Jorlandia
Albo znajdę drogę, albo stworzę jakąś. (Philip Sidney)
6 obserwujących
59 notek
21k odsłon
  6460   0

Łyżka dziegciu na Dzień Dziecka

Mam szczęście mieszkać w miejscowości, gdzie w osiedlowej społeczności nie umarła idea wypuszczania dzieci „wolno na podwórko”. Sąsiedzkie dzieci odwiedzają się regularnie, na szklaneczkę kompotu i kawałek chlebka, dzwonią domofonami, jeżdżą rowerami zwiedzając pobliskie place zabaw i siedzą na trzepakach, rozweselając świat krzykiem i śmiechem. 

Zawsze tak było. Gromada hałasujących dzieci na podwórku, dla jednych, i banda łobuzów pod śmietnikiem, dla innych.

Ostatnio na portalach społecznościowych krążą filmiki z serii „Za naszych czasów …”. Jeden z nich -dość popularny i z dużą oglądalnością traktuje o tym, jak spędzało się dzieciństwo w roczniku 1976, 1977, 1978…. Tak, wspominamy to z radością. Całe popołudnia i dnie na dworze. Szybkie wpadanie do domu (swojego albo koleżanki) na kubek wody albo chleb z masłem i cukrem (śmietaną, dżemem, nutellą, pasztetem, serkiem, co kto miał pod ręką). „Mamo ja nie mam czasu, w głupka gramy.”

Nikt o nas nie mówił, że jesteśmy patologiczni. Czasem ktoś dostał reprymendę za wybite szyby w piwnicznych okienkach (do dziś mam bliznę na kolanie, ale mnie berek nie złapał). Czasem trzeba było szyć głowę na pogotowiu, a uczynni sąsiedzi byli szybsi niż karetka (moja siostra jak nikt rzucała kamieniami, ale czasem nie trafiła w cel…). Mieliśmy sposoby na wszystko. Wiadomo było, kto ma plastry w kieszeni, a rivanol barwił naszą skórę dość regularnie. Każdy znał wodę utlenioną z pieczącą pianką, albo liście babki, liście chrzanu … Bo dzięki samodzielnym wyprawom za blok, za tory, na „tamto osiedle” zawsze wiedzieliśmy jak sobie poradzić samodzielnie z powierzchowną raną albo brakiem czasu, by pobiec do domu po papier toaletowy czy chusteczkę do nosa.

I nikt nie dzwonił na policję, kiedy widział grupę dzieci wrzeszczących i bawiących się cegłami. Berek miał różne odmiany, a klocków lego było jak na lekarstwo. Bawiliśmy się wszystkim, co było pod ręką, poznając świat, eksperymetując. Nikt nie miał w zwyczaju wjeżdżać na pełnym gazie na osiedle, bo zawsze tam można było spotkać dzieci. Wszyscy kierowcy uważali. Jechali wolniej, albo parkowali dalej od placów zabaw. Zresztą – mniej było samochodów, mniej pracy do wieczora, ludzie mieli więcej czasu. Siedzieli na ławeczkach pod blokiem i pili herbatę, częstowali się ciastem, kanapkami, robili grilla z cudem zdobytej i cudownie rozmnożonej dla wszystkich podlaskiej. Kiszone ogórki Pani Zofii Ł., którymi częstowała dzieci przeszły do legendy.

Place zabaw budowano pod oknami mieszkań, aby dzieci były widoczne dla rodziców, którzy odpoczywali po pracy, gotowali obiad, zajmowali się domowymi sprawami.

Teraz jest inaczej.

Teraz dzieci bawią się pod oknem wśród zaparkowanych gęsto samochodów. Auta i spokój pod oknem stały się nowymi standardami.

Nie dzieci.

Dzieci przeszkadzają. Dzieci mają wrogów. I to okropnych. Bo prawdziwych. Istnieje też prawo przeciwko dzieciom.

Kiedyś też każde osiedle miało swoją czarownicę. My też mieliśmy. Był taki murek w miasteczku na Pomorzu, gdzie się wychowałam.

Nie było dziecka, które mogło się oprzeć chęci, by się przejść murkiem. Piękna 20-metrowa trasa obok pachnących róż. Szeroki rant miał ten murek, który mógł mieć wiele zastosowań. Ale wkrótce stał się trasą tylko dla najodważniejszych. Bo dwa okna z sześciu umieszczonych na parterze bloku nad różami należały do Groźnej Pani. Zawsze siedziała w oknie i krzyczała, czasem zdarzało jej się rzucać ziemniakami w chodzące po murku dzieci. Ja się bałam Czarownicy. I pod jej oknem schodziłam z murku, aby wejść na niego 2 m dalej. Moi odważniejsi koledzy i koleżanki nie przejmowali się uciążliwą sąsiadką. Tym bardziej, że obok w oknach siedzieli inni ludzie i częstowali dzieci cukierkami z tych okien na tym murku. Groźna Pani była dla dzieci czarownicą, która wreszcie pewnego dnia zniknęła. Obok Czarownicy mieszkali Sprzymierzeńcy, a świat był zaczarowanym miejscem.

Ale do dziś, kiedy tamtędy przechodzę, irracjonalnie drżę gdy moje dzieci bezkarnie wskakują na murek i gnają na złamanie karku. Róż już nie ma. I nikt nie reaguje przemocą. Wspomnienie jednak zostało.

Teraz podwórkowe Czarownice są bardziej niebezpieczne. Potrafią wyzywać rodziców dzieci od patologicznych meneli. Dzwonić na policję. Wzywać opiekę społeczną. Wszczynać wojny na poziomie lokalnym. Wjeżdżać w dzieci samochodem, trąbiąc i strasząc wszystkich dookoła. Nie tylko dzieci. Bo kto by nie dostał zawału widząc, jak auto wjeżdża w grupę dzieci na osiedlowej uliczce…

Tylko dlatego, że dzieci siedzą na krawężniku i grają w karty. Tylko dlatego, że chodzą po dachu garażu (kto nie chodził?), wspinają się na drzewa, próbują sił w samodzielnym byciu sam na sam ze społecznością swoich rówieśników i sąsiadów. Próbować sił ze światem - bez rodziców, którzy zawsze pomogą wstać, za nich rozwiążą konflikt, albo zaproponują zabawę – oczywiście zawsze z edukacyjną pointą.

Lubię to! Skomentuj174 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości