Dokończyć Zimną Wojnę
Z Władimirem Bukowskim rozmawia Tomasz Sommer
- Od kilku lat jest Pan członkiem komitetu „2008: Wolny Wybór". Komitet ten chce doprowadzić do demokratyzacji w Rosji, a zwłaszcza chce zapobiec dalszemu sprawowaniu władzy przez Władimra Putina, któremu w 2008 roku kończy się ostatnia konstytucyjna kadencja. Na czym polegają działania tego komitetu?
- W tej chwili w Rosji zamarła praktycznie wszelka swobodna działalność publiczna. Ten komitet ma zamiar doprowadzić do zmiany tej sytuacji. Postanowiłem przyłączyć się do tego komitetu wraz z ElenąBonner*, w celach czysto symbolicznych. Nie biorę więc właściwie udziału w jego praktycznych działaniach. Szefem komitetu jest Garry Kasparow", który pragnie bardzo aktywnie włączyć się w życie polityczne. Zawsze się z nim spotykam, gdy odwiedza Londyn.
- Jak Pan ocenia „pomarańczowe rewolucje ", które zdarzają się coraz częściej w krajach postsowieckich? Czy nie dają one nadziei na prawdziwe wyzwolenie tych krajów spod wpływów Kremla?
- Z mojego punktu widzenia „pomarańczowe rewolucje" to w większości walki klanowe wewnątrz establiszmentu. Ogromny publiczny oddźwięk na te działania pokazuje, jak bardzo te społeczeństwa chcąjakiejś zmiany, ale obawiam się, że ten entuzjazm szybko wyparuje, gdy nowi władcy na serio rozgoszczą się w gabinetach, które udało im się zdobyć. Wszystko to przypomina mi nieco „rewolucje" do jakich dochodzi co jakiś czas w krajach Ameryki Południowej.
- „Pomarańczowe rewolucje " mają jednak duże znaczenie w polityce międzynarodowej. Są zwykle odbierane jako klęska Rosji w danym regionie.
- Nowi władcy na Ukrainie oraz w Kirgizji na pewno szybko odbudują dobre stosunki z Rosją. Właściwie można powiedzieć, że od samego początku byli na to przygotowani. To, że te „rewolucje" odbierane sąjako„klęska Rosji" wynika moim zdaniem ze sztywnego stanowiska Władimira Putina.
Może się zresztą okazać, że Putin zamiast dogadywać się z nowymi władcami postawi na destabilizację, czyli utrzymywanie wiecznego zamętu w ich krajach. Próby takich działań widzieliśmy w Gruzji, gdzie Rosja kontroluje Abchazję i przy pomocy tego kraiku trzyma rękę na pulsie wydarzeń. A Ukraina moim zdaniem jest jeszcze bardziej wrażliwa na takie działania. Wynika to z tego, że jest ona tradycyjnie podzielona na mocno odrębne części - wschodnią i zachodnią, co łatwo może się stać polem do jakiejś gry. Tym bardziej, że na wschodzie mieszka duża mniej szość rosyj ska, którą Kreml na pewno zechce „chronić".
-Jak Pan ocenia postawę Rosji Władimira Putina podczas wojny w Iraku. Czy sojusz Ameryki z Rosją, który wykrystalizował się podczas tego konfliktu nie był dowodem naiwności prezydenta George'a Busha i jego wielkim błędem?
- To był więcej niż błąd. Przez lata starałem się zaalarmować kogo tylko się dało, że postrzeganie Rosji na Zachodzie jest całkowicie fałszywe. Ale polityczny establiszment Zachodu po prostu nie chce znać prawdy. Tym politykom znacznie wygodniej jest zamknąć oczy na to, co dzieje się na Wschodzie i udawać, że nic nie wiedzą. Po raz kolejny, tak było przecież kilka razy za czasów sowieckich, polityczny establiszment Zachodu zachowuje się nie-honorowo, w sposób wymijający i po raz kolejny skończy się to katastrofą.
- Co więc obecnie dzieje się w Rosji?
- W sposób dokładnie sprzeczny z tym co sądzi się na Zachodzie, Rosja wcale nie znajduje się na drodze do demokracji i gospodarki rynkowej. Wytworzyła się tam dość specyficzna forma „demokracji", w której, jak podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Rosji, ludzie mają wybór między przywódcą komunistów, a pułkownikiem KGB. To jest obecna rosyjska demokracja.I wygrało KGB. Czyli po dziesięciu latach pewnych wahań, pół i ćwierć reform, władza ponownie trafiła całkowicie w ręce tych, którzy tak naprawdę nigdy do końca jej na utracili. Ci ludzie szybko potwierdzili, że są znów u władzy także w sposób symboliczny-przy-wracając hymn Związku Sowieckiego oraz czerwoną flagę w armii.
W efekcie znów mamy więźniów politycznych. Zamyka się ludzi, którzy mają czelność nie zgadzać się z polityką wobec Cze-czenii, czy nawet... skażeniem środowiska naturalnego przez wojsko. Równocześnie w samej Czeczenii prowadzi się działania, które trudno określić inaczej niż ludobójstwo.
Ale o Czeczenii się przynajmniej gdzie niegdzie mówi. Tymczasem nikt jakoś nie komentuje rzeczy bardziej w sumie istotnej, a znacznie mniej widocznej, czyli demontażu fasad rosyjskiej demokracji dokonanego przez Putina. Rosyjska konstytucja została dosłownie zdemolowana, dwuizbowy parlament rozmontowany, federalną strukturę państwa przekształcono w scentralizowaną, niezależne sądy straciły swą niezależność, a Kościół prawosławny stał się w gruncie rzeczy częścią aparatu państwowego. Oczywiście zlikwidowano wolność prasy, a niezależnym działaczom gospodarczym pokazano gdzie ich miejsce - za kratami. Co więcej, do urzędów przywrócono ludzi z wywiadu i służby bezpieczeństwa. W sumie te zmiany sprawiają, że Rosja wygląda jak bomba z opóźnionym zapłonem.
Tymczasem zachodni, zwłaszcza europejscy przywódcy, jak gdyby nigdy nic spotykają się z Putinem i przyjacielsko poklepujągo po plecach. I chyba nic nie jest w stanie popsuć tej miłosnej atmosfery.
- Mógłby Pan wyjaśnić nieco szerzej, z jakiego rodzaju reżimem, Pana zdaniem, mamy obecnie do czynienia w Rosji? Jakie są cele jego liderów i ich strategie? Czy może dojść do resowietyzacji Rosji?
- Ponieważ system sowiecki nigdy z Rosji nie został wykorzeniony, ani ostatecznie pokonany, duża część jego struktur ostała się praktycznie nietknięta. Przede wszystkim bez większych zmian pozostało podejście ludzi sowieckich do świata. Ich światopogląd jest ciągle taki sam i większość z nich wcale nie przyjmuje odejścia starego systemu za coś oczywistego. Tego typu postawa jest charakterystyczna szczególnie dla przedstawicieli wojska, biurokracji i szeroko pojętego aparatu bezpieczeństwa.
W rezultacie w Rosji mamy obecnie dość schizofreniczną sytuację, gdzie jedna noga wciąż tkwi w przeszłości, druga jest ciągle w powietrzu, chce stanąć w jakiejś mitycznie szczęśliwej przyszłości, ale nigdy tam nie dotrze. W dodatku nakłada się na to wzrost przestępczości, która z kolei wrasta w struktury państwa - podobno FSB, w mniejszym czy większym stopniu, kontroluje zorganizowany świat kryminalny.
Rosyjscy liderzy to doskonała emanacja tej sytuacji, co nie jest niczym specjalnie dziwnym, bo większość z nich to byli funkcjonariusze KGB średniego szczebla z prowincji z wbudowanymi kompleksami i ograniczeniami takiego pochodzenia. Spędzają oni czas zapewniając się wzajemnie, że Rosja, bo oni nie odróżniają w gruncie rzeczy Związku Sowieckiego od Rosji, to wciąż wielka potęga i tak jak nakazuje im ich gangsterska mentalność, są przekonani, że w związku z tym wciąż powinna być traktowana z respektem. Nie przeszkadza im w takim myśleniu fakt, że Rosja jest w ciężkim położeniu ekonomicznym, choć najbardziej doskwiera im świadomość istnienia zagranicznych długów.
Przy takiej samoświadomości ich polityka zagraniczna z natury rzeczy też musi być schizofreniczna. Z jednej strony chcą oni od Zachodu akceptacji, szacunku, pomocy i pieniędzy, a z drugiej nie chcą się od Zachodu uzależniać - czyli nie można liczyć z ich strony na jakąkolwiek wdzięczność za te pieniądze i okazywany szacunek.
Przykład typowo sowieckiej gry mieliśmy podczas wojny w Iraku. Ponieważ doszło podczas niej do rozłamu w NATO i UE, Putin przyjął rolę rozgrywającego. Udawał przyjaciela Stanów Zjednoczonych, starając się tak naprawdę rozgrywać jedną część NATO przeciwko drugiej, ajednocześnie zarabiać na dozbrajaniu Saddama Husajna. Przez pewien czas wydawało mu się, że będzie mógł prowadzić taką grę w nieskończoność. Ale blef został spostrzeżony i Rosja została na lodzie. Rosyjskie próbki gry w pierwszej lidze wyglądająnaprawdę żałośnie.
Z drugiej strony są one możliwe tylko i wyłącznie z uwagi na tolerancyjne podejście Zachodu. Wszystkie doniesienia mediów o gierkach Putina nie robią na Białym Domu najmniejszego wrażenia. Podczas wojny w fraku mówiono nam, że Francja powinna zostać ukarana, ale Rosji trzeba przebaczyć. Dlaczego? Bo potrzebujemy Rosji do rozgrywki z Koreą Północną! Jezu Chryste! Czy ci ludzie kiedykolwiek czegokolwiek się nauczą? Czy chcą po raz kolejny włazić do tej samej rzeki? To nie jest śmieszne. Przecież wiadomo, że gdy dojdzie do rozgrywki z Koreą Północną czy Iranem, Rosja nie będą się zachowywać dokładnie tak samo, jak to robili w przypadku Iraku. Zaoferują mediację, jednocześnie sprzedając broń Irańczykom i Korei. Będą starali się przedłużać konflikt w nieskończoność, mając nadzieję na nieprzerwane czerpanie korzyści. A w końcu, gdy zostaną przyłapani na gorącym uczynku, Zachód znów im przebaczy, bo przecież będzie potrzebował rosyjskiej asysty w jakimś innym konflikcie. Czy takie zachowanie Zachodu także nie wygląda dość żałośnie?
Wracając do pytania o możliwąresowietyzację, muszę stwierdzić, że w sensie dosłownym do niej oczywiście nie dojdzie, bo historia się nie powtarza. W dodatku do stworzenia czegoś takiego jak Związek Sowiecki potrzebni są fanatycy, a ludzie Puti-na to raczej cynicy i brutalni karierowicze. Ale ci postsowieccy politycy i urzędnicy zdążąjeszcze napsuć ludziom dużo krwi, czego można by uniknąć, gdyby udało się zablokować ich marsz po władzę. Trzeba pamiętać, że w chorym społeczeństwie nosicielem zarazków jest zawsze elita. Gdy więc w końcu postawiło się właściwą diagnozę, najbardziej chorych trzeba zawsze izolować od władzy, a nie stawiać na piedestale, bo wtedy grozi nam nawrót nieszczęścia.
- Czy jednak, gdy mówimy o Iraku i Iranie, nie jest tu ważny fakt, że Rosja ma swoje własne problemy z agresywnymi islamistami?
-Nie, Rosja po prostu nie ma takich problemów. Przeciwnie do tego, co stara się wmówić wszystkim rosyjska propaganda, Czeczeni nie są agresywnymi islamistami. To przedstawiciele małego narodu walczącego o niepodległość, stojącego wobec nieprzerwanej, brutalnej agresji oraz perspektywy całkowitego unicestwienia. Inne islamskie regiony byłego Związku Sowieckiego nie należąjuż do Rosji. W samej Rosji mamy jeszcze wprawdzie Tatarstan i Baszkirię, ale to są enklawy szczelnie otoczone rosyjskim żywiołem, w których panuje spokój i mało prawdopodobne jest, by stały się ogniskami zapalnymi. Tak więc z prawdziwym problemem mamy do czynienia tylko w Czeczenii i Inguszetii, gdzie jednak wcale nie chodzi o islam i gdzie wojna mogłaby się dawno zakończyć, gdyby Rosja wykazała się minimum dobrej woli.
Analizując zachowania „agresywnych islamistów", trzeba zresztą pamiętać o jednym. Muzułmański mesjanizm jest zjawiskiem daleko mniej niebezpiecznym niż mesjanizm socjalistyczny, któryjesz-cze do końca nie został wykorzeniony, a nawet w jakimś zakresie zaczyna odbudowywać swe siły. Wystarczy wskazać, że od początku XX wieku, gdzieś do lat 40. niemal wszyscy intelektualiści w Europie popierali socjalistyczny mesjanizm i jego zbrodnicze działania. Pod jego wpływem powstawały całe systemy państw, powstało jedno światowe imperium, organizowane były gułagi, wybuchały wojny, dokonywano zupełnie nieprawdopodobnych zbrodni. Tymczasem islamiści, to w gruncie rzeczy nieliczące się grupki młodych mężczyzn, którzy nie mają co ze sobą zrobić. To naprawdę nie jest poważny wróg, przeciwko któremu od razu trzeba ogłaszać wojnę światową, choć, o czym przekonali się Amerykanie, jego działania mogą być bardzo bolesne. Jednak nawet tak spektakularne akcje jak zamach z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku są wydarzeniami jednostkowymi, nie do powtórzenia dla ludzi bin Ladena.
- Podczas wojny w Iraku przez Europą przetoczyły się pacyfistyczne demonstracje. Demonstranci podobnego rodzaju nie odstępują na krok prezydenta Busha i członków amerykańskiego rządu, gdy tylko pojawią się oni w Europie. Jak Pan ocenia te zachowania? Dlaczego eurolewica broni takich dyktatorów jak Husajn?
- Te demonstracje to oczywiście nic nowego. Przed laty lewica broniła podobnie barbarzyńskiego Związku Sowieckiego. Przecież obecne demonstracje „pokojowe" są kopią „kampanii pokojowych" z początku lat 80. minionego wieku, gdy lewicowcom nie podobało się rozmieszczanie amerykańskiej broni atomowej w Europie. Gdy dzieci apelowały do prezydenta Reaga-na by „powstrzymał zbrojenia i uratował świat przed zagładą". Myślę, że nawet część uczestników tych demonstracji jest ta sama. To tylko potwierdza moją tezę z 1993 roku, kiedy uświadomiłem sobie, że Zimna Wojna nie została wygrana. Nie udało nam się całkowicie pokonać naszych wrogów ani na Wschodzie (gdzie ciągle rządzi komunistyczna nomenklatura, bądź jej spadkobiercy), ani na Zachodzie (gdzie sowieccy kolaboratorzy ciągle organizują nowe ruchy, a obecnie budują Unię Europejską). Gdy kilka lat temu, przed rozpoczęciem wojny w Iraku, fala tych wystąpień przetaczała się przez Zachód, wraz z Eleną Bonner napisałem list otwarty do prezydenta George'a Busha, by wskazać skąd naprawdę się one biorą. Oto jego treść:
„Zanim zaczną spadać bomby, nie zostawiając czasu na refleksję, naturalną rzeczą jest próba oceny sytuacji w takim kształcie, w jakim się ona prezentuje z rozsądnego dystansu. Imając to na uwadze, nie zamierzamy wcale popierać tych, którzy chcą Pana odwieść od militarnej akcji w Iraku. Przeciwnie, uważamy, że ta akcja jest spóźniona i Irakijczycy cierpieli pod rządami Saddama Husajna zdecydowanie zbyt długo. Tak samo nie podzielamy wcale uczuć wyrażonych przez miliony pacyfistów uczestniczących w ostatnich marszach przeciwko wojnie. Nasze własne doświadczenie życia pod nie mniej złym reżimem sowieckim, nauczyło nas, że wolność jest jedną z niewielu rzeczy, za jakie warto umierać. I wiemy też, że im prędzej taki reżim się obali, tym lepiej, ponieważ jak naucza nas historia, innego wyjścia po prostu nie ma, a podobne irackiej dyktatury, z samej swojej natury są opresywne wewnętrznie i agresywne zewnętrznie.
Podobnie, nie jesteśmy w stanie pojąć, dlaczego tak nagle istotną stała się sprawa udzielenie zgody na interwencję przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, skoro nie było to wcale tak bardzo ważne w przypadku znacznie bardziej kontrowersyjnej sprawy interwencji NATO w Jugosławii w 1999 roku. Z całą pew-nością Slobodan Milosević blednie przy wyczynach Saddama Husajna.
Dlaczego więc konieczne jest spieranie się o zezwolenie na działanie w słusznej sprawie ze strony reżimów nie różniących się zbytnio od dyktatury Saddama Husajna czy Związku Sowieckiego? Dlaczego mamy się zgadzać niemalże na eksterminację całych narodów, by inne miały spokój? Czy to nie jest przypadkiem cena nie do zaakceptowania za wątpliwe korzyści jakie wyciągamy z takich sojuszy?
Chodzi nam oczywiście o przypadek Rosji. Przeciwnie do popularnej wiedzy, powszechnej na Zachodzie, Rosja nie jest na drodze do demokracji i ekonomii rynkowej. Ostatnie wybory prezydenckie pokazały jakiego rodzaju demokracja tam panuje - wyborcy mogli wybierać pomiędzy przywódcą komunistów, pułkownikiem KGB. Na tym polegają wybory w rosyjskim stylu.
I w dodatku KGB wygrało. Po W latach wahań i półre-form, władza wróciła do przedstawicieli bezpieki i bardzo szybko udało im się odzyskać dawne wpływy w kraju oraz przywrócić dawne symbole Związku Sowieckiego - sowiecki hymn oraz czerwoną flagę w armii. Zamknięto ostatnie niezależne media. Znów zaczęto zamykać do więzień z przyczyn politycznych, czego nie robiono przez poprzednich 10 lat (...).
Pojawia się wiele informacji o tzw. zaczystkach (czyli czystkach etnicznych), podczas których cała ludność jakiejś wioski trafia do obozu filtracyjnego, jest torturowana, mordowana i przeżywają tylko ci, którzy są w stanie się wykupić. Korupcja w Rosji jest obecnie dosłownie nie z tego świata. To jest zresztą nie tyle korupcja, co system korupcyjny, w ramach którego KGB przewodzi zorganizowanym grupom przestępczym zajmującym się „ochroną", pobieraniem haraczu, handlem narkotykami i bronią, wreszcie zabójstwami na zlecenie. W rzeczywistości ci ludzie stworzyli kryminalny syndykat, żywo przypominający słynną organizację „ Spectre " z Jamesa Bonda.
