Mam pecha. Dwa razy, raz po raz wrąbałem się na rafy zastawione na mnie przez wydawnictwo „Bellona”. Ceniłem swego czasu serię „Bitwy historyczne”. Opisy bitew w tych książkach nie zajmują więcej niż 30% zaś resztę zajmują rozległe opisy epoki, ustrojów, społeczeństw, które w ramach bitew historycznych się ścierały. I to było miłe. Było, bo ostatnio chyba coś się popsuło. Zacznijmy od ksiązki „Powstanie Spartakusa 73-71 p.n.e” autorstwa Bernarda Nowaczyka. I szczęka opadła mi, bowiem na ile znam warsztat historyka, to jednak wymaga się od historyka trochę więcej niż kompilacji. Pierwsze co rzuca się w oczy to spore ubóstwo źródeł a przy tym natrętne posługiwanie się analogią jako jedną z głównych metod badawczych i interpretacyjnych. Do tego zupełnie rozbroił mnie opis warunków naturalnych i meteorologicznych w dolinie Padu, które to warunki miały skłonić Spartakusa do zmiany kierunku marszu. Otóż ten opis to przekleja z wikipedii i opisuje obecne warunki w Dolinie Padu. Jaka konkretnie panowała pogoda w chwili gdy stanął tam Spartakus, jak zmienił się klimat – tym się autor ksiązki historycznej wydanej w szanowanym jednak wydawnictwie – nie zajął. A że klimat się zmieniał na przestrzeni krótszych okresów, wymuszając rozliczne perturbacje natury politycznej i strategicznej – nie trzeba chyba nikogo przekonywać. W końcu we wczesnych wiekach średnich można było spokojnie wypasać bydło na Grenlandii, która tak jak dzisiaj kojarzy się z lodem, tak wówczas kojarzyła się z zielenią. Z kolei kilkaset lat później na lodzie skuwającym północną i środkową część Bałtyku przez większą część roku rozstawiano gospody i saniami podróżowano z Prus do Szwecji.Przywołana biografia Marka Krassusa jest zaledwie stronicowym ustępem, którego stylistyka i gramatyka jasno wskazuje na to, że został tutaj przepisany opis hasła „Marek Krassus” z wikipedii lub encyklopedii. Encyklopedia i wikipedia pojawiają się nader często w przypisach przy opisach miast, biografiach, innych okolicznościach. No obciach Panie historyku.

Jednak Piotr Derdej, autor ksiązki „Koronowo 1410” poszedł w swoim niedbalstwie i nonszalancji jeszcze dalej. Gdyby to był przewodnik, gawęda dziadunia na polach pod Łąckiem – to by się świetnie broniło, ale jednak książka to książka, do tego historyczna. Otóż autor nie zajmuje się nawet tak przyziemnymi sprawami jak uzbrojenie i sposoby wojowania stron. Na stukilkudziesięciu stronach snuje w znacznej mierze retoryczne komentarze do Długosza i prac oraz syntez napisanych przed nim stając się komentatorem, który nic nie wnosi do stanu badań a jedynie obszernie cytuje na dwóch stronach a następnie pisze w jednym zdaniu czy dwóch że się zgadza lub nie zgadza. Niektóre passusy z Jasienicy czy Długosza w niezmienionej formie pojawiają się czasem po dwa, trzy razy w niewielkiej książce, co wystawia z kolei fatalną notę redaktorowi pozycji. Nadto drażniące nadużywanie wykrzyników, znaków zapytania, podkreśleń, wytłuszczeń sprawiają wrażenie obcowania z brulionem. A wszędzie ani grama naukowego porządku, namysłu, refleksji. Nawet opis bitwy jest obszernym cytatem. Jedyny fragment w którym autor przejawia jakąś inicjatywę to podsumowanie w którym rozwlekle opisuje wizję wielkiej Rzeczypospolitej od Bałtyku, przez Adriatyk po Himalaje, gdyby tylko Jagiełło doprowadził Wielką Wojnę do szczęśliwego końca czyli zniszczenia Państwa Zakonu Krzyżackiego. A szkoda, bo bitwa pod Koronowem to rzeczywiście niezwykłe i ciekawe zdarzenie, jedna z ostatnich o ile nie ostatnia bitwa stoczona zgodnie z rycerskim ceremoniałem i wedle kodeksu honorowego.
A może tera taka moda, że hiostorykiem każdy być może i potrafi?
Komentarze
Pokaż komentarze (2)