A Krawczyki nieźle mieszają:
1. Najpierw Pani Aneta namieszała wokół Samoobrony, zbiorowo niemal traktując to ugrupowanie za ojca swej córeczki, co nie sprawdziło się przynajmniej w dwóch przypadkach wodzowskich... A szkoda! Bezowocne poszukiwania ojca dziecka Anety Krawczyk zaowocowały gorzkimi oskarżeniami o mobbing, molesting, gwałting i reting całej samoobronnej czołówki. Afera nie została zamknięta, sprawa nie została zamknięta i żaden podejrzany, który stałby się oskarżonym i skazanym, też nie został zamknięty...
2. Potem Andrzej, były już minister prezydencki, został oskarzony o kłamstwo lustracyjne. Owszem, podpisał, ale tylko, by zobaczyć nowonarodzoną córeczkę! Rozumiem - sam mam pierworodną, urodzoną 16 grudnia 1981 roku...
Dziś Pan Andrzej usłyszał: "Andrzej Krawczyk nie skłamał w swoim oświadczeniu lustracyjnym - tak brzmi wyrok sądu w sprawie byłego ministra w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Krawczyk domagał się uznania, że nie był agentem PRL-owskiego WSW. Sąd to potwierdził i dodał, że "sam fakt podpisania zobowiązania nie oznacza, że ktoś był agentem".
Łabędzia to pieśń Sądu Lustracyjnego, w której najważniejszy jest refren:
"sam fakt podpisania zobowiązania nie oznacza, że ktoś był agentem".


Komentarze
Pokaż komentarze (7)