Kiedy żołnierz umiera zaraz podnosi się larum, że ginie na straży obcych nam interesów imperialnych USA, że niech ministrowie sami jadą, zamiast wysyłać chłopców, że po co nam to, że ludzie jeśc co nie mają a my tutaj kolejną wojenkę. Tumult pojęciowo-słowny.
Myślę jednak że możnaby się zastanowić nad czym innym, niż publicystycznymi odruchami. To znaczy postawić pytanie - gdzie są granice suwerenności? Czy jadąc do Iraku, albo np. w niedalekiej przyszłości byc może wysyłając kontyngent morski do Zatoki Gwinejskiej - bronimy niepodległości Polski?
Tym bardziej zastanawiam się przy pomocy jakich pojęć, jakim językiem należałoby definiować suwerenność i zespół wartości, interesów ważnych dla suwerenności kraju? Na tej podstawie warto by było dobrze przemyśleć zarówno politykę zagraniczną jak i jej niezbędne zaplecze, swoistą "fleet - in - being" - czyli sprawną armię.
Czy jeszcze obowiązuje dewiza Becka (i czy kiedykolwiek obowiązywąła), że są rzeczy i sprawy w dziejach narodów bezcenne a w Polsce taką rzeczą jest honor? I co to jest ten nasz honor a.d.2007? Nawiązuję tutaj do dewizy Józefa Becka, ponieważ jego słynne przemówienie w Sejmie nie było, moim zdaniem, żadną eksplikacją interesów Polski, tylko wyrazem kompletnej bezsiły dyplomatycznej i sytuacji tragicznej.
Zgadzam sie zupełnie z odczuciem że mało kto z nas czuje jakąkolwiek łączność emocjonalną pomiędzy interwencjami tysiące kilometrów stąd a naszym bytem niepdoległym - cokolwiek to znaczy. Tylko czy łączność emocjonalna powinna być wyznacznikiem słuszności lub nie decyzji politycznych i militarnych? Ciekawe jednak że Irak budzi w społeczeństwie opór a np. Monte Cassino wzrusza.
Wiele zależy od języka jakim się mówi o interesach Polski, np. jeżeli uznamy niepodległość energetyczną za ważny wyznacznik suwerenności , czyli de facto energetyczną dywersyfikację a nie samowystarczalność (bo nie jesteśmy do niej zdolni), to może się okazać, że dla naszej niepodległości konieczne jest posiadanie silnej marynarki wojennej, takiej, która jest zdolna eskortować gazomasowce z okolic równika, np. Giwnei przez Atlantyk i Cieśniny Duńskie do portów polskich lub sprzymierzonych. Albo jeszcze lepiej - może się okazać, że musimy być zdolni do zbrojnej projekcji w okolicach Antarktydy, aby potwierdzić swoje do niej prawa i nie być smętnie wystawionymi za drzwi przez innych. Wysłanie polskich komandosów z Gromu i poskiego lotniskowca w okolice Antarktydy? Stacja Arctowski jako baza świeżo zakupionych w roku 2015 f-35? Czemu nie, tylko proszę bez szarż na ostatnią chwilę, wedle zasady "Ja z Synowcem na czele i jakoś to będzie".


Komentarze
Pokaż komentarze