Mimo to, gdy trwały działania prowadzące do zbudowania antyterrorystycznej koalicji, brytyjski premier Tony Blair, niewątpliwie po konsultacjach z Waszyngtonem, pojechał do Rosji i zaprosił ją do współpracy jako sprzymierzeńca. Wyraził swoje zadowolenie, że Rosja w końcu stanie ramię w ramię z Zachodem, bo, jak się wyraził „Rosja ma tak wielkie doświadczenie w zwalczaniu terroryzmu ".
Nigdy się nie spodziewaliśmy, że będziemy żyć wystarczająco długo, by usłyszeć takie słowa od jednego z zachodnich przywódców. Dła nas to brzmi niemal tak, jak stwierdzenie, że Niemcy „ mają wielkie doświadczenie w tym, jak postępować z Żydami ". Przecież Rosja, w swoim wcześniejszym wcieleniu jako Związek Sowiecki, dosłownie stworzyła nowoczesny terroryzm polityczny, wynosząc go do poziomu oficjalnej polityki państwowej. Po pierwsze dlatego by trzymać w ryzach własnych obywateli, a następnie by rozszerzyć swą władzę w świecie.
Rosyjskie „doświadczenie" w zwalczaniu islamskiego terroryzmu jest jeszcze bardziej spektakularne. Jak Pan bez wątpienia wie, to właśnie władcy sowieccy przez lata uzbrajali Saddama Husajna, wyposażając go między innymi w technologię umożliwiającą wyprodukowanie broni biologicznej.
Inny muzułmański kraj, Afganistan, jest prawdopodobnie jeszcze bardziej właściwym przykładem. Nie ma dla nas najmniejszej wątpliwości, że obecny, pożałowania godny stan tego państwa oraz obecność talibów, to bezpośrednia konsekwencja wywołanej przez Związek Sowiecki w 1978 roku „ rewolucji kwietniowej", a gdy ona zakończyła się klęSką komunistów, interwencji sowieckiej z 1979 roku, która rzuciła Afganistan w otchłań trwającej przez 20 lat wojny dOmowej takie właśnie „ doświadczenie " w sprawach islamu jest potrzebne Zachodowi?
Ale oczywiście, zacytowana powyżej wypowiedz Blaira była czymś więcej niż tylko rażącą głupotą. Miała ona zasygnalizować zmianę w stosunku Zachodu do rosyjskiej polityki wobec Czeczenii. Przed 11 września 2001 roku, zachodni krytycyzm wobec ludobójstwa, do którego dochodzi na Kaukazie, jakkolwiek miękki i ograniczony, ciągle powstrzymywał jednak Rosjan od całkowitej samowolki. Teraz, gdy Rosja została mianowana na sojusznika Zachodu, to ograniczenie zflii01^0- ^° Wle.~ cej, ta bezsensowna, ludobójcza wojna z małym narodem stała się polem doświadczalnym, na którym ma się Uczyc Zachód. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z takim podejściem, to dlaczego właściwie Slobodan Miloszević ciągle przebywa w więziennej celi w Hadze? W gruncie rzeczy powinien być przecież natychmiast zwolniony i nagrodzony Pokojowym Noblem za doświadczenie w walce z „ islamskim terroryzmem > terroryzmem Bośni i Kosowa. Przecież to, czego on w tych krajach dokonał, niewiele się różni od działalności Rosji w Czeczenii tyle że Jego wyczyny bledną przecież przy tych rosyjskich?
To oczywiście tylko początek. Największe niebezpieczeństwo wchodzenia w „partnerstwo " z kryminalnymi reżimami polega na tym, że nigdy nie poprzestaną one w wysiłkach, by ich przestępstwa zostały zaakceptowane i uznane za legalne i właściwe. Powoli, ale stanowczo, władcy Rosji zmuszą Zachód do akceptacji ich czeczeńskich zbrodni jako części walki z terroryzmem. Pana administracja już ugięła się pod tąpresją, wpisując część oddziałów czeczeńskich na czarną listę międzynarodowych organizacji terrorystycznych, jakkolwiek pana urzędnicy nie wiedzą o tych ludziach niczego ponad to, co zarzuca im KGB. Nagle zachodnie agencje zajmujące się bezpieczeństwem, stały się chłopcem do podawania piłek dla KGB, bo muszą aresztować każdego, kogo wskażą im czekiścijako „ terrorystów" oraz oczywiście rozpocząć procedurę ekstradycyjną nawet w przypadku takich osób jak powszechnie znany przedstawiciel legalnego rządu czeczeńskiego Ahmed Zaka-jew. Kontynuując taką politykę, można i nas spokojnie uznać za terrorystów. Skoro prezydent Putin uznał za terrorystów wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób wspierają Czeczeń-ców, to i my się kwalifikujemy.
Tak więc pierwszą ofiarą niewypowiedzianej ciągle wojny, w dodatku ofiarą przypadkową, jest podstawowa zasada, na której Pański kraj został zbudowany i która to zasada figuruje w Deklaracji Niepodległości, mówiąca oprawie narodu do powstania przeciwko tyranizującemu rządowi, bądź obcej okupacji. I w tej sytuacji popadam w konfuzję: Czy Jerzy Waszyngton był bojownikiem o wolność czy raczej zwykłym terrorystą?
Nie ma nic bardziej niebezpiecznego w wojnie idei niż podejście typu „polityka realna ", podejście, które sprowadziło na nas w przeszłości tyle klęsk. W końcu, czy odsądzany obecnie od czci i wiary Osama bin Laden nie jest w gruncie rzeczy produktem podobnego „małżeństwa z rozsądku"? Czy tak samo nie było w przypadku Saddama Husajna? I czy nie jest prawdą, że Pana nowy partner sprzedaje potajemnie broń (w tym technologie nuklearne) do krajów „ osi zła " nawet po tym jak został Pana sojusznikiem? Czy Stany Zjednoczone nauczą się kiedykolwiek czegoś z takich doświadczeń, czy zawsze będą starały się zwalczać starych wrogów, budując sobie równocześnie nowych, z którymi będą musiały się zetrzeć w przyszłości?
Za kilka dni, Panie Prezydencie, miliony widzów na całym świecie przykleją nosy do telewizorów by śledzić dramatyczny przebieg nowoczesnej wojny, ale właściwy obraz świata umknie ich uwadze. Skoncentrowani na fajerwerkach nowoczesnej broni, zafascynowani „inteligentnymi samolotami" w akcji, tylko od czasu do czasu zadamy sobie pytanie: dlaczego amerykański rząd nie jest tak inteligentny jak broń w którą wyposażył swoją armię? Dlaczego zawsze tak trudno jest wspierać ten rząd, nawet gdy wyrusza na wojnę w słusznej sprawie?
