Radek Jurodiwy Wiśniewski Radek Jurodiwy Wiśniewski
60
BLOG

MSZA ZA TYBETAŃCZYKÓW - W TRYBIE WYJAŚNIAJĄCYM

Radek Jurodiwy Wiśniewski Radek Jurodiwy Wiśniewski Polityka Obserwuj notkę 3

Chrystus wiele razy pytał swoich uczniów za kogo go uważają, wiele razy wspominał o tym, że kto za nim podąża, ten będzie zbawiony. Ale w kazaniu na górze, centralnym tekście ewangelicznym, wyrażającym uniwersalne przesłanie Chrześcijaństwa jakby zapomniał o dbaniu o elitarność wiary, doktryny. Okazuje się że jest osiem przypadków na tyle powszechnych i uniwersalnych że nie stawia się im warunków wstępnych, osiem sytuacji granicznych w których Bóg obiecuje nadzieję i bezpośrednią interwencję w sprawie. Wśród tych ośmiu, mówi się o tych, którzy łakną i cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości. Dla Chrystusa nie jest istotne, jakiego wyznania są owi cierpiący, czy mają proste czy skośne oczy, długie czy krótkie nosy, czy posługują się Greką, Łaciną, Sanskrytem. Ważna jest podstawowa sytuacja, właściwość ich losu. Nie tyle cierpią niesprawiedliwość, ale cierpią dla sprawiedliwości, czyli upominają się o prawa podstawowe, wydawałoby się oczywiste. To cierpienie intencjonalne. Spotykamy się na mszy, której intencja w uszach wielu z Was może brzmieć dziwnie. Tybet to odległa kraina, o niejasnym statusie, zamieszkała przez ludzi o innej fizjonomii, dziwnych, trudnych do wymówienia imionach, śniadej skórze, lekko skośnych oczach w niemal stu procentach wyznających buddyzm w dość specyficznej, bardzo barwnej odmianie, nazywanym Diamentową Drogą, Wadżrajaną lub po prostu buddyzmem tybetańskim. Dlaczego mielibyśmy się modlić za nich? Właśnie dlatego, że według wszelkich informacji są to ludzie w pokorze znoszący cierpienia dla sprawiedliwości. Dalaj Lama, nazywany przez chińskich komunistów agentem CIA, terrorystą, oświadczył kiedyś, że jako mnich może reprezentować swoich ludzi tylko o tyle, o ile powstrzymają się od używania przemocy, walki zbrojnej i jak dotąd Tybetańczycy go słuchają ginąc za posiadanie zdjęcia Dalaj Lamy, godząc się na więzienie, tortury, szykany. Świat w większości nie zna imion tych bitych i mordowanych, a jeżeli nawet zna, to nie potrafi się za nimi skutecznie ująć, imiona są zbyt trudne do wymówienia. Dlatego ta Msza nie jest tylko w intencji Wolnego Tybetu, w intencji bezosobowych „jakichś” bitych, „jakichś” uwięzionych. Dlatego wśród innych zdecydowaliśmy się przypomnieć chociaż jedno z tch dziwnych imion – Kelsang Namco. Nie odpowiem wam kim była, bo niewiele o niej wiemy, wiemy jak zginęła. Razem z grupą uchodźców w październiku 2006 roku zdecydowała się na ryzykowną wyprawę przez Himalaje, przez przełęcz Nangpa-la w kierunku Nepalu i Indii. Nie wiemy czy dlatego, że chciała zobaczyć Dalaj Lamę, czy dlatego że ma po drugiej stronie Himalajów rodzinę czy może te rodzinę zostawiła właśnie w Tybecie. Pod przełęczą grupa uchodźców została wypatrzona przez grupę funkcjonariuszy wojsk ochrony pogranicza. Co było dalej wiemy dzięki grupie himalaistów wspinających się na pobliski ośmiotysięcznik Cho Oyu. Dzięki nim świat zobaczył w stereo i w kolorze jak chińska armia strzela do bezbronnych ludzi brnących przez śnieg ku przełęczy. Ciężko im się szło, przełęcz leży na wysokości 5700 metrów, tam już ciężko się oddycha, w powietrzu jest niewiele tlenu i jest on rozrzedzony. Jedną z ofiar, wiemy to z relacji innych uchodźców z tamtego pochodu – była trafiona w plecy Kelsang Namco. To było dwa lata przed olimpiadą. Świat widział i wiedział. Ale wydawało się jakoby nikogo nie było, kto dałby radę powiedzieć, że jednak w tym świecie nie ma możliwości by jedną ręka pozwalać na strzelanie ludziom w plecy a drugą głosić chwałę olimpijskich ideałów. Spróbujmy uczyć się tych imion, wymawiać je czasem na głos – ostrożnie i z należytą powagą. Mieć imię to znaczy istnieć. Dlatego satrapie i tyranie dążą do uczynienia swoich ofiar anonimowymi. Kelsang Namco – zabita na podejściach Nangpa-La, Tendzin Delek Rinpocze, skazany w kapturowym, jednodniowym sądzie na śmierć, któremu w wyniku szerokiej międzynarodowej kampanii zamieniono ten wyrok na dożywocie, Tenzin Cunde, uchodźca, który urodził się w Indiach i nigdy nie widział swojej Ojczyzny, znany z prostych wierszy i z tego że w tym roku zorganizował pokojowy marsz młodych Tybetańczyków do granicy, tak aby mogli zobaczyć chociaż przez chwilę swoją Ojczyznę.

To powyższe to słówko ode mnie, które w podobnej formie padnie jutro w Częstochowie. Publikuję je w celu wyjaśnienia i objaśnienia, że nie ma być to manifestacja takich czy innych poglądów politycznych ale gest etycznej solidarności z prześladowanymi za przekonania.

Pozdrawiam i zapraszam

 

Radi

"Sporo rąk i zbyt mało głów i tylko nie mów mi bzdur, że to dla mnie" L. Janerka

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka