Prasa ciągle donosi o kolejnych perypetiach świętości Jana Pawła II, który został Człowiekiem Wojtyłą. Trwają zakłady kiedy ogłosi się go błogosławionym, a potem świętym, tabloidy czasem pokażą dziecko czy dorosłą uzdrowioną cudownie w imię przyszłego świętego a co kwiecień i co październik kolejne tak zwane gwiazdy, planetoidy i inny absolutnie kosmiczny śmieć – śpiewając - egzaltuje się głębokim przesłaniem Papieża (nie piszę jakiego bo dla wielu mieszkańców naszego kraju Papież był i pozostanie jeden, niepodzielny, polsko-podhalański jak owczarek na straży kierdla owiec). I tak dookoła Karol. Rocznice pontyfikatu, pielgrzymek, śmierci, święceń. Kiedy oglądałem na żywo uroczystości pogrzebowe w TV, rzeczywiście czułem coś w rodzaju poruszenia, trudno nie było nie czuć. Bo to był Wielki Człowiek, ale – myślałem sobie wtedy i myślę teraz – Wielkość najczęściej oznacza niewygodę, dyskomfort. Przymilnie w życiu jest najczęściej (nie zawsze, ale najczęściej) w towarzystwie idiotów i/lub konformistów. Wielki Człowiek umierał i umarł na oczach świata. Mówi się o Ostatniej Katechezie. Być może. Tylko jeżeli była to zamierzona w jakimś stopniu Katecheza Śmierci (Teatr Rapsodyczny do końca!) to chyba podobnie jak wszystkie poprzednie Katechezy nader łatwo dała się przerobić na duchowy Pavulon, ciepłą kremówkę, która nie staje w gardle, wchodzi gładko jak masełeczko świeżuteńkie.
Te wyścigi prasowo-medialne na to kto dotrze bliżej procesu beatyfikacyjnego, kto załapie się na przeciek zdają się świadczyć o podtrzymywaniu iluzji, a dojrzałość to podobno wyzbywanie się iluzji, w tym także zbiorowych. Iluzji że Jasio Pawełek nie umarł wcale, ale śpi i wstanie kiedyś jak śpiący rycerz. To zawoalowana odmowa przeżycia żałoby i przyjęcia do wiadomości, że JP2 już nie ma, że odszedł, być może w stronę nadziei jaka jest udziałem ludzi wierzących, ale też poza horyzont doczesności. Owszem, przykład życia, nauki, symboliczne gesty – to wszystko zostało zapisane, ale nie jest odczytywane albo jest odczytywane na poziomie czytanki dla Janka (nomen omen).
Kiedy czytam kolejne doniesienia o tym jak postępuje proces uznawania Wielkości (bo to takie kościelne miano wielkości – świętość), myślę też, że dla mnie, tutaj, w roku 2008 to sprawa już kompletnie pozbawiona znaczenia. Mam głębokie poczucie, że żyłem w świetle kogoś niezwykłego, być może świętego. Podobne wrażenia pozostały mi sekundzie obcowania z Bratem Roger z Taize i Matką Teresą z Kalkuty, a to że Brat Roger nigdy nie zostanie uznany w swojej wielkości za Świętego, to mnie jakoś mało obchodzi. Bóg swoich rzeczywiście rozpoznaje, tako rzecze legat papieski w przed szturmem Tuluzy, chrześcijańskiego miasta w roku 1242 roku.
Z JP2 podobnie. Zamiast tej niezdrowej ekscytacji, która każe rozglądać się za kolejnymi cudami, lepiej przeczytać homilie, niekoniecznie te "polskie", może nawet lepiej te światowe, wydane przez Znak.


Komentarze
Pokaż komentarze