A gdy wojenny kurz opadnie, a Saddam Husajn zniknie, pozostanie daleko bardziej kłopotliwe pytanie: czy to naprawdę było zwycięstwo, czy może jednak klęska?
Z poważaniem, Władimir Bukowski i Elena Bonner "
- Czy w takim kontekście da się Pana zdaniem ostatecznie wygrać „Zimną Wojnę"? Co mamy zrobić, by osiągnąć autentyczne zwycięstwo?
- Dokładnie to, co powiedziałem: musimy wykończyć naszych wrogów zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Myślę, że jest rzeczą oczywistą, że wojna nigdy nie jest w pełni zwycięska i zakończona, dopóki nasi wrogowie pozostająprzy władzy. Dla przykładu proszę sobie wyobrazić, że w roku 1955, czyli 10 lat po zakończeniu II wojny światowej, były oficer gestapo zostaje kanclerzem Niemiec i publicznie ogłasza, że jest dumny ze swojej przeszłości. Co więcej przywraca hymn,,Deustchland, Deustchland iiber alles", a niemieccy żołnierze zaczynają paradować ze swastykami. Albo, że naziści organizują w poprzek Europy masowe demonstracje w obronie zbrodniarzy wojennych. Czy w takiej sytuacji moglibyśmy z czystym sumieniem stwierdzić, że II wojna światowa została wygrana przez zachodnie demokracje? Oczywiście nie.
Dlaczego jednak do takiej sytuacji nie doszło? Dlatego, że naziści zostali rzeczywiście pokonani, odsunięci od władzy, postawieni przed sądem w Norymberdze, a niemieckie społeczeństwo zostało poddane procesowi denazyfikacji. Nic podobnego nie zdarzyło się po zakończeniu Zimnej Wojny.
Powstaje oczywiście pytanie, czy coś takiego ciągle może się zdarzyć? Wydaje mi się, że może, ale do tego potrzebna jest radykalna zmiana w podejściu do tych spraw, jakie obecnie reprezentuje zachodni establiszment. I lepiej byłoby, gdyby do takiej zmiany doszło - inaczej nie będziemy w stanie rozliczyć się z problemem, o którym mówimy.
- Czy Pana zdaniem takie wojny jak ta w Iraku rzeczywiście rozprzestrzeniają demokrację?
- Starają się ją rozprzestrzenić, ale tak naprawdę wszystko zależy od miejscowych elit. Od początku przewidywałem, że po interwencji, zamiast stabilizacji przyjdzie okres wewnętrznych starć, nędzy, korupcji, a być może dojdzie nawet do przejęcia władzy przez stary reżim. I niestety tak się powoli dzieje. Czyli mamy do czynienia z tym samym procesem jaki zaszedł w Europie Wschodniej, tylko oczywiście w znacznie bardziej jaskrawej formie.
- Jak więc Pana zdaniem Rosja będzie się zachowywać wobec takich krajów jak Syria, Iran, czy Korea Północna?
- Znów, tak jak ze wszystkim w Rosji będziemy mieli do czynienia ze schizofrenią. Z jednej strony w Rosji jest wielu sympatyków tych krajów, zwłaszcza w siłach zbrojnych i służbach specjalnych, bo to właśnie oni przyczynili się przecież do stworzenia tych reżimów. Z drugiej strony dla Rosji te kraje, przynajmniej tak długo jak długo sąw stanie siać niepokój, są łatwymi i tanimi argumentami przetargowymi w geopolityce. Tak wiQc»z rosyj~ skiego punktu widzenia te reżimy najpierw powinny zostać ośmielone do działania, po czym poświęcone w międzynarodowej grze strategicznej, by Rosja mogła sobie nabić takim działaniem dodatkowe punkty.
Oczywiście mówię tu w pierwszym rzędzie o Północnej Korei i Syrii, bo Iran nigdy nie był sowieckim tworem. Ale rosyjska taktyka wobec tego kraju jest taka sama - co zresztą ostatnio było doskonale widać, gdy, wbrew sugestiom Amerykanów, Rosja sprzedała do Iranu technologie jądrowe. Można się spodziewać, że podobne działania będą kontynuowane.
- Jakie jest główne zagrożenie dla krajów Zachodu po zwycięstwie w „wojnie z terroryzmem "?
- Nie wierzę specjalnie w „wojnę z terroryzmem". Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w wojny globalne. Po drugie, bo nie wierzę w wojny z abstrakcją, której tak naprawdę nikt nigdy dokładnie nie zdefiniował. Gdy ktoś walczy z cieniem, z reguły naraża się na wielkie pomyłki.
Jeśli natomiast mówimy o wojnie z islamskimi fanatykami, to korzystanie jedynie z sił zbrojnych jest niewystarczające. Musimy stworzyć broń ideologiczną, o której jednak Zachód nigdy nie myślał, nawet podczas Zimnej Wojny. To oczywiście nie będzie proste. Jednak zawsze trzeba pamiętać o tym, że sam hardware nie wystarczy, trzeba także stosować software.
- Czy w takim razie może dojść do sojuszu Zachodu przeciwko wspólnym zagrożeniom?
- Ponieważ pół życia spędziłem w Związku Sowieckim, a drugie pół na Zachodzie, z czego całkiem dużą część w Stanach Zjednoczonych, znam wszystkie te trzy światy całkiem dobrze i nie mogę wyjść z zadziwienia jak mało one się wzajemnie rozumieją. Banałem będzie stwierdzenie, że Amerykanie są naiwni i idealistyczni, podczas gdy Europejczycy cyniczni i wyrachowani. Amerykanie mają tendencję do odnawiania i zbawiania świata co pięć lat, podczas gdy Europejczycy ciągle toczą wojny, które rozpoczęli kilkaset lat temu. Gdy więc Amerykanie ogłosili wojnę z terroryzmem, co się dziwić, że Europejczycy starają się przy tej okazji załatwić swoje interesy. I dlaczego właściwie nie mieliby tego robić?
