcu widząc, że tak czy owak Rzym go dostanie w swe ręce, popełnił samobójstwo. Rzym odetchnął z ulgą. Przestał żyć człowiek, który potrafił im zadać bobu.
Teraz można zrozumieć, dlaczego Rzym wkroczył w fazę wojen zdobywczych. Co ciekawe, zasadniczo na początku nie chciał, ale tak to już jest, że chce się jedno, a wychodzi drugie. Ale o tym w następnym odcinku.
32
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)