Czytam i nie rozumiem, na czym polega owa straszna narodowa dyskusja nad "Strachem " J.T.Grossa, tak jakby wcześniej nie było innych książek na podobny temat, jakby nie było setek różnych - właśnie - bardzo różnych, świadectw.
Polacy w czasie wojny byli różni, tak jak ludzie na świecie -są różni. Tak jak na świecie jest raczej przewaga ludzi którzy w kluczowym momencie okazują się kanalią, czy chociażby biernym świadkiem, legitymizatorem zbrodni (odsyłam do efektów eksperymentu Stanleya Milgrama z roku 1961) - tak okazało się, że w kraju dosc biednym i zrytym przez historię - spora część społeczeństwa okazała się takimi właśnie ludźmi. Chętnymi do wyrwania poduszki umierającemu spod głowy, z opcją ewentualnego odrąbania tej głowy przed czasem.
Że ludzi prawych i uczciwych jest mniejszość i że żyją jako owce wśród wilków - to wiadomo też od dawna.
Że niestety Polacy są masie swojej społeczeństwem mało otwartym i tolerancyjnym - z różnych historycznie powodów - to też wiadomo i niepotrzebne są szczegółowe badania, wystarczy poczytać i przebadać tonację wielu wpisów - w tym tych, które niechybnie pojawią się pod tą notatką.
Większość zdarzeń opisywanych w "Strachu" Grossa była opisana wcześniej. Większość jest dobrze uzasadniona źródłowo. Można dyskutować z interpretacją i diagnozą, ale trudno nie mieć żalu do instytucji (także mojej, własnej) gloszącej z zapałem miłość bliźniego, że nader często, nie tylko w tamtych czasach, ale ogólnie, doprowadza pojęcie bliźniego do pojęcia "swój".
Tymczasem przecież w oczach Boga "nie masz Greka ani Żyda" i jakby tego było mało:


Komentarze
Pokaż komentarze