Zresztą w ogóle zachowanie Amerykanów wobec terroryzmu przypomina mi pewnego mojego znajomego z Izraela, który był pacyfistą i niemal przyjacielem Palestyńczyków, dopóki któryś z nich nie stłukł mu kamieniem szyby. Wtedy, nagle z gołębia zamienił się w krwiożerczego jastrzębia gotowego zabić każdego Palestyńczyka, który znajdzie się w jego polu widzenia. Tymczasem Europejczycy żyją z terroryzmem przez całe dziesięciolecia i jakoś udało im sienie ogłaszać z tego powodu globalnej kampanii. Gdy właśnie wyrzucano mnie ze Związku Sowieckiego w połowie lat 70. minionego wieku niemal w każdym europejskim kraju działali jacyś terroryści oraz rozmaite organizacje palestyńskie. Niemcy mieli Baader-Meinhoff, Hiszpanie ETA, Włosi „Czerwone Brygady", Brytyjczycy IRA, Francuzi „Action Direct" itd. Te grupy były znacznie bardziej niebezpieczne niż Al Quaeda, bo miały one oparcie w służbach specjalnych Związku Sowieckiego, i były oczywiście znacznie bardziej aktywne. Właściwie nie było miesiąca bez zamachu w tej czy innej części Europy. We Włoszech terrorystom udało się porwać i zamordować byłego premiera. Ale wtedy jakoś Amerykanie nie uznawali tej sytuacji za dramat całego świata, nie wzywali do wojny światowej przeciwko terroryzmowi do czasu gdy... ich własna szyba została wybita. Czego więc teraz wymagają od Europejczyków? Poparcia? Entuzjazmu? Hurra! Przynajmniej nasi amerykańscy bracia w końcu dostrzegli, że istnieje coś takiego jak terroryzm!
Ale oczywiście kluczem do zrozumienia obecnych zachowań Europejczyków, a właściwie nie tyle Europejczyków co socjalistycznych elit europejskich, wobec Stanów Zjednoczonych jest kształtowanie się Unii Europejskiej, proces, którego prawdziwego charakteru Amerykanie jeszcze nie zrozumieli i cały czas traktują go z łagodnością i wyrozumiałością. Ten proces, jest dużo większym zagrożeniem dla nas, Europejczyków, ale także Ameryki, niż bin Laden i jego Al Qaeda, która, jak już wcześniej wspomniałem, powinna być raczej problemem o czysto kryminalnym charakterze i walczyć z nią powinna policja.
Wystarczy przywołać moją metaforę, że proces ten prowadzi do powstania Europejskiego Związku Sowieckiego. W gruncie rzeczy jego esencją jest próba wybudowania przez lewicę kolejnej socjalistycznej wieży Babel-przeregulowanego, zbiurokratyzowanego państwa federalnego charakteryzującego się „deficytem demokracji" -jak zwolennicy Unii określająpo prostu zaprzeczenie demokracji, oczywiście jak zwykle by uszczęśliwić wszystkich ludzi.
Jak wykazuję w tekście, który znajduje się przed niniejszym wywiadem, cały koncept został wymyślony przez Międzynarodówkę Socjalistyczną po konsultacjach i we współpracy z Moskwą pod koniec lat 80. minionego wieku i był rozumiany jako kolejny etap konwergencji Wschodu z Zachodem. Gorbaczow nazywał ten projekt Wspólnym Europejskim Domem.
Była to także socjalistyczna odpowiedź na liberalną koncepcję wspólnej Europy. Koncepcja EWG zakładała, że państwa europejskie pozostaną niezależne, co nie przeszkodzi w zniesieniu granic i wolnym handlu, który spontanicznie doprowadzi do powstania wielkiego wspólnego rynku i przyczyni się do wzrostu wolności i bogactwa zubożonej wojną Europy. Socjalistom ta koncepcja się nie podobała, bo pozbawiała ich władzy, możliwości konstruowania programów, rozwiązywania problemów, wygłaszania kazań za pieniądze podatnika itp. W pewnym momencie lewica doszła jednak do wniosku, czy raczej przypomniała sobie, że najlepszą obroną jest atak i postanowiła cały pomysł wspólnej wolnej Europy przejąć, oczywiście odpowiednio go zmieniając. Tak zmieniając, by zamiast wspólnoty wolności powstała wspólnota socjalizmu, w której oczywiście wielką rolę będzie odgrywała „ojczyzna proletariatu" czyli Związek Sowiecki.
Gdy jednak koncepcja dojrzała i miała zaowocować, połowa projektu, czyli blok sowiecki wraz z satelitami, nagle uległa całkowitej dezintegracji. Po pewnym czasie pomysł jednak odżył, w nieco zmienionej formie. Obecnie, jak się wydaje, mechanizm decyzyjny i ideologiczny tej koncepcji jest związany z osiąParyż-Berlin. Oczywiście ten sojusz jest w gruncie rzeczy dość egzotyczny. Bo Francuzi, siląc się na uśmiechy marzą o tym, że będą rządzić w Europie za niemieckie pieniądze, podczas gdy Niemcy, zmuszając się do podobnie szczerej przyjaźni, są przekonani, że z pomocą Francji zaprowadzą w całej Europie taką wspaniałą socjaldemokrację o jakiej od dobrych 150 lat śnili tacy niemieccy marzyciele, prorocy i kanclerze jak Bismarck czy Hitler. To przedziwne małżeństwo nie rozpadło sięjeszcze tylko dlatego, że obie strony wiedzą, że samodzielnie nie byłyby traktowane dostatecznie poważnie.
Z kolei kraje, gdzie rządzą konserwatyści oraz kraje „nowej Unii" idąz prądem niemiecko-francuskich pomysłów albo z uwagi na wadliwe przywództwo albo z uwagi na niezrozumienie sytuacji. I tak na przykład premier Wielkiej Brytanii Tony Blair marzy podobno o europrezydenturze i z tego względu nie zawaha się poświęcić Wielkiej Brytanii, bo bez wydania jej na pastwę Unii Europejskiej nie ma nawet co marzyć o wpuszczeniu na eurosalony. A z kolei kraje „nowej Unii", z naiwnością podlotków wierzą, że wszystko co przychodzi z Zachodu jest wspaniałe i wymyślone dla ich wyłącznego dobra i przyjemności, więc nie należy tego w żaden sposób podważać, ani nawet krytykować. Zapatrzeni w bogactwo Zachodu, oddają się bez chwili namysłu. Jak kończą się takie złudzenia i takie zachowania, wie niejedna kobieta, która ma już nieco większy bagaż doświadczeń.
Tak więc prawdziwa wojna toczy się obecnie o Unię Europejską i to jest chyba najważniejszy konflikt o znaczeniu światowym, z jakim mamy obecnie do czynienia. Być może odniesiemy w jednej z bitew tej wojny niebawem zwycięstwo, rękami Francuzów, którzy odrzucą eurokonstytucję, „bo jest zbyt liberalna". Podobne nieoczekiwane i nieco paradoksalne zwycięstwo odnieśliśmy podczas wojny w Iraku. Bo najważniejsze reperkusje miała ona przecież tu w Europie. Doprowadziła do podziałów wewnątrz Unii, nawet wewnątrz poszczególnych partii, doprowadziła do pokazania prawdziwego oblicza Rosji. Mówiąc cynicznie, w wojnie w Iraku przegrał nie tylko Husajn ale i koncepcja UE. Niestety ten sukces nie został skonsumowany i obawiam się, że odrzucenie eurokonstytucji także nie zostanie odpowiednio wykorzystane.
- Przewiduje Pan, że Unia Europejska rozpadnie się w bardzo dotkliwy sposób, a wcześniej zafunduje nam jakiś rodzaj gułagu. Czy taka diagnoza nie jest zbyt jaskrawa?
- Oczywiście wszelkie ludzkie organizacje w końcu upadają, więc UE, z natury rzeczy czeka taki sam los. Jednak tutaj dodatkowo mamy do czynienia z kolejną utopią. A z utopiami jest tak, że nie przystają w żaden sposób do rzeczywistości. Największymi ich wrogami są natomiast ci, którzy to nieprzystawanie krytykują. I po prostu, dla dobra projektu, coś z nimi trzeba zrobić. Historia wskazuje, że najlepiej zamknąć im usta poprzez ograniczenie ich wolności. I na tym właśnie polega gułag. Coś takiego widzieliśmy i w czasie Rewolucji Francuskiej i w czasach rządów Hitlera, Lenina i Stalina.
Logika rozwoju sytuacji wskazuje, że jakaś forma gułagu musi w Unii powstać - inaczej Jedno Wspólne Państwo Europejskie po prostu nie powstanie. Wciąż są poważne szansę by nie powstało i trzeba zrobić wszystko by udało sieje wykorzystać.
- Czy Pana zdaniem, w związku ze zmianami na mapie podziałów świata nadal powinny funkcjonować takie organizacje jak ONZ czy NATO? Czy może trzeba by stworzyć w ich miejsce coś nowego?
- Te organizacje sąjuż oczywiście przestarzałe i przynoszą więcej szkody niż pożytku. ONZ, właściwie miała taki charakter od samego początku, nic zresztą dziwnego, została poczęta przez Józefa Stalina i Franklina Delano Roosevelta. Zawsze stawiała przed sobą przede wszystkim „postępowe cele", takie jak rozprzestrzenianie socjalizmu, „wyzwalanie narodów", jednostronne rozbrojenie Zachodu, redystrybucja dochodu z „bogatej Północy" do „biednego Południa" czy po prostu antyzachodnią propagandę. Właściwie jedyną dobrą rzecząjaką ONZ zrobiła była rezolucja w sprawie wojny koreańskiej, która spowodowała, że połowa Korei uniknęła komunizmu. Wszelkie inne działania ONZ można uznać za chybione i niepotrzebne.
W dodatku ONZ ma archaiczną strukturę. 60 lat po wojnie, nadal odzwierciedla ona sytuacj ę z roku 1945. Dlaczego na przykład w Radzie Bezpieczeństwa zasiada Francja, a nie Japonia? Co robi tam jeszcze Rosja, która przegrała Zimną Wojnę? To wszystko po prostu nie ma sensu. ONZ jest najzwyczajniej w świecie nikomu niepotrzebna, z wyjątkiem oczywiście pracujących w niej urzędników. I wydaje się, że Amerykanie coraz lepiej to rozumieją.
NATO to oczywiście zupełnie inna sprawa. Ta organizacja odegrała niesłychanie ważną i pożyteczną rolę w czasie Zimnej Wojny. Ale, co chyba naturalne, sojusz militarny nie może istnieć bez zdefiniowanego i realnego, albo przynajmniej potencjalnego wroga. Jeśli Rosja ma mieć jakiś udział w NATO (co zdaje się być faktem), to organizacja ta traci jakikolwiek militarny sens. W dodatku Unia Europejska myśli o własnych siłach zbrojnych. Trzeba by więc dla NATO urządzić luksusowy pogrzeb, oszczędzić na pieniądzach podatnika i stworzyć jakiś system gwarancji dwustronnych.
-Na koniec proszę powiedzieć jaka lekcja wypływa Pana zdaniem z tego wszystkiego co zdarzyło się w Europie przez ostatnie 16 lat, czyli od chwili upadku komunizmu w Europie Wschodniej i Związku Sowieckiego?
- Nie powiem nic nowego, tylko powtórzę naukę starego Ni-collo Machiavellego: gdy raz rozpoczniecie wojnę, musicie pokonać waszego wroga w sposób rozstrzygający. Nie możecie pozostawiać go krwawiącego, czy rannego, bo to zbyt niebezpieczne. Po prostu jest głupotą pozostawianie zdemoralizowanych maru-derów i aktywnych pól minowych, bo miny eksplodują, a maru-derzy będą dalej gwałcić i rabować. I w przyszłości jeszcze nie raz się na nich natkniemy. A być może nawet przegrupują się i kolejny raz wystąpią przeciw wolności w jakimś nowym przebraniu, na przykład jako Unia Europejska?
Tak więc, jak wspominałem, trwa drugi, nieco bardziej cichy etap Zimnej Wojny i po pierwsze trzeba sobie z tego zdawać sprawę, po drugie doprowadzić do tego by socjaliści zostali ostatecznie pokonani i ludzie cieszyli się spokojem i wolnością.
- i już zupełnie ostatnie pytanie. Jak Pan ocenia udział gen. Wojciecha Jaruzelskiego w obchodach 60 rocznicy zakończenia II wojny światowej zorganizowanych przez Władimira Putina.
131
- Generał pojechał szukać sobie chyba odpowiedniej kwatery pod murami Kremla. A już zupełnie poważnie - pokazuje w ten sposób, komu naprawdę jest podporządkowany. Z kim czuje więź i dla kogo jest gotowy na tak radykalne demonstracje...
Wladimir Bukowski - całe życie w opozycji
Władimir Bukowski urodził się 3 0 grudnia 1942 roku. Od wczesnej młodości interesował się naukami przyrodniczymi, stąd naturalnym krokiem było dla niego rozpoczęcie studiów na wydziale biologicznym Uniwersytetu Moskiewskiego Już po dwóch semestrach studiów w 1963 roku popadł jednak w niełaskę systemu sowieckiego - pierwszym krokiem „antypaństwowym" Bukowskiego było zorganizowanie w centrum Moskwy, przed pomnikiem Władimira Maj akowskiego, spotkania poetyckiego.
Władze sowieckie uznały to za działanie wywrotowe i Bukowski trafił do „psychuszki" w Petersburgu (wtedy Leningradzie) na przymusowe leczenie. Z zakładu został zwolniony dopiero w lutym 1964 roku. Wolnościąnie cieszył się zbyt długo. W styczniu 1965 roku zorganizował demonstrację w o14:07 2006-08-28bronie aresztowanych opozycjonistów Aleksandra Gi-znburga, który został zesłany do obozu pracy na 8 lat i Jurija Galanskowa, który skazany na 7 lat zmarł po 5 latach spędzonych w obozie. Podczas tej demonstracji Bukowski znów został aresztowany. Z więzienia wyszedł tym razem dopiero w styczniu 1970 roku.
W 1971 roku udało mu się przeszmuglować na Zachód, do Szwajcarii ponad 150 stron różnego rodzaju dokumentów, dzięki którym wolny świat dowiedział się o nadużyciach psychiatrii w Związku Sowieckim. Za to „przestępstwo" Bukowski został ponownie aresztowany. Tym razem dostał 7 lat więzienia.
Jednak nie odsiedział całego wyroku. W międzyczasie jego historia stała się głośna na całym świecie. W efekcie w 1976 roku, jako jeden z najbardziej znanych rosyjskich dysydentów, pod naporem zachodniej opinii publicznej został wydalony ze Związku Sowieckiego do Szwajcarii - wymieniono go na przywódcę chilijskich komunistów Luisa Corvalana.
Ten pierwszy okres swojego życia Bukowski opisał w autobiografii „I powraca wiatr...". Jak pisał jej polski tłumacz: „Jest to opowieść na wskroś osobista, zapis tworzenia się w latach 60. minionego wieku zalążków opozycji w Związku Sowieckim. To poruszający, niezwykle lapidarny i oszczędny w używaniu języka zapis zmagań nielicznych, odważnych ludzi z aparatem reżimu sowieckiego. Brak w niej niemalże komentarzy Bukowskiego, mimo że czytelnik wielokrotnie poruszony kolejnymi stronami opisu okrucieństwa np. przymusowego odżywiania w szpitalu psychiatrycznym, oczekuje słów potępienia, czy choćby ludzkiego żalu wobec oprawców. Bezskutecznie. Nie ma w tej książce żadnych sądów, opowieść Władimira Bukowskiego jest jakaś ledwo uchwytna, subtelna i przekonująca zarazem, nutą mocnej i świadomej swej wartości osobowości, która zdołała wyjść poza strach, lęk i poniżenie..."
Po kilku tygodniach spędzonych w Szwajcarii, Buków -ski przeprowadził się do Wielkiej Brytanii, gdzie ukończył prestiżowy Uniwersytet Cambridge. Następnie przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i doktoryzował się na Uniwersytecie Stanford. Wówczas też rozpoczął pisać książki i eseje. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku zaangażował się w działalność polityczną na Zachodzie -krytykował kraje zachodniej Europy, za zbytnią uległość wobec komunistów sowieckich, a także za przyjmowanie przez Zachód wielu rozwiązań z systemu sowieckiego. W 1983 roku został jednym ze współzałożycieli tzw. Międzynarodówki Oporu - organizacji skupiającej przedstawicieli krajów zagrożonych przez komunizm.
W 1992 roku, w trakcie zawirowań po rozpadzie Związku Sowieckiego Bukowski został zaproszony przez Borysa Jelcyna do komisji, która miała doprowadzić do delegalizacji Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Dzięki temu udało mu się się dostać do tajnych archiwów kremlowskich. Przy pomocy małego skanera wbudowanego w okulary i niewielkiego osobistego komputera skopiował stamtąd wiele tajnych akt i dokumentów dotyczących polityki wewnętrznej oraz zagranicznej Związku Sowieckiego. Zebrane dokumenty i materiały wraz ze swoim komentarzem wydał po dwóch latach żmudnej pracy w głośnej książce ,,Moskiewski proces. Dysydent w archiwach kremlowskich", która na Zachodzie szybko stała się bestsellerem.
W reakcji na tę publikację, Rosja przestała wydawać Bu-kowskiemu wizy wjazdowe.
Władimir Bukowski od lat uczestniczy w rozmaitych euro-pejskich ruchach wolnościowych. Przez wiele lat był przywódcą włoskich libertarian. Zaangażował się także w walkę z licencjami i abonamentem telewizyjnym w Wielkiej Brytanii na znak protestu przeciwko politycznej poprawności w BBC. Od lat demonstracyjnie nie uiszcza obowiązkowego abonamentu.
Od 2000 roku Bukowski zaangażował się także w przeciwdziałanie sowietyzacji Unii Europejskiej. Owocem tej działalności jest właśnie niniej sza książka. Walcząc z propagandą unijną jej autor przemierzył całą Europę. Trzykrotnie uczestniczył także w polskich konferencjach uniosceptycznych organizowanych przez tygodnik„Najwyższy CZAS!".
Dotychczas w języku polskim ukazały się cztery książki Wła-dimira Bukowskiego:, Moskiewski proces. Dysydent w archiwach Kremla" (Warszawa 1998), „I powraca wiatr..." (drugi obieg 1985, Warszawa 1990, Kraków 1998), „Pacyfiści kontra pokój" (Paryż 1983, Kraków 1983), „Listy rosyjskiego podróżnika" (drugi obieg 1988).
Władimir Bukowski jest obecnie obywatelem brytyjskim, mieszka w Cambridge pod Londynem, popiera eurosceptyczną Angielską Partię Niepodległości (United Kingdom Independence Party), zaś prywatnie przyjaźni się z byłą premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Elena Bonner (ur. 1923) - rosyjska dysydentka, wdowa po Andrieju Sacharowie.
* * Garry Kasparow (ur. 1963) - rosyj ski szachista pochodzenia ormiańskiego, mistrz świata w latach 1984-1993; ma zamiar kandydować na urząd prezydenta Federacji Rosyjskiej w wyborach w 2008 roku